Sport.pl

Ekstraklasa. Tomasz Kafarski: Trenerka? Żyć nie umierać

- Na stażach byłem u Kasperczaka i Wdowczyka. Urban, Smuda też coś ma, ale nie mam zamiaru niczego od nich kopiować. Kreuję własny styl prowadzenia zespołu, więc trudno mówić o podpatrywaniu kogoś, jakichś ideałach - mówi Tomasz Kafarski z Lechii Gdańsk
Iwańczyk: Nie boi się pan?

Tomasz Kafarski: Nie jestem człowiekiem, który boi się czegokolwiek.

Ma pan dopiero 36 lat, ale jest pan pierwszy w kolejce do zwolnienia, przynajmniej statystycznie - pracuje pan w ekstraklasie najdłużej.

- Na to, że wszyscy będą teraz liczyć i zastanawiać się, kiedy mnie zwolnią, jestem przygotowany. Tyle że mam duży komfort pracy i zaufanie zarządu. Jeśli będę dobrze pracował, będą wyniki i atrakcyjne widowiska, to zapełni się nowy stadion, a wtedy Lechia rozwinie skrzydła. Na to teraz liczę najbardziej, tylko to mi w głowie.

To chyba niełatwy chleb.

- Minęło niedawno dziesięć lat mojej pracy w tym zawodzie i wciąż uważam, że poszedłem właściwą drogą. Zwłaszcza że wcześniej myślałem sobie: znajdź sobie taki zawód, z którego będziesz czerpał przyjemność. I ja tak właśnie zrobiłem, a z każdym dniem mam coraz większy zapał. Dostałem szansę prowadzenia zespołu z ekstraklasy, więc tym bardziej nic w mojej robocie bym nie zmienił.

Wciąż jednak, jak każdy trener, siedzi pan na beczce prochu.

- I jakoś przez te 10 lat proch pode mną nie wystrzelił. Nie ma co się zastanawiać, kiedy to się stanie, tylko każdego dnia z zapałem ruszać do kolejnych zadań. A wtedy może ta beczka w ogóle nie eksploduje.

Przejmował pan Lechię w wieku 34 lat, będąc kandydatem nieco rezerwowym. A tu już minęło 846 dni.

- Tliła się nadzieja, że to właśnie ja dostanę szansę. Tym bardziej że trudno byłoby mi wciąż pracować jako asystent, więc po odejściu Jacka Zielińskiego zastanawiałem się, czy nie zrobić tego samego. Kiedy usłyszałem, że biorą mnie pod uwagę, zmieniłem zdaniem. A później była już mocna wiara w to, że utrzymamy się w ekstraklasie i nasz dobra robota, dzięki czemu wciąż pracuję w Gdańsku. Klub też chyba zrobił dobry ruch, prawda. I dowiódł, że czasami anonimowe osoby ze światka też umieją pracować, podejmować dobre i trudne decyzje.

Dla mnie to wciąż początek, będę pracował jeszcze lepiej, sumienniej i z lepszymi efektami.

Nie bał się pan, że najbardziej doświadczeni piłkarze będą chcieli sobie ustawić trenerskiego żółtodzioba?

- Pracowałem w klubie od jakiegoś czasu, więc nie byłem dla nich nowy. Znali mój charakter, metody treningowe i spojrzenie na futbol. Miałem przez to łatwiej, choć autorytetu nie zdobywa się w jeden dzień ani słowami. Wydaje mi się, że się szanujemy, skoro przeszliśmy przez trudny moment, a później pokazaliśmy, że Lechia jest dobrą drużyną, grającą bardzo ciekawie.

Ma pan opinię nieprzystępnego, nawet aroganta, który z miną pokerzysty, nie licząc się z nikim idzie przez ligę.

- Aktorem nie jestem. Nie kalkuluję, zachowuję się naturalnie i nie zastanawiam się, że dziewięciu na dziesięciu tak właśnie na mnie patrzy. Nie jestem arogancki, powiedziałbym, że pokorny wręcz. Choć potrafię słuchać innych, umiem też twardo stać w obronie własnej myśli.

Jakie jest pana trenerskie credo?

- Najważniejsza jest organizacja. Tak w życiu, jak i w trenerce. Bez tego nic nie będzie, bez pozytywnego podejścia również. W oparciu o takie kryteria dobieram ludzi do zespołu, chcę takich, którzy wierzą, że wszystko jest do osiągnięcia.

Który polski trener jest pana guru, z kim chciałby pan współpracować?

- Choć jestem nowym i młodym człowiekiem w tej branży, nie uważam, jak się powszechnie sądzi, że nie mamy trenerów. Mamy, i to takich, którzy wnoszą element nowości, umieją ze średniego zespołu zrobić dobry. Na stażach byłem u trenera Kasperczaka, wtedy na topie, z największym stażem i szacunkiem, później u trenera Wdowczyka, którego losy potoczyły się nieco inaczej, więc nie ma co do tego wracać. A dalej Urban, Smuda, każdy z nich coś ma, ale teraz to moi koledzy po fachu. Poza tym nie mam zamiaru niczego kopiować od innych, kreuję własny styl prowadzenia zespołu. Ze starannie dobranym sztabem chcemy zrobić z Lechii zespół nietuzinkowy. Więc trudno mówić o podpatrywaniu kogoś, jakichś ideałach.

Najmłodszym trenerem, który ostatnio sięgnął po mistrzostwo Polski, był Czesław Michniewicz (37 lat). Jeszcze młodszy był Jacek Machciński, który w 1981 roku zdobył tytuł z Widzewem. Gdyby doprowadził pan Lechię do mistrzostwa...

- Gdy zdobędę mistrzostwo, sami przeszperacie, czy byłem najmłodszy w historii, na razie mnie to nie interesuje. Nie teraz, to kiedyś - liczę, że po mistrzostwo sięgnę.

Fajnie być trenerem w ekstraklasie?

- To było moje marzenie, które spełniło się szybciej, niż myślałem. Bo kto w moim wieku dostaje ligową drużynę. Widać, że wcześniej działacze Kaszubii Kościerzyna, a później Lechii Gdańsk nie bali się mi zaufać. I to w pełni, bo mam także duże możliwości decyzyjne. Obym tych meczów i sezonów miał na liczniku jak najwięcej. Słowem: żyć nie umierać.

Tomasz Kafarski

Był piłkarzem, a później trenerem Kaszubii Kościerzyna i Lechii. 7 kwietnia 2009 roku przejął gdański zespół na 13. miejscu z trzema punktami przewagi nad strefą spadkową, zakończył sezon w środku tabeli. W następnych sezonach Lechia, momentami porywając swoją grą, niemal do końca walczyła o puchary. Bilans Kafarskiego w Lechii: 24 zwycięstwa, 18 remisów, 26 porażek.

Więcej o: