Kibic = mężczyzna? To mit! Historia trzech kibicek Lechii Gdańsk

- Co mi daje chodzenie na Lechię? Adrenalinę. Jak cały młyn ryknie, to aż ciarki przechodzą - opowiada Dorota Szmydt, kasjerka w gdańskim sklepie monopolowym. - Na Lechię teraz zrobił się lans. Sporo dziewczyn nosi koszulki, a w życiu na stadionie nie były - denerwuje się studentka AWF Aleksandra Strojna
Dorota Szmydt

Na mecze chodzę od pięciu-sześciu lat. Do dziś mam biuletyny z moich pierwszych spotkań, jeszcze z Traugutta. Z takim biuletynem kobieta albo dziecko wchodziły na stadion bez biletu. A w biuletynie były wywiady, zdjęcia, naklejki z piłkarzami Lechii. Do tego specjalny album, gdzie te naklejki się wklejało. Ja też wklejałam.

Od czego się zaczęło? Jakoś tak z koleżankami - to takie moje stare towarzystwo - raz sobie poszłyśmy na Lechię. Potem drugi, trzeci i mnie wciągnęło. Tym bardziej że wcześniej przez dziesięć lat chodziliśmy z tatą na żużel. Ale potem jak przeszli do Ekstraligi, to mecze zrobiły się bardziej monotonne. Poza tym ciągle wtedy przegrywali. No to przestaliśmy chodzić. Ale ja jestem taka, że wszędzie mnie pełno - od gimnazjum mam ksywkę Czorcik - i jak ta Lechia mi się spodobała, to namówiłam też tatę. I teraz na mecze chodzę z tatą, dwoma wujkami i Grześkiem, moim chłopakiem. Mam też brata, trzy lata starszy. Ale on to odwrotność mnie - spokojny, studiuje geografię, pracuje, na nic nie ma czasu, na mecze też nie. A koleżanki już nie bywają na meczach, to było z ich strony tylko takie szczeniackie widzimisię.

Tata też był piłkarzem. Grał w drużynie Bystrej, to taka wioska pod Gdańskiem. Jeździliśmy tam całą rodziną. Mama była kierowcą, tata grał, a my z bratem biegaliśmy wokół boiska. Byliśmy jeszcze za mali, żeby gra nas interesowała. Ale wiem, że taktycznie tata był dobry. W te wakacje zrobili sobie turniej oldboyów: Wiślinka, Bystra i jeszcze jakieś dwie miejscowości. Bystra zajęła drugie miejsce. Ale ulubioną drużyną taty zawsze był Manchester United. W zeszłym roku, na 50. urodziny zrobiliśmy mu z mamą i bratem niespodziankę - złożyliśmy się na bilet. O 18 tata wrócił z pracy, a o 21 miał wylot na mecz Manchesteru z Valencią. Ledwo zdążył zjeść obiad, ale cieszył się jak dziecko. Wrócił zachwycony, choć był tylko remis 1:1.

Mój chłopak też gra. W Spartakusie Gdańsk, w klasie B, to najniższa liga polska, wiesz, taka gra o pietruszkę. Zbierają się chłopaki z dzielnicy i kopią piłkę. Grzesiek stoi na bramce, dobry jest, chciałby się rozwijać. Ale w jego wieku - ma 22 lata - ciężko się przebić. Trzeba zaczynać od małolata.

Co mi daje chodzenie na Lechię? Adrenalinę. Jak cały młyn ryknie, to aż ciarki przechodzą [Dorota pokazuje przedramię, na samo wspomnienie ryku pokryte "gęsią skórką"]. Na młynie jest największy doping. Na Traugutta zawsze tam siadaliśmy, tam ten sektor nazywał się "zegar". Tylko że z "zegara" gorzej było widać, więc jak jeden z wujków chciał, żebyśmy przenieśli się na "prostą" - to taka trochę spokojniejsza trybuna, ale też z prawdziwymi kibicami, nie to co sektor VIP z "piknikowcami" - to się zgodziliśmy. Na PGE Arenie też mamy oczywiście karnety, w sektorze 17, nie w młynie, żeby lepiej widzieć. Chłopaki zawsze wypatrują spalonych.

Ładny ten nowy stadion, ale wydaje mi się, że ten na Traugutta miał lepszy klimat. Może dlatego, że od niego zaczynałam? Jestem po prostu sentymentalna. Dziś na rozmowę z tobą wzięłam mój pierwszy szalik Lechii. Dostałam go od taty, gdy miałam 17 lat.

Kibicowanie jako lokalny patriotyzm? Pewnie tak (śmiech). Z Gdańska bym się nigdy nie wyprowadziła. No, chyba że do Wrocławia, piękne miasto. No i gra tam zaprzyjaźniony Śląsk Wrocław (śmiech). 29 października jedziemy do Wrocławia na mecz przyjaźni. Bo zwykle na mecze wyjazdowe nie jeżdżę. To bywa niebezpieczne - jak do pociągu wpadną kibice przeciwnika i tłuką gdzie popadnie, nie patrząc chłopak czy dziewczyna. Mnie się to nie podoba, jestem przeciwniczką przemocy.

Moja mama w ogóle na mecze nie chodzi. Raz nas zawiozła na Traugutta, ale był akurat mecz podwyższonego ryzyka, zobaczyła policyjną polewaczkę i podziękowała. Ja też pamiętam jeden mecz z Ruchem Chorzów, ich kibiców było tak dużo, że nie mieścili się w "klatce", specjalnie ogrodzonym sektorze dla fanów przeciwnej drużyny, no i zaczęły się zamieszki. Na początku spokojnie się przyglądaliśmy, ale jak policja zaczęła strzelać gumowymi kulami, to ja kic-kic za drzewo, wystraszyłam się. Teraz to rzadko się biją na stadionach, jak już - na ustawki jeżdżą. I tak lepiej niż mieliby narażać rodziny z dziećmi.

Sporo jest meczów podwyższonego ryzyka: z Lechem Poznań, Cracovią, no i oczywiście derby z gdyńską Arką. Ale teraz, jak oni spadli do pierwszej ligi, a Lechia jest w ekstraklasie, to się nie spotykają. Ale w ekstraklasie trzeba też ekstra grać, a ostatnio z tym różnie bywa. Trener Lechii pewnie niedługo pójdzie na zieloną trawkę.

Euro? Jasne, że idziemy. Żeby zwiększyć szansę wylosowania biletów, zalogowałam siedem osób: siebie, mamę, tatę, brata, Grześka, koleżankę i babcię. Po kolei dostawaliśmy mejle: ja nie zostałam wylosowana, mama, tata, brat Już straciliśmy nadzieję, aż tu nagle któregoś dnia babcia dzwoni do mnie do pracy."Słuchaj, jakieś Euro list do mnie przysłało". Bo my kompletnie zapomnieliśmy o babci, a to akurat ona miała szczęście (śmiech). No i mamy cztery bilety na jeden mecz - dla mnie, taty, brata i mojego chłopaka. Nie wiemy jeszcze, kto gra, bo losowanie grup dopiero w grudniu. Śmiejemy się, że Grzesiek jest ze mną tylko do Euro, bo mu tylko na biletach zależy.

Marzenia? Teraz pracuję w Samie 34 na Przeróbce, na monopolowym stoję. Pozdrawiam załogę i szefów (śmiech). A chciałabym otworzyć studio fotografii, robić zdjęcia, na przykład weselne. W październiku zaczęłam roczne studium fotografii w Sopocie, koleżanka mnie namówiła. W tym samym miesiącu mam obronę dyplomu na licencjacie pedagogiki i resocjalizacji, temat: "Uwarunkowania przestępczości nieletnich na podstawie autorów". Mogę pracować potem w przedszkolu albo w więzieniu. Wolałbym w więzieniu, lubię ciężkie przypadki. Do napisania pracy zmobilizowała mnie babcia. Dzwoni do mnie i pyta, co z tą pracą. Mówię, że obronię się w lipcu. Ale w lipcu nie wyszło, więc potem mówię, że w październiku. I dodaję: wyluzuj, babciu. A ona: Żadne wyluzuj! To ja się wszystkim chwalę, jaką to mam wnuczkę, a ty co?

Zawsze mi tak na ambicję wjeżdża. Ale co babcia powie, to jest święte.

Renata Szczepańska

Dla mnie mecz to odskocznia. Człowiek jest tak zaabsorbowany, wciągnięty w akcję, że całkowicie zapomina o codzienności. A jak się tak wykrzyczy, wyszaleje - na drugi dzień ma się niesamowity power, supersamopoczucie. Zwłaszcza jeśli Lechia wygra, a tak było na moim pierwszym meczu z Górnikiem Zabrze, miesiąc temu. Na razie jestem więc bardzo początkującą kibicką (śmiech).

Dlaczego wybrałam się na mecz? Z dwóch powodów. Pierwszy: tyle się nasłuchałam o tym nowym, pięknym stadionie, nieraz jeżdżąc rowerem, obserwowałam jak się buduje. Pomyślałam więc, że to wstyd mieszkać w Gdańsku i nie zobaczyć obiektu, który jest podobno taki wspaniały. Drugi powód - chciałam na własnej skórze przekonać się, jak to jest na żywo widzieć mecz, bo do tej pory oglądałam polską reprezentację tylko w telewizji.

Dyskutuj z ludźmi, a nie z nickami - odwiedź profil Trójmiasto.Sport.pl na Facebooku »


Czasem pomagam Łukaszowi, mojemu bratu i zapalonemu kibicowi, robić kanapki na gorąco i kiełbasy z grilla. Łukasz z kolegą prowadzi Croq&Frog, bar koło przystanku SKM Politechnika. Przed każdym meczem i po meczu chłopaki mają mnóstwo pracy - zachodzi tam pełno kibiców. I kibicek. Bo nieraz też widziałam grupy dziewczyn, kobiet, które albo ze swoimi chłopakami, albo same zawijały się w szaliki i szły na Lechię. Podobało mi się to przełamanie stereotypu, że mecze to zabawa tylko dla facetów, że niebezpiecznie, że sami chuligani. A grillując te kiełbaski tyle się nasłuchałam o emocjach, adrenalinie, że w końcu sama chciałam spróbować. Brat pożyczył mi i mojej przyjaciółce szaliki i poszłyśmy. Wrażenia fantastyczne, trudno usiedzieć spokojnie. Raz, gdy Lechia w drugiej połowie wyrównała, nawet z krzesła spadłam (śmiech). Czułam się trochę jak na koncercie, podobna atmosfera, poczucie wspólnoty. Na koncercie zauroczenie ulubionym zespołem, tu drużyną, na koncercie koszulki z nazwą kapeli, tu z Lechią, na koncercie ulegam muzyce, tu sportowym emocjom. Tylko ze znajomością stadionowych piosenek jeszcze u mnie słabo, ale poćwiczę i będzie dobrze. Dwa tygodnie temu na meczu z Bełchatowem byłam znów z przyjaciółką, moim nastoletnim synem i jego kolegą. Kupiłyśmy bilety do młyna, bo tam jest prawdziwa energia (śmiech). Śmiesznie było, gdy pan z kolejki do kasy zaczął nas ostrzegać, że w tym sektorze lepiej nie siadać, bo tam sami szalikowcy wrzeszczą.

Życie zawodowe? Na co dzień prowadzę badania medyczne w Katedrze Farmakologii, ale sport towarzyszy mi w drodze do pracy - od trzech lat regularnie jeżdżę rowerem. W uszach muzyka, we włosach wiatr... piękna sprawa.

Aleksandra Strojna

Pierwszy mój mecz? Miałam 16 lat, na Traugutta zabrał mnie starszy brat. Nie pamiętam, z kim grała Lechia, ale wiem, że było ciepło i spokojnie, żadnych zadym. Przez jakiś czas chodziłam więc z nim i jego kolegami - jedyna dziewczyna w gronie. Siedzieliśmy oczywiście na "zegarze" - fajny doping, oprawa. Ale teraz brat się chajtnął, pracuje, nie ma czasu. Przez te sześć lat poznałam już kibiców, mam swoje towarzystwo - jakoś tak się składa, że samych starszych ode mnie facetów. I z nimi na mecze chodzę. Jesteśmy jak rodzina - i prywatnie, i na stadionie. Na święta zawsze spotkanie, życzenia przy choince, w zeszłym roku na biało-zielono była ubrana (śmiech).

Chłopcy mają żony, ale one jakoś do piłki się nie garną. Namówiłam Piotrka, mojego chłopaka i od niedawna też na mecze chodzi. Zwykle to facet dziewczynę wciąga, a tu na odwrót (śmiech). Rodzice? Mama się martwi, a tata na meczach nie bywa, bo mu się poziom gry nie podoba.

Zawsze lubiłam sport - w podstawówce pływałam, potem siedem lat wioślarstwa, gdzieś dalej nawet kick boxing się przewinął. Może to przez brata, siedem lat starszy - interesowało mnie to, co jego. Do liceum chodziłam w Wałczu, ale tłukłam się po sześć godzin w jedną stronę, żeby na Traugutta mecz zobaczyć. Rodzice nawet o tym nie wiedzieli. (śmiech).

Najważniejszy mecz? Pierwszy mój wyjazdowy, do Wrocławia. a więc mecz przyjaźni. Wynik: 0:0.

Niebezpieczne sytuacje? Na pewno derby. Sama liczba policjantów w parku, na stadionie robi wtedy wrażenie. Sama nigdy nie czułam się zagrożona, ale to dlatego, że zawsze jestem z ludźmi, do których mam zaufanie, z którymi czuję się bezpiecznie. Bywały oczywiście trudne momenty, jak choćby we Wrocławiu na meczu Śląska z Widzewem Łódź. Dwie godziny czekaliśmy, żeby policja wreszcie nas z peronu puściła. W końcu sami ruszyliśmy, nie czekając na pozwolenie, a tu od razu gaz i pałki. Niektórzy mocno oberwali.

Ale odkąd Lechia jest w Ekstraklasie, większe kary są nakładane i kibice się uspokoili. Dlatego coraz więcej kobiet widzę na stadionie.

Na Lechię teraz zrobił się lans. Sporo młodych dziewczyn nosi opaski albo koszulki, a w życiu na stadionie nie były. Trochę żenada - żadnego zawodnika nie zna, o historii klubu nic nie wie, skrót BKS tłumaczy jako Barażowy Klub Sportowy (ratunku!), nie wie co znaczy T 29 (Traugutta 29 - adres starego stadionu), a afiszuje się, że jest nie wiadomo jakim kibicem. Młodzi chłopcy zresztą też, w klubowej koszulce tylko animuszu sobie dodają.

Co mi daje chodzenie na Lechię? Sposób odpoczynku, czas dla mnie, nowe doświadczenia. Jedni jeżdżą na wycieczki, albo na rowerze a ja chodzę na Lechię.

Przykro mi tylko, gdy tak idziemy całą grupą, z szalikami, a ludzie na ulicy komentują: chuligani, bandyci, jakby to oczywiste było, że zaraz będziemy się tłuc po lasach albo rzucać śmietnikami w tramwaje. Bo tylko o zadymach pseudokibiców się mówi, o naszych akcjach charytatywnych już nie.

Plany? W przyszłym roku kończę studia - Turystyka i Rekreacja na AWF-ie, specjalizacja Spa i Wellness. Chciałabym w tym kierunku pracować: masaż, odnowa biologiczna. Może mnie do Lechii skierują? (śmiech). Choć na razie mam pracę też ze sportem związaną - w zakładach bukmacherskich.