Sport.pl

Zamieszanie jest ogromne, sensacja goni sensację, ale... "Wielka Lechia Gdańsk na razie śpi"

Sensacyjne wiadomości o nowym właścicielu Lechii, nawet jeśli nieprawdziwe, rozbudziły marzenia. O tym, że klub z Gdańska może jednak osiągnąć europejski poziom.
Pierwsza informacja, która dotarła do naszej redakcji bezpośrednio od osoby blisko związanej z Lechią, wywołała burzę. Otóż kontrowersyjny właściciel Polonii Józef Wojciechowski miałby kupić Lechię od Andrzeja Kuchara, a drużynę z Warszawy, a konkretnie jest miejsce w ekstraklasie, sprzedać Bałtykowi Gdynia. Informacja była tyle sensacyjna, co nieprawdopodobna. Potem poszło dalej. Do gry - już oficjalnie - weszła firma Drutex z Bytowa, która przyznała, że pojawił się temat odkupienia Lechii od Kuchara i że rozmowy w tej sprawie trwają. Ta wiadomość wywołała z kolei konsternację, bo kilkanaście minut wcześniej zarząd Lechii wydał oświadczenie, w którym jest napisane, że "wobec pojawiających się w mediach niepotwierdzonych plotek o rzekomych planach sprzedaży udziałów w klubie Lechia Gdańsk przez pana Andrzeja Kuchara pragniemy poinformować, że spekulacje te nie mają pokrycia w rzeczywistości". Czyli Drutex mówi, że odkupienie Lechii jest możliwe, a Kuchar, że wcale nie.

Gorąca wiadomość o tym, że Lechia może zmienić właściciela, wywołała lawinę spekulacji, ale też uruchomiła wyobraźnię. Nie brakowało takich, którzy widzieli już Wojciechowskiego, który wchodzi na PGE Arenę z pakietem powitalnym - kilkoma milionami euro do budżetu i kontraktami z trzema topowymi piłkarzami, których teraz w Lechii brakuje. I choć wszystko wskazuje na to, że Wojciechowskiego w Lechii nie będzie (komu tu teraz wierzyć przy tylu sprzecznych informacjach?), to budujące jest już to, że wokół klubu z Gdańska w końcu coś się dzieje. Bo dotychczas panował totalny marazm, który szybciutko spuścił powietrze z napompowanego przez kibiców, dziennikarzy, ale i szefów klubu balonu z napisem "Wielka Lechia". Bo "Wielkiej Lechii", a nawet perspektywy na nią, na razie nie widać.

Nie ukrywam, że już w tym sezonie spodziewałem się w Gdańsku spektakularnych ruchów. Takich, jak spektakularna była przeprowadzka Lechii ze stadionu przy Traugutta na PGE Arenę. Spodziewałem się gorących rozmów z piłkarzami o jeszcze bardziej gorących nazwiskach, zakrojonej na wielką skalę kampanii, która miałaby przyciągnąć tłumy na PGE Arenę, skomasowanych działań, które sprawiłyby, że coraz więcej ludzi zacznie postrzegać Lechię nie tylko jako drużyną piłkarską, ale też zjawisko społeczne, które bezpośrednio pasjonuje tysiące gdańszczan.

Tymczasem Kuchar i Lechia na razie śpią. Nie wiem, czy to zamierzona taktyka, czy projekt "Wielka Lechia" dopiero ma odpalić, ale jestem rozczarowany. Transfery są śmieszne, drużyna słaba, a celem zespołu w tym sezonie - wyjątkowym, bo debiutanckim na najpiękniejszej w Europie PGE Arenie - jest walka nie o europejskie puchary, ale utrzymanie w ekstraklasie.

Z zazdrością patrzę np. na Wrocław, który wydawał się być na podobnym etapie, co Gdańsk. Dlaczego Śląsk może mieć fajny zespół i być liderem? Dlaczego we Wrocławiu na mecz otwierający nowy stadion klub potrafi sprzedać komplet biletów, a w Gdańsku jest to niemożliwe? Dlaczego o Śląsku mówi się jako o klubie z bogatą przyszłością, a reakcją na słowa "Wielka Lechia" jest coraz częściej tylko powątpiewające kręcenie głową?

Nie wiem, czy Wojciechowski, Drutex czy jeszcze inny inwestor sprawiliby, że w Lechii nagle byłoby lepiej. Może wcale nie, może nawet byłoby jeszcze gorzej. Ale mimo to - nawet podejmując ryzyko - chciałbym, aby w Lechii w końcu coś się ruszyło, aby klub wykonał jakieś konstruktywne ruchy świadczące o jego rozwoju. Bo na razie słowa "Wielka Lechia" wydaje się mocno wyświechtane.

Dyskutuj z ludźmi, a nie z nickami - odwiedź profil Trójmiasto.Sport.pl na Facebooku »


Więcej o: