Jak wypadli piłkarze Lechii Gdańsk w meczu z Widzewem Łódź?

Po bezbramkowym remisie na PGE Arenie z Widzewem Łódź żaden z piłkarzy Lechii nie zasługuje na pochwałę. Który z podopiecznych trenera Tomasza Kafarskiego zaprezentował się najgorzej, a który mimo wszystko zostawił po sobie choć cień korzystnego wrażenia?
Wojciech Pawłowski. Kolejny mecz "na zero", ale tym razem pracy miał bardzo niewiele, na dodatek właściwie wszystkie celne strzały piłkarzy Widzewa leciały prosto w jego ręce. Znów miał trochę kłopotów w grze na przedpolu, ten elementem bramkarskiego rzemiosła zdecydowanie do poprawy.

Rafał Janicki. Kilka razy zdrzemnął się w obronie, ale zawsze skutecznie asekurował go Sergejs Kożans. Za rzadko biegał do przodu, bo po niemal każdym jego dośrodkowaniu pod bramką Widzewa robiło się gorąco.

Sergejs Kożans. Najlepszy w tym sezonie występ Łotysza, nie popełnił ani jednego głupiego błędu, co ostatnio zdarzało mu się nagminnie.

Luka Vucko. Dotrzymywał kroku Łotyszowi, choć kilka pomyłek mu się zdarzyło. Efektywny w ofensywie, kiedy tylko jego kolegom udało się dobrze wykonać rzut rożny (zdarzało się to incydentalnie) Chorwat zawsze był na posterunku i zgrywał piłkę głową.

Vytautas Andriuskevicius. Niesamowicie chaotyczny, gdyby trochę "uczesał" swoją grę, byłby dużo przydatniejszy.

Łukasz Surma. Rzetelnie wywiązywał się ze swoich podstawowych obowiązków, ale brakowało wartości dodanej, czyli jakiegoś błysku w grze ofensywnej.

Marcin Pietrowski. Kolejny nijaki występ. Dwa czy trzy razy zagrał ciekawą piłkę do przodu, to jednak zdecydowanie za mało.

Paweł Nowak. Jeden z nielicznych, który próbował ukręcić bicz z piasku (gdzie bicz to dobra gra, a piasek to fatalna forma Lechii), ale miał tak dużo strat i niecelnych podań, że może byłoby lepiej gdyby rzadziej znajdował się przy piłce. Albo w ogóle.

Abdou Razack Traore . Gdyby nie kilka przebłysków, występ Traore można by określić tylko jednym słowem: katastrofa. Od kiedy przyszedł do Lechii zawsze sprawiał na boisku wrażenie jakby nie za bardzo chciało mu się grać, ale kiedy był w formie ta bezczelna nonszalancja czyniła z niego piłkarza wyjątkowego. Teraz sprawia, że jest jak postać wyjęta prosto z tragifarsy.

Piotr Wiśniewski. Najaktywniejszy z ofensywnych piłkarzy Lechii, tyle, że koszmarnie nieskuteczny. Pod bramką rywala brakuje mu spokoju.

Josip Tadić. Momentami przypominał Bedi Buvala, co biorąc pod uwagę dotychczasowe "popisy" Chorwata można uznać za - nieco absurdalny - ale jednak komplement. Nieźle się zastawiał, zgrywał piłkę do kolegów, oddał nawet trzy strzały na bramkę (jeden przeleciał pięć metrów obok słupka, drugi osiem, a trzeci był podaniem do Mielcarza). Ale do Francuza wciąż brakuje mu wiele, w końcu Buval strzelił dla Lechii "aż" 3 gole, Tadić wciąż czeka na pierwszego.

Levon Hajrapetjan. Tuż po wejściu rozegrał dwie ładne akcje, ale potem zniknął, a "czapkę-niewidkę" zdejmował tylko wówczas gdy trzeba było kopnąć piłkę z rzutu rożnego.

Fred Benson, Tomasz Dawidowski - grali zbyt krótko.