Rafał Ulatowski wszedł na minę. Czy ma szansę na przeżycie?

Nowy trener Lechii Rafał Ulatowski przed przyjęciem propozycji gdańskiego klubu zdawał sobie sprawę, że czeka go trudne zadanie, ale skali tej trudności chyba nie przewidział - pisze Tomasz Osowski z ?Gazety?
Sobotnie, przegrane 0:3 spotkanie z Legią w Warszawie, nie przyniosło w tej materii wiele nowego. Ale zderzenie z rzeczywistością okazało się dla Ulatowskiego brutalne. I mimo wszystko chyba jednak trochę zaskakujące. Nowy trener Lechii pewnie nie spodziewał się, że jest aż tak źle. W tej chwili zespół Lechii przypomina kompletną ruinę, budynek wali się z każdej strony i nie mam wątpliwości, że w obecnym kształcie za kilka miesięcy po prostu przestanie istnieć. Nawet fundament, którym była według poprzedniego trenera Tomasza Kafarskiego dobra gra defensywna - podobne zdanie miał zresztą Ulatowski - już od dawna jest popękany i ostatnio trzymał się tylko na barkach bramkarza Wojciecha Pawłowskiego. Gdyby nie on, podobnym wynikiem jak mecz z Legią zakończyłyby się spotkania z GKS Bełchatów czy Lechem Poznań. Solidna obrona Lechii to klechda ludowa oparta na statystyce, która w tym przypadku kłamie. Ale rzeczywiście, choć brzmi to horrendalnie, jest w tej chwili najmniejszym problemem biało-zielonych.

Ulatowski zagrał w Warszawie w jedyny możliwy sposób: postawił na ultradefensywę i liczył na bezbramkowy remis. Słusznie założył, że strzelenie bramki Legii - bez splotu niesamowitych okoliczności - jest praktycznie niemożliwe. Lechia w 8 meczach poprzedzających starcie z Legią zdobyła raptem jednego gola, jak zatem miałaby go strzelić bramkarzowi Dusanowi Kuciakowi, który jest niepokonany już od ponad 600 minut? Dlatego atakowanie bramki gospodarzy, poza chwilowym zrywem w drugiej połowie, lechiści sobie odpuścili. I kto wie, jak potoczyłby się ten mecz, gdyby bardzo niemrawa Legia nie strzeliła przypadkowej bramki do szatni. Ale nawet gdyby tak się nie stało i gdyby w drugiej połowie jakimś cudem udałoby się obronić remis 0:0, byłby to czysty fart, przypadek, który czasami w futbolu się zdarza. I który pozwala na sprawienie jednorazowej niespodzianki, ale na dłuższym dystansie nie ma żadnego znaczenia.

Bez względu na to, jak potoczą się trzy ostatnie tegoroczne mecze, wiadomo, że Lechia na wiosnę walczyć będzie o utrzymanie. Co musi stać się zimą, żeby sezon 2011/12 nie skończył się największą katastrofą w historii klubu? Wiadomo, że większość piłkarzy z obecnej kadry zespołu kompletnie nie nadaje się do walki o najwyższe cele w polskiej lidze, ale uratować ekstraklasę na pewno są w stanie. Rewolucja kadrowa już zimą byłaby błędem, choć oczywiście już teraz władze klubu muszą myśleć o wzmocnieniach na kolejny sezon. W tej chwili koniecznie potrzebny jest środkowy napastnik oraz pomocnik, który wpuściłby do drugiej linii trochę światła, bo w tej chwili jest to zawilgotniała ciemna piwnica z grzybem na ścianie. No i prawy obrońca, którego de facto w kadrze Lechii nie ma (nie jest nim ani Rafał Janicki, ani Marcin Pietrowski, ani wbrew pozorom Deleu).

Jednak najważniejsze będzie przygotowanie zespołu pod względem fizycznym, bo to w naszej w lidze wciąż atut niebagatelny. Piłkarze Lechii od początku sezonu człapią w tempie jednostajnie nieprzyspieszonym, zupełnie brakuje im dynamiki, świeżości. Na wiosnę muszą przypominać boiskowe maszyny, tylko wówczas przykryją braki piłkarskie i będą mieli szanse na utrzymanie. A Ulatowski mimo wejścia na wielką minę będzie miał szansę przeżyć.