Ulatowski: Chciałem doświadczonych piłkarzy z charakterem. Działacze - nie

Umawialiśmy się, że po czterech meczach zweryfikujemy nasze plany, nie było mowy o tym, że zdecydują one o mojej przyszłości - mówi Sport.pl Rafał Ulatowski, zwolniony trener piłkarzy Lechii Gdańsk.
Przemysław Iwańczyk: Przykro panu, że tak szybko skończyła się przygoda w Lechii?

Rafał Ulatowski: Tak, bo przychodziłem nie na cztery mecze, a na dłużej. Decyzja działaczy to tyleż pokłosie słabych występów drużyny, co brak ich akceptacji dla mojej wizji zespołu na wiosnę, kiedy stoczymy walkę o utrzymanie.

Jaką miał pan wizję?

- Po tym, co zobaczyłem w tych czterech meczach, uznałem, że trzeba nam doświadczonych graczy z odpowiednim charakterem. Takich, którzy byliby liderami na boisku i w szatni. Tylko tacy, moim zdaniem, mogli dać nam wyznaczony cel. Mniejsza teraz o nazwiska, znali je tylko działacze i ja. Na tę koncepcję nie wyrazili jednak zgody.

A jaką koncepcję mieli działacze?

- Nie wiem, ich trzeba o to zapytać. Ale zaznaczam, że nie powiem o nich teraz złego słowa. Umawialiśmy się, że po czterech meczach zweryfikujemy nasze plany, nie było mowy o tym, że zdecydują one o mojej przyszłości.

Może chcą mieć zagranicznego trenera i drużynę, która pociągnie zespół do Europy. Ministerstwo skarbu, a właściwie wielki kibic Lechii premier Donald Tusk planuje ponoć przeniesienie pieniędzy PGE z GKS Bełchatów oraz siatkarskich Skry Bełchatów i Atomu Trefla Sopot właśnie do Lechii.

- Ja słyszałem o właścicielu Polonii Warszawa Józefie Wojciechowskim. O pieniądzach z PGE też, ale dopiero od 2014 r. Na razie koncern ten jest sponsorem stadionu, więc proszę pytać działaczy, jak jest naprawdę.

Spotkał się pan z presją związaną z oczekiwaniami sponsora lub obecnością premiera na stadionie?

- Zawsze jest presja, gdziekolwiek się pracuje. Tu chciałbym przy okazji powiedzieć dobre słowo o kibicach, bo choć w Gdańsku wygraliśmy jeden mecz, a przegraliśmy dwa, nie spotkałem się ani z epitetami, ani agresywnymi reakcjami. Miałem spokój, bo fani wiedzieli, że nowy trener mussi dostać czas.

Słyszę w pana głosie wielkie rozgoryczenie?

- Kocham to, co robię, w Gdańsku jak wszędzie dawałem z siebie wszystko, zawiązywała się współpraca między mną i piłkarzami, nawet jeśli mieli jeszcze w głowach mojego poprzednika, trenera Kafarskiego. Cóż, takie życie.

Nie żałuje pan teraz wyprawy na Wybrzeże?

- Niczego nie żałuję, czasu nie cofnę. Poznałem nowych ludzi, piękne miejsce do gry, jakim jest PGE Arena. Nie miałem wyników i się żegnamy.

Pana kariera bardzo wyhamowała. Zanim został pan asystentem selekcjonera, jeszcze pracując w Zagłębiu Lubin i GKS Bełchatów, zdobył pan 108 punktów w 56 meczach. Ostatnio w Cracovii i teraz w Lechii - siedem punktów w 14 spotkaniach.

- Nie ma trenera, który by tylko wygrywał. Jose Mourinho przegrywał z Barceloną 0:5, a ostatnio 1:3. I ja na tym tle nie jestem wyjątkowy. Trzeba wyciągnąć wnioski i pracować dalej. Piłka to mój zawód, pasja, całe życie.

Nie ma pan obaw, że został przyklei się do pana etykietka trenera-pechowca?

- Nie mam czego się bać. Przecież nie będę siedział w domu. Mam teraz przez trzy lata lizać rany? Spodziewałem się, że popracuję w Gdańsku dłużej, po tym jak wprowadzę swój plan.

Byłby pan gotów wziąć jakiś zespół już od wiosny?

- Myślę, że za szybko na taką deklarację, zresztą nie tylko ode mnie to zależy. Na razie rozmawiamy chwilę po moim rozstaniu z Lechią. Przede mną święta, Nowy Rok.

Może telewizja?

- Tak. Liga angielska będzie w święta, zamierzam oglądać.

Może wróci pan do telewizji jako ekspert?

- Telewizja to nie mój zawód. Jestem trenerem. Ale bardzo dobrze wspominam czas pracy z dobrymi ludźmi w dobrym programie Canal+. I tylko dlatego się na to zdecydowałem.