Tu musi być ekstraklasa! Lechia Gdańsk przed rundą wiosenną

Przed Lechią Gdańsk najważniejsze 80 dni w historii klubu. Od dobrej gry piłkarzy i mądrości Pawła Janasa zależy czy PGE Arena nie stanie się nikomu niepotrzebną zabawką, a projekt ?Wielka Lechia? nie ugrzęźnie na ogromnej mieliźnie.
Sytuacja jest naprawdę poważna. Dziś nawet ciężko wyobrazić sobie Lechię grającą w przyszłym sezonie w I lidze. Pozycja zespołu w tabeli ekstraklasy (12. miejsce i zaledwie trzy punkty przewagi nad strefą spadkową) każe jednak zakładać każdy scenariusz. Także ten najczarniejszy.

Chyba nikt nie spodziewał się, że w połowie pierwszego sezonu na PGE Arenie, w Gdańsku trzeba będzie ogłosić alarm pierwszego stopnia. Jeszcze bardziej zadziwiające jest to, że ten alarm nie wywołał większego poruszenia u inwestora większościowego Andrzeja Kuchara oraz kierownictwa klubu. A przynajmniej nie wskazują na to konkretne działania. Zespół po fatalnej jesieni jest na krawędzi spadku z ekstraklasy, ale pomimo tego do najważniejszej rundy w historii klubu przystępuje bez znaczących wzmocnień. Póki co doszło tylko trzech zawodników, ale można ich nazwać co najwyżej uzupełnieniem składu. Jeden to 27-latek niechciany w swoim macierzystym klubie, który do Lechii zgłosił się sam (Jakub Wilk), drugi przyszedł z II-ligowego MKS Kluczbork (Patryk Tuszyński), trzeci jest napastnikiem, który w obecnym sezonie choć przebywał na boisku ponad 900 minut zdobył raptem dwa gole (Piotr Grzelczak). Szaleństwa nie ma. A gdzie prawy obrońca, środkowy pomocnik, rasowy snajper? Co prawda okienko transferowe jest jeszcze otwarte przez ponad tydzień, ale kiedy przypomnimy sobie dokonywane przez Lechię transfery "last minute" (m.in. Aleksandr Sazankow, Bedi Buval czy Josip Tadić) człowieka aż oblewa zimny pot. Tym razem ostatnim wzmocnieniem ma być Brazylijczyk Nildo, który jest już bardzo blisko porozumienia z gdańskim klubem, ale do zespołu dołączy najszybciej w przyszłym tygodniu. Może on będzie przydatniejszy niż wspomniana wcześniej trójka.

Grzelczak story

Do miana symbolu działań klubu na rynku transferowym urasta serial pod tytułem "Piotr Grzelczak przechodzi z Widzewa Łódź do Lechii Gdańsk". Aż trudno uwierzyć, że najbardziej gorącym nazwiskiem zimy w Gdańsku był napastnik, który w ekstraklasie gola strzela średnio raz na siedem meczów. Na dodatek cała operacja wyciągnięcia go z Łodzi kosztowała aż 500 tys. zł, choć jego kontrakt upływa z końcem sezonu (w pakiecie przyszedł również bramkarz Bartosz Kaniecki, ale to bardziej Widzewowi zależało żeby się go pozbyć, niż Lechii aby go wziąć i wiosną będzie wypożyczony). To oznacza, że każdy wiosenny występ Grzelczaka (o ile wystąpi we wszystkich trzynastu meczach) będzie kosztował klub 40 tys. złotych. Sporo. A właściwie horrendalnie dużo. Czy za pół miliona złotych można było ściągnąć lepszego napastnika? Na pewno. Czy Grzelczak będzie strzelał w Lechii gola za golem? Bardzo wątpliwe. Najważniejsze, że wierzy w niego trener Janas.



Trener przez duże T

Biorąc pod uwagę skromne ruchy transferowe, cała nadzieja na poprawę gry Lechii (i to znaczną) opiera się właśnie na osobie nowego szkoleniowca. To on ma radykalnie odmienić zespół, choć osobowo jest niemal identyczny jak jesienią. Janas to autorytet z wielkim doświadczeniem, trener jakiego w Lechii nie było jeszcze nigdy. Piłkarze mu ufają, a on robi wszystko aby odbudować w nich wiarę we własne umiejętności, która jesienią została bardzo mocno nadszarpnięta. To Janas ma sprawić, że Abdou Razack Traore przestanie myśleć o rosyjskim eldorado i odda Lechii serce, głowę, duszę, a przede wszystkim kończyny dolne. To Janas musi przekonać Łukasza Surmę, że jest on jeszcze w stanie grać na solidnym, ligowym poziomie. To Janas w końcu, w przeszłości środkowy obrońca światowej klasy, musi sprawić, że Luka Vucko, Rafał Janicki czy Sergejs Kożans przestaną popełniać szkolne błędy i defensywa biało-zielonych nie będzie przypominać durszlaka.

Jednak najważniejszym zadaniem byłego selekcjonera reprezentacji Polski było odbudowanie zespołu pod względem fizycznym. Jesienią zawodnicy Lechii wyglądali na tle rywali jakby mieli przytroczone do piłkarskich trzewików kilkukilogramowe ciężarki, przez co poruszali się po boisku w tempie mocno zwolnionym i jednostajnym. A dobre przygotowanie fizyczne, oczywiście przy niezbędnym minimum umiejętności piłkarskich (a Lechia ten pułap mimo wszystko osiąga), w kiepskiej polskiej ekstraklasie spokojnie wystarczy do wywalczenia miejsca w środku tabeli.

I tej wiary w Janasa trzeba się przed startem rundy wiosennej uczepić niczym rzep psiego ogona. Właściwie już dwa pierwsze wyjazdowe mecze - z Cracovią i ŁKS Łódź - ustawią pozycję wyjściową Lechii. W wypadku niepowodzeń biało-zieloni na dobre zagrzebią się w walce o utrzymanie, a wówczas zdarzyć może się wszystko. Ku pokrzepieniu serc warto przytoczyć jeden fakt: jeszcze nigdy zespół prowadzony przez Janasa nie zaznał goryczy spadku do niższej klasy rozgrywkowej. Oby po sezonie nie musiał on uzupełnić swojego CV o wstydliwy wpis. Dla Lechii byłaby to prawdziwa katastrofa, a dla Janasa prawdopodobny koniec trenerskiej kariery.