Po meczu ŁKS Łódź - Lechia Gdańsk (0:0). Czy gdańszczanie są najsłabsi w ekstraklasie?

Mecz Lechii Gdańsk z ŁKS Łódź przywołał w pamięci najmroczniejsze momenty rundy jesiennej. Tak grający zespół z Gdańska będzie miał ogromne problemy z utrzymaniem w ekstraklasie
- Nie tak wyobrażałem sobie to spotkanie, ale biorąc pod uwagę, że przez większość meczu graliśmy w dziesięciu, jestem zadowolony z punktu - podsumował trener Lechii Paweł Janas. Słowo "zadowolony", w kontekście tego, co pokazali w piątek jego zawodnicy, jest brawurą, ale były trener reprezentacji zawsze słynął z tego, że nawet po beznadziejnym meczu próbował znaleźć jakieś pozytywy. Skoro tak, to i my ich poszukajmy. Pierwszy z brzegu - gorzej niż w Łodzi zagrać już nie można. Drugi - w lidze jest jeszcze kilka drużyn, które prezentują zbliżony poziom i mogą uratować Lechię przed spadkiem. Problem w tym, że w peletonie słabeuszy Lechia wysunęła się na czoło stawki.

Jedyną rzeczą, z której od biedy można być zadowolonym, to przygotowanie fizyczne. W Łodzi biało-zieloni ustali rywalowi, mimo że przez ponad 50 minut grali w osłabieniu, po czerwonej kartce dla Vytautasa Andriuskeviciusa. Z drugiej strony, ŁKS przystąpił do rundy z marszu, bez przygotowań, bez zgrupowania, za to z naprędce skleconym składem. I piłkarzami, których nawet trener-menedżer ŁKS Piotr Świerczewski pieszczotliwie nazywa "szrotem". I tenże "szrot" napędził Lechii dużego stracha.



W zespole Janasa w Łodzi szwankowało niemal wszystko. Nie było współpracy między formacjami, kreacji w środku pola, gry skrzydłami, akcji kombinacyjnych. W drużynie dramatycznie brakuje zawodników, którzy potrafiliby poprowadzić grę, ukierunkować sposób przeprowadzania akcji. W tej chwili jedynym pomysłem jest oddanie piłki do Abdou Razacka Traore i liczenie na to, że stworzy coś z niczego. Tyle, że reprezentant Burkina Faso jest w słabej formie, na dodatek na boisku zachowuje się... co najmniej dziwnie. Zarówno w pierwszym meczu z Cracovią, jak i w spotkaniu z ŁKS Traore mógł, a nawet powinien, wylecieć z boiska. Pobłażliwości sędziów zawdzięcza, że oba mecze skończył tylko z żółtymi kartkami, ale z powodu ich nadmiaru i tak nie zagra w sobotnim meczu z Wisłą Kraków na PGE Arenie.

W ofensywnej mizerii nie ma już nawet sensu znęcać się nad nowym napastnikiem Piotrem Grzelczakiem, który gra po prostu na miarę swoich możliwości. To nie jest i nigdy nie będzie piłkarz robiący różnicę. Na dodatek przebywa z zespołem od niedawna i póki co ciężko mu się odnaleźć w tym całym bałaganie.

Jakby kłopotów z atakowaniem bramki rywala było mało, szwankuje też gra obrońców, szczególnie środkowych. W Łodzi popełnili oni kilka szkolnych błędów, podobnie było zresztą z Cracovią. To, że Lechia straciła w tych meczach tylko jedną bramkę, jest w dużej mierze zasługą Wojciecha Pawłowskiego, od wielu tygodni najjaśnieszego punktu zespołu. Tylko czy na barkach 19-letniego bramkarza można złożyć odpowiedzialność za utrzymanie zespołu w ekstraklasie?