Naczynia połączone, czyli dlaczego źle się dzieje w Lechii Gdańsk

Po pierwszym meczu z Cracovią, mimo przeciętnej gry, napisałem, że Lechia Gdańsk grała dużo lepiej, niż się spodziewałem. Dopatrzyłem się nawet dwóch czy trzech pozytywów i wyraziłem nadzieję, że w kolejnych meczach będzie lepiej. No i dostałem obuchem w łeb
Brak celnego strzału w starciu z tak słabym rywalem, jak ŁKS, ociera się o piłkarski analfabetyzm. Lechia jest zresztą pierwszym zespołem, który w tym sezonie nie strzelił gola na łódzkim "Estadio da Gruz". Czy ktoś jeszcze pamięta, że celem postawionym przed piłkarzami z Gdańska było zdobycie miejsca gwarantującego grę w pucharach? Dziś brzmi to jak ponury żart.



Postawa Lechii w Łodzi nie jest jednak przypadkiem. To konsekwencja tego, co dzieje się w klubie od dłuższego czasu. Niedofinansowanie przez inwestora większościowego, przypadkowe transfery zamiast poważnych wzmocnień, kołomyja z trenerami, fatalne zarządzanie stadionem. Nie ma przypadku w tym, że piłkarze, którzy mają przed sobą jakieś perspektywy (Abdou Razack Traore, Ivans Lukjanovs) ani myślą o przedłużeniu kontraktów i czym prędzej chcą z klubu prysnąć. Niestety, Lechia, mimo ogromnych możliwości jakie daje PGE Arena, przestała być magnesem. A przecież ten zespół dramatycznie potrzebował transfuzji, która wzburzyłaby krew płynącą ostatnio w drużynie wyjątkowo leniwie, trzech-czterech piłkarzy, którzy zasialiby w szatni pozytywny ferment.

Pozostaje zatem liczyć na cud. I wierzyć w to, że zawodnicy Lechii jednak nie zapomnieli, jak się gra w piłkę. Najłatwiejsze mecze już jednak za nimi, teraz zaczynają się prawdziwe schody. Oby nie okazały się zbyt strome.