Transfer "last minute" ratunkiem dla Lechii Gdańsk? Historia uczy, że niekoniecznie

Do zamknięcia zimowego okna transferowego w polskiej ekstraklasie zostało kilkadziesiąt godzin. Po bezbramkowym remisie z ŁKS Łódź niewykluczone, że w Lechii Gdańsk dojdzie do transferów "last minute"
Transfery dokonywane "za pięć dwunasta" to w gdańskim klubie nie pierwszyzna. W sezonie 2010/2011 tuż przed zamknięciem okna transferowego Lechię zasilili Bedi Buval, Aleksandr Sazankov i Marek Zieńczuk. Jak udane były to transfery niech świadczy fakt, że dwóch z nich w Lechii już nie ma. Po niezbyt udanych występach szybko podziękowano Zieńczukowi, który przeszedł do Ruchu Chorzów i pod okiem Waldemara Fornalika odbudował formę. Dziś jest czołową postacią chorzowskiego klubu, czego dowodem była piękna bramka strzelona Lechowi Poznań z rzutu wolnego. Buval miał co prawda "wejście smoka" i w swoich trzech pierwszych meczach w Lechii strzelił gole, ale potem jego skuteczność spadła do zera i działacze biało-zielonych postanowili się z Francuzem bez żalu pożegnać. Po odejściu z Gdańska Buval trafił do portugalskiego Feirense, gdzie w 10 meczach również strzelił trzy gole. Z kolei Sazankow jest jeszcze w kadrze Lechii, ale z powodu przeciągającego się zwolnienia lekarskiego jego gra w Lechii ma wymiar wyłącznie symboliczny - Sazankow w dwóch sezonach zagrał tylko 207 minut

W sezonie 2011/2012 w ostatnim dniu okienka przyszedł do Lechii Josip Tadić, którego transfer ciężko określić jako strzał w dziesiątkę. Chorwat w 12 meczach ani razu nie trafił do siatki i przy ustalaniu składu trener Lechii Paweł Janas, wstawienie Tadicia do pierwszej jedenastki powinien rozważać jako ostateczność.

Czy mimo złych doświadczeń z poprzednich sezonów w Lechii znów dojdzie do transferu "last minute". W grę wchodziłoby pozyskanie któregoś z trójki: Patryk Małecki, Jakub Kosecki i Nildo. Wydaje się jednak, że przejście któregoś z tych piłkarzy jest mało prawdopodobne. Małeckiemu bliżej do wyjazdu do zagranicznego klubu, Kosecki to zawodnik o zbyt małym doświadczeniu, by z miejsca stać się czołową postacią drużyny, a w przypadku Nildo nie wiadomo do końca, który z menedżerów w praktyce reprezentuje jego interesy. W dodatku Brazylijczyk słabo wypadł podczas testów medycznych.