Wojciech Pawłowski: Z Lechii chcę odejść z klasą

- To nie jest tak, że sam Pawłowski wygra mecz. Ja tylko pomagam zespołowi. Gram w Lechii do lipca, więc zrobię wszystko, żeby odejść z Gdańska z klasą - mówi bramkarz Lechii Gdańsk Wojciech Pawłowski.
Maciej Korolczuk: Nie irytuje pana indolencja napastników? W meczu z Wisłą sytuacji bramkowych praktycznie nie było, a najlepszym piłkarzem Lechii znów był bramkarz.

Wojciech Pawłowski: - To nie jest tak, że sam Pawłowski wygra mecz. Ja tylko pomagam zespołowi. Gram w Lechii do lipca, więc zrobię wszystko, żeby odejść z Gdańska z klasą. Żeby nikt mi nie mógł zarzucić, że Lechia spadła nie daj Boże do I ligi, a Pawłowskiego to nie obchodzi bo już w Gdańsku nie będzie. Z zespołem jestem do końca.

Zmiana trenera w Wiśle tuż przed meczem w Gdańsku to była dla was najgorsza wiadomość z możliwych?

- Probierz, Janas czy Kafarski to tylko trener. Oczywiście każdy z nich ma inne spojrzenie, inną taktykę, ale na boisku grają piłkarze, a nie trenerzy. Przyjście pana Probierza nie miało żadnego znaczenia.

Zadziałał efekt "nowej miotły" czy Wisła była lepsza piłkarsko?

- Nie powiedziałbym, że Wisła była lepsza. My też graliśmy piłką. Zabrakło precyzji i ostatniego podania, bo gdybyśmy strzelili bramkę, ten mecz wyglądałby inaczej.

Dlaczego nie pomagacie sobie na boisku? Napastnik jest pozostawiony sam sobie, druga linia jest niewydajna, a od obrońców trudno wymagać, by strzelali bramki i wygrywali mecze.

- Nie odnoszę takiego wrażenia. W pierwszej połowie naprawdę graliśmy dobry futbol. Nikt nie zarzuci nam, że nie chcieliśmy wygrać. W drugiej próbowaliśmy odrabiać straty, nie mogliśmy czekać czwórką z tyłu, że Wisła podejdzie i będzie z nami klepać piłkę. Musieliśmy się odkryć, więc z tyłu zazwyczaj było dwóch, a czasem nawet jeden obrońca. Ryzyko tym razem się nie opłaciło.

Jak na wynik i waszą grę zareagował w przerwie trener Janas?

- Powiedział, że nie wszystko jeszcze stracone, że mecz trwa i mamy szansę na odrobienie strat. Mówiąc krótko, trener kazał nam zapierd...Nie raz widziałem mecze, w których drużyny przegrywały do przerwy nawet 0:3, a w drugiej połowie potrafiły odrobić straty i wygrać.

Czuje się pan jak Wojciech Szczęsny w Arsenalu, gdzie jest skazany tylko na siebie i swoje umiejętności? Tam też, koledzy z pola mu niewiele pomagają...

- Czuję się jak Wojciech Pawłowski, a nie Szczęsny. Każdy gra swoją piłkę, każdy jest inny. Nie porównuję się w żadnym stopniu do Wojtka.

Wasze szczęście w nieszczęściu polega na tym, że nie tylko wam nie idzie. Słabo wygląda Cracovia, ŁKS. Za wami jest jeszcze Zagłębie, które w tej kolejce jednak wygrało...

- Nie tylko Zagłębie zaczyna grać w piłkę. Nasza gra też wygląda coraz lepiej. Na Cracovii zabrakło nam naprawdę niewiele, by dowieźć prowadzenie i zdobyć komplet, a nie tylko jeden punkt.

Śledzicie to, co się dzieje w dolnej połowie tabeli?

- Analizujemy całą tabelę, a nie tylko te spadkowe miejsca. Tabela zmienia się po każdej kolejce i na dziś naprawdę nie ma znaczenia, kto jest na jakim miejscu. Przecież teraz możemy wygrać np. cztery mecze z rzędu i wskoczyć na ósme miejsce [Lechia zagra kolejno z Górnikiem na wyjeździe, z Koroną i Podbeskidziem u siebie i GKS w Bełchatowie]. A wracając do pańskiego pytania, to zawsze patrzymy na drużyny, które są przed nami, a nie za. Spadek nas nie interesuje.

A pamiętacie jeszcze o celu, jaki został wam postawiony przed sezonem?

- Teraz nie powiem tego panu. Nie pamiętam...

Na koniec sezonu mieliście zająć miejsce dające awans do europejskich pucharów.

- Oczywiście, zawsze przed drużyną stawia się jak najwyższe cele. Puchary w Gdańsku były by jak marzenie. Trudno, nie udało się. Teraz trzeba walczyć o utrzymanie.