Po porażce Lechii Gdańsk z Wisłą Kraków. Biednemu wiatr w oczy

Zespół Wisły Kraków nie pokazał w Gdańsku nic godnego uwagi, a mimo to odniósł bezproblemowe zwycięstwo. Tym gorzej świadczy to o piłkarzach Lechii, którzy z każdym meczem popadają w coraz większy marazm, a widmo spadku straszy bardzo mocno.
W trzech tegorocznych meczach podopieczni Pawła Janasa nie stworzyli sobie nawet jednej dogodnej sytuacji do strzelenia bramki (gol z Cracovią był przypadkowy), celne strzały policzyć można na palcach jednej ręki, podobnie jak składne akcje złożone z kilku-kilkunastu podań, zakończone stworzeniem zagrożenia pod bramką rywala. W spotkaniu z Wisłą momentami, a szczególnie w pierwszej połowie po stracie gola, gra Lechii nie wyglądała źle, tyle tylko, że kompletnie nic z tego nie wynikało. Biało-zieloni dość sprawnie przedostawali się w okolice 20 metra przed bramką Wisły, ale potem ogarniała ich kompletna niemoc. Trzy strzały zza pola karnego prosto w bramkarza, dwie groźne centry... i to wszystko co można zapisać zespołowi Lechii po stronie zysków.

Nie dziwi więc, że trener Janas ocenę meczu po raz trzeci zaczął identycznie:

- Jak zwykle mam pretensje do własnego zespołu o to, że nie tylko nie potrafimy zdobywać bramek, ale nawet wypracować sobie dogodnych sytuacji - stwierdził szkoleniowiec, co powoli zaczyna brzmieć jak mantra nabierająca z każdym spotkaniem coraz większej mocy. Potem zgłosił również zastrzeżenia do postawy obrońców, ale to nic nowego, pod tym względem źle jest już od dłuższego czasu.



Taka porażka boli podwójnie bo wciąż aktualny mistrz Polski, z debiutującym w roli trenera Michałem Probierzem, zaprezentował się w Gdańsku bardzo przeciętnie. Pierwszą bramkę Wisła zdobyła po zbiorowym błędzie niemal całego zespołu (najpierw bramkarz Wojciech Pawłowski niepotrzebnie interweniował po bardzo niecelnym strzale Maora Meliksona, a potem po rzucie rożnym wszyscy piłkarze Lechii tylko przyglądali się jak kiksujący Junior Diaz zalicza asystę przy golu Kew Jaliensa), a drugą po dziwnej decyzji sędziego Marcina Borskiego, który w interwencji Deleu dopatrzył się faulu na Ivicy Iliewie i podyktował rzut karny (na bramkę zamienił go Dudu Biton).

Chyba jedynym pozytywem spotkaniu był niezły debiut Jakuba Koseckiego, który nieco rozruszał ślamazarną do tej pory ofensywę Lechii i co ważne walczył za trzech. - Nie mnie oceniać swoją grą, na boisku dałem z siebie wszystko, pomogłem na ile mogłem, choć nie da się ukryć, że brakuje mi jeszcze zgrania z resztą zespołu - podsumował swój występ piłkarz wypożyczony z Legii Warszawa. Debiut zaliczył również 21-letni napastnik Adam Duda, ale przez 10 minut zdziałać mógł niewiele.