1:8 czyli zawstydzający bilans Lechii Gdańsk przed meczem z Koroną Kielce

W tym sezonie piłkarze Lechii Gdańsk ze stałego fragmentu gry strzelili zaledwie jedną bramkę. Ten element jest z kolei znakiem firmowym Korony Kielce, z którą biało-zieloni zagrają w poniedziałek na PGE Arenie
Stałe fragmenty to w piłce jeden z łatwiejszych sposobów na zdobycie (bądź stracenie) gola. Nie licząc rzutów karnych, gole strzelane po dośrodkowaniach z rzutów rożnych czy wolnych stanowią coraz większy procent zdobywanych bramek.

Coraz większa liczba zespołów nastawia się na doskonalenie właśnie tej sztuki, wychodząc z założenia, że łatwiej strzelić bramkę po dokładnej wrzutce ze stojącej piłki, kiedy w polu karnym jest duża liczba zawodników i w zamieszaniu można z bliska wepchnąć piłkę do siatki. Tej umiejętności nie posiedli w wystarczającym stopniu piłkarze Lechii, którzy w obecnym sezonie do siatki rywali po stałym fragmencie gry trafili tylko raz - w meczu drugiej kolejki z Jagiellonią Białystok. Po dośrodkowaniu z rzutu rożnego piłkę do siatki udało się skierować Ivansowi Lukjanovsowi.

W pozostałych przypadkach, kiedy gdańszczanie mogli cieszyć się ze zdobytej bramki (a było ich raptem 11), biało-zieloni strzelali gole po zespołowych akcjach (osiem razy), a także po razie z rzutu karnego i po trafieniu samobójczym. Statystyka jest porażająca, zwłaszcza że w Lechii nie brakuje zawodników, którzy potrafią (teoretycznie) celnie dośrodkować piłkę w pole karne.

Na razie asystę przy golu Lukjanovsa zaliczył jedynie Levon Hajrapetjan, a przecież jeszcze w poprzednim sezonie dokładne podanie, otwierające drogę do bramki, potrafili wykonać Abdou Razack Traore, Paweł Nowak czy choćby odsunięty obecnie na boczny tor Kamil Poźniak. Biało-zieloni w składzie mają również piłkarzy, którzy potrafią wykorzystać zagrania kolegów. Choćby czwórka stoperów Lechii, w osobach Rafała Janickiego, Krzysztofa Bąka, Luki Vucki czy Sergejsa Kożansa. Najniższy z nich, Bąk, ma 188 cm wzrostu, a Vucko blisko dwa metry. Z takimi warunkami obrońcy Lechii powinni być przydatni również pod bramką przeciwnika, a jednak w 21 kolejkach żaden z nich nie zdołał uczynić pożytku ze swoich centymetrów.



Co więcej, wysoki wzrost nie pomaga defensorom Lechii również we własnej szesnastce. Bo oprócz kłopotów w ofensywie, także obrona stałych fragmentów w wykonaniu biało-zielonych przyprawia nieraz o szybsze bicie serca. Bramkarz Lechii w obecnych rozgrywkach po piłkę do siatki w konsekwencji stałego fragmentu gry musiał sięgać pięciokrotnie. Po dośrodkowaniach z rzutów wolnych bądź rożnych do bramki Lechii trafiali Andrius Skerla i Grzegorz Rasiak z Jagiellonii, a także Johann Voskamp ze Śląska Wrocław, Kew Jaliens z Wisły Kraków i Oleksandr Szeweluchin z Górnika Zabrze. Dwie ostatnie bramki biało-zieloni stracili w dwóch wiosennych spotkaniach, co przed meczem z Koroną nie napawa optymistycznie.

Bo w przeciwieństwie do Lechii piłkarze z Kielc wiedzą, jak zdobywać gole ze stałych fragmentów. Trener Korony Leszek Ojrzyński ma bowiem w swojej talii asa Aleksandara Vukovicia. Doświadczony pomocnik ze swojej umiejętności dośrodkowań zasłynął już podczas gry w Legii Warszawa, a w Koronie ją dobitnie potwierdza. W tym sezonie po jego centrach z rzutów wolnych bramki zdobywali Krzysztof Kiercz, Łukasz Jamróz oraz dwukrotnie Pavol Stano. Nie należy zapominać także o znajdującym się ostatnio w wybornej formie Pawle Sobolewskim. Jego dośrodkowania z rzutów rożnych na gole zamieniali Maciej Korzym, Tadas Kijanskas i Piotr Malarczyk - wszystkie w trakcie ostatnich dwóch spotkań.

Gdańszczanie muszą więc mieć się na baczności, bo choć Korona to drużyna określana jako grające ostro boiskowe przecinaki, to jej głównym atutem jest wykorzystywanie rzutów rożnych i wolnych. Z drugiej strony, słabością Korony jest bronienie stałych fragmentów - kielczanie stracili po nich pięć goli - dokładnie tyle samo co Lechia. Problem w tym, że gdańszczanie na razie nie potrafią z tej broni korzystać. Magia stałych fragmentów polega jednak na tym, że w każdej chwili można stworzyć coś z niczego. Dostawienie głowy, rykoszet, kiks. Bo przecież ostatecznie o zwycięstwie decyduje liczba goli, a nie to w jakich okolicznościach padły.