Lech Poznań - Lechia Gdańsk 2:1. Fura szczęścia to za mało

Zespół Lechii Gdańsk, choć przebieg meczu zupełnie na to nie wskazywał, przy odrobinie szczęście mógł w Poznaniu nawet wygrać. Ostatecznie górę wzięła piłkarska sprawiedliwość, która w końcówce oddała Lechowi Poznań to, co wcześniej zabrał pech
Biało-zieloni w tym roku o wiele lepiej spisują się w meczach wyjazdowych i niewiele brakowało, aby po raz piąty przywieźli do Gdańska co najmniej punkt (wcześniej raz wygrali i trzy razy zremisowali). Jeszcze na pięć minut przed końcem był remis 1:1, ale wówczas nieodpowiedzialnie zachował się piłkarz Lecha w barwach Lechii, czyli Jakub Wilk. Wypożyczony z "Kolejorza" lewy obrońca beztrosko wybił piłkę piętą na 16 metr wprost pod nogi nabiegającego Mateusza Możdżenia, który mocnym strzałem nie dał szans Wojciechowi Pawłowskiemu. Bramkarz Lechii, powracający do składu po dwóch meczach pauzy, był chyba jedynym piłkarzem zespołu, do którego nie można mieć za ten mecz większych pretensji, mało tego można go pochwalić. Reszta miała wzloty (rzadko) i upadki (częściej), a drużyna jako całość prezentowała się słabiutko.

Pochwalić Lechię można za jedno: za wstawki mocnego, agresywnego pressingu pod polem karnym rywali, który często kończył się odbiorem piłki. Co prawda tego pressingu nie udawało się przekuć na sytuacje podbramkowe, ale gospodarze byli przez to wybijani z rytmu i momentami tracili kontrolę nad meczem. Raz nie popisał się też arbiter, kiedy po odbiorze piłki na 30 metrze przed bramką Lecha i szybkim zagraniu do Abdou Razacka Traore, ten był faulowany w polu karnym przez Grzegorza Wojtkowiaka. Sędzia Szymon Marciniak uznał jednak, że przewinienie miało miejsce tuż przed polem karnym i podyktował tylko rzut wolny. Decyzja co najmniej kontrowersyjna.

Lechia, Arka, Prokom, Atom, Lotos... - sportowe Trójmiasto na Facebooku! plus jeden? »


Do końca meczu pozostawało wówczas 10 minut i to był właśnie ten moment kiedy wydawało się, że Lechia może pokusić się o trzy punkty. Jeszcze kilkadziesiąt sekund przed stratą bramki po pięknej indywidualnej akcji sam przed bramkarzem Lecha Jasminem Buriciem znalazł się Traore, ale w ostatniej chwili "zabrakło" mu nogi. A potem przyszła feralna 86 minuta, "asysta" Wilka i gol Możdżenia.

Żeby jednak oddać sprawiedliwość, jeszcze bardziej kuriozalną bramkę zdobyła w drugiej połowie Lechia (przy stanie 0:1, do przerwy gospodarze prowadzili po golu Vojo Ubiparipa). Był to tzw. podwójny samobój. Po dośrodkowaniu Pawła Nowaka piłkę najpierw odbił Marcin Kamiński, potem Dimitrije Injac, a kompletnie skołowany tym bilardem Burić był kompletnie bez szans. To był jednak nadmiar szczęścia gdyż w tym momencie powinno być już co najmniej 3:0 dla Lecha. Swojego dnia nie miał jednak najlepszy snajper ligi Artjom Rudniew. Łotysz miał w pierwszej połowie trzy znakomite sytuacje do zdobycia gola, ale najpierw jego strzał wybronił Pawłowski, a potem napastnik Lecha uparł się aby wystrzelić piłkę poza stadion i fatalnie pudłował. Ostatecznie jednak sprawiedliwości stało się zadość i to gospodarze cieszyli się z kolejnego zwycięstwa. Za to Lechia coraz bardziej nerwowo ogląda się za siebie. Swój mecz na szczęście przegrał ŁKS Łódź, tak więc biało-zieloni utrzymają po tej kolejce 14. bezpieczne miejsce w tabeli. Widmo spadku wciąż jest jednak bardzo realne.