Sport.pl

Andrzej Kuchar sprzedaje Lechię. Ta oferta wygląda jak szantaż [OPINIA]

Propozycja Andrzeja Kuchara skierowana do władz Gdańska to ostateczny dowód na to, że dobro klubu jest ostatnia rzeczą, na jakiej mu zależy - pisze Michał Jamroż z ?Gazety?.
Jeżeli ktoś miał jakiekolwiek wątpliwości, czy Andrzej Kuchar chce jeszcze budować wielką Lechię, teraz już ich mieć nie może. Propozycja skierowana do władz miasta, w której oczekuje on zapłaty 10,7 mln zł za swoje udziały w klubie, to żenujący żart. I oficjalne potwierdzenie intencji, jakie przyświecały mu, gdy podejmował decyzję o zainwestowaniu w Lechię. "Inwestor" z Wrocławia postanowił szybko zarobić na klubie duże pieniądze. W 2009 roku zapłacił za 51 proc. udziałów w Lechii ponad milion zł. W tym czasie klub z drużyny walczącej do samego końca sezonu o utrzymanie stał się drużyną... walcząca do samego końca sezonu o utrzymanie. Aby osiągnąć taki sukces, czyli stabilną formę drużyny, Kuchar musiał pożyczyć klubowi "zaledwie" 11 mln zł. W międzyczasie klub przeprowadził się ze stadionu przy Traugutta na PGE Arenę Gdańsk. Przenosin dokonał w swoim stylu, czyli oczywiście profesjonalnie. W ciągu roku spółka córka Lechii, czyli Lechia Operator, wypracowała długi na poziomie 4,5 mln zł i z zarządzaniem stadionem się pożegnała.

Dziś, po paśmie tych sukcesów, "inwestor" przybywa do miasta ze szczodrą propozycją odsprzedaży swoich udziałów. Sprowadza się ona do tego, że miasto za jego przygodę z Lechią miałoby zapłacić w sumie blisko 25 mln zł. Trzeba przyznać, że podniesienie wartości jednego udziału w ciągu 3 lat aż dziesięciokrotnie, przy wpędzeniu klubu i jego spółki córki w 15 mln długu, i jednoczesne doprowadzenie go na skraj sportowej przepaści, to profesjonalizm rzadko spotykany.

Niestety, sytuacja, w jakiej znalazła się Lechia, nie jest tak śmieszna jak zachowanie "inwestora". Ma właściciela, który nie chce jej finansować, a jednocześnie próbuje sprzedać za nie do zaakceptowania przez nikogo rozsądnego cenę.

Z jednej strony wygląda to jak próba wymuszenia na władzach miasta zakupu klubu. Jak? Poprzez doprowadzenie do momentu, w którym dramatyczna sytuacja Lechii sprawi, ze kibice zaczną domagać się od prezydenta Adamowicza wykupienia zespołu. Można to nazwać szantażem w czystej postaci.

Czy miasto powinno kupić zadłużoną Lechię? oceń na Facebooku Trojmiasto.Sport.pl! +1? »


Z drugiej strony, może to być próba podbicia ceny przed szykowaną transakcją z kimś z zewnątrz. Wersja o tyle optymistyczna, że oznacza, że jest ktoś, kto w Lechię chce zainwestować. Pesymistyczna o tyle, że prowadzenie w ten sposób negocjacji przez Kuchara może oznaczać, że szybko skończą się one zerwaniem rozmów.

Jedno jest pewne. Miastu nie wolno się zgodzić na stawiane przez niego warunki. Musi ono wymusić na Kucharze wpuszczenie do klubu kontroli, która zbada dokładnie wartość spółki Lechia Gdańsk. Wtedy można pomyśleć, czy w ogóle miasto powinno stać się właścicielem klubu. Myślę jednak, że w sytuacji, gdy jego cena zostałaby urealniona, znalazłby się inwestor z zewnątrz.

Póki co ani Kuchar, ani firmowany przez niego zarząd klubu nie powininni być partnerem do jakichkolwiek rozmów. Nie można być zakładnikiem jednego człowieka. Jeżeli jedyną szansą na odejście Kuchara jest sportowa katastrofa klubu, trudno. Rok lub dwa bez ekstraklasy wytrzymają i stadion, i kibice. Jednak kolejnego roku lub dwóch z Kucharem może nie wytrzymać nikt.

Więcej o: