Sport.pl

Po szalonym meczu Lechii ze Śląskiem. Sebastian Mila kontra Mateusz Machaj, czyli... mistrz lepszy od ucznia

Spotkanie Lechii Gdańsk ze Śląskiem Wrocław było starciem dwóch liderów swoich drużyn - robiącego furorę młodego Mateusza Machaja z Lechii ze starym ligowym wyjadaczem Sebastianem Milą. Mimo, że Machaj starał się jak mógł, to niedzielny mecz udowodnił, ile mu jeszcze do Mili brakuje
Machaj zaczął kapitalnie. W pierwszej połowie ciągnął grę Lechii w ofensywie, momentami wręcz zabawiając się z obrońcami Śląska. Był błyskotliwy i praktycznie nie było akcji w ataku biało-zielonych, w której Machaj nie maczałby swoich palców. A wisienką na torcie było podanie, jakim Machaj popisał się w 50. minucie, kiedy zagrał "na nos" do Abdou Razacka Traore, otwierając reprezentantowi Burkina Faso drogę do bramki Mariana Kelemena. Lechia po tej akcji zdobyła gola na 2:0 i wydawało się, że to Machaj, obok Traore, będzie głównym architektem wygranej biało-zielonych. Tym bardziej, że jego vis-a-vis w zespole Stanislava Levy'ego spisywał się przeciętnie, by nie napisać słabo. Owszem, w pierwszej połowie Mila zagrał parę dobrych podań, ale po pierwszych 45 minutach występ kapitana Śląska można określić jako poniżej oczekiwań.

W drugiej Mila udowodnił jednak, jak nieprzeciętnym jest graczem i ile wartości potrafi dodać swojej drużynie. I to w momencie, gdy jego zespół był już praktycznie na kolanach. Widząc, że drużynie wyraźnie nie idzie, Mila wziął ciężar prowadzenia gry całkowicie na swoje barki. Był wszędzie, pierwszy w odbiorze i pierwszy w wyprowadzaniu akcji ofensywnych, wreszcie zaś, pierwszy w ich wykańczaniu. Dzięki jego dwóm bramkom wrocławianie "wrócili z dalekiej podróży" i potrafili odwrócić losy meczu z sytuacji już beznadziejnej.

Ta sztuka nie udała się Machajowi, który po stracie przez Lechię prowadzenia, nie był w stanie podźwignąć swoich kolegów do walki. Jego groźnie uderzenie z 86. minuty, które jednak obronił Kelemen, to jedyna akcja Machaja godna zapamiętania w końcówce spotkania. W końcówce, gdzie biało-zieloni swojego lidera potrzebowali jak tlen, Machaja po prostu zabrakło.

Mecz Lechii ze Śląskiem pokazał, że choć Machaj jest piłkarzem, który dla biało-zielonych jest nieoceniony, w kryzysowych momentach nie jest w stanie wykorzystać swego potencjału. Odwrotnie Mila. Kapitan Śląska do akcji wkroczył wtedy, gdy jego zespół najbardziej potrzebował. - Bardzo chciałem zagrać dzisiaj dobre spotkanie, po to, żeby odzyskać szacunek u kibiców Śląska, którzy ostatnio mogli być zawiedzeni moją grą - przyznał po meczu Mila. I rzeczywiście, po tym spotkaniu widać wyraźnie, ile Mila znaczy dla Śląska. Widać również, że takiego piłkarza w Lechii wciąż brakuje. Być może już niedługo, bo choć Mila w sprawie swojej nowej umowy rozmawia ze Śląskiem, niewykluczone, że po sezonie zmieni pracodawcę. - Nie zamykam się na żadną możliwość, bo w grę wchodzi wiele opcji - mówi dyplomatycznie piłkarz, ale dla nikogo nie jest tajemnicą, że kapitan Śląska z chęcią wróciłby do Lechii. Symptomatyczne było zresztą zachowanie Mili po strzelonych bramkach, po których nie manifestował radości, całując opaskę na ręku z herbem Lechii. Jeśli zatem doświadczony pomocnik zdecyduje się na transfer do Lechii, to o miejsce w składzie nie musi się martwić. I niewykluczone, że kosztem wschodzącej gwiazdy Lechii Mateusza Machaja.

Zgadzasz się z autorem? Machaj wciąż musi się uczyć od Mili? Podyskutuj na Facebooku Trojmiasto.Sport.pl! »


Więcej o:
Skomentuj:
Po szalonym meczu Lechii ze Śląskiem. Sebastian Mila kontra Mateusz Machaj, czyli... mistrz lepszy od ucznia
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX