Sport.pl

Chodzi o to, żeby minusy nie przesłoniły plusów, czyli, co wiemy po meczu Lechii z Koroną

Trener Michał Probierz po każdym meczu Lechii Gdańsk, nieważne, czy wygranym, zremisowanym, czy przegranym stara się znaleźć w grze swojego zespołu jakieś pozytywy. Trojmiasto.sport.pl poszło śladem szkoleniowca biało-zielonych i również poszukało plusów w gdańskiej drużynie po zremisowanym 2:2 spotkaniu z Koroną. Oczywiście nie zapominając o ciemniejszych stronach.
Zacznijmy od minusów

Na pewno na sporą burę po poniedziałkowym meczu na PGE Arenie zasługuje Christopher Oualembo. Pośrednio jest to kamyczek do ogródka trenera gdańskiej drużyny, który zdecydował się wystawić tego piłkarza na prawym skrzydle w meczu przeciwko takiemu rywalowi jak Korona. I nawet nie chodzi o to, że Oualembo popełnił błąd, zagrywając piłkę ręką we własnym polu karnym (notabene Kongijczyk w podobny sposób zagrał ręką w spotkaniu z Pogonią w Szczecinie, gdzie jednak arbiter uznał to za ruch przypadkowy). Oualembo jest graczem o zbyt małej sile przebicie w ofensywie, by móc być skutecznym w grze przeciwko nastawionej głównie na obronę Koronie. Szkoda, że Probierz przekonał się o tym dopiero po półgodzinie gry.

Obok Oualembo minus trzeba postawić przy nazwisku Pawła Buzały. W poprzednich spotkaniach napastnik Lechii rzeczywiście był zbyt rzadko "dokarmiany" celnym podaniami. Tym razem jednak na brak otwierających drogę do bramki Korony zagrań Buzała narzekać nie mógł. Tylko ta fatalna skuteczność. Oby ten mecz na dobre nie zablokował napastnika Lechii, który po fantastycznym początku sezonu i trzech golach w swoich pierwszych trzech meczach coś nie może trafić do siatki rywali.

Do poprawy przyda się również atak pozycyjny gdańskiego zespołu. Szczególnie widać to było w drugiej połowie, kiedy lechiści mieli kłopot z rozrzedzeniem szyków obronnych rywali, często zagrywali nie w tempo i niedokładnie, co kończyło się stratami. Przy tak "zamurowanym" na własnej połowie przeciwniku podstawą jest precyzja, a tej w poniedziałek Lechii zabrakło.

Czas na plusy

Pozytywnym zaskoczeniem był występ przeciwko Koronie Patryka Tuszyńskiego. Ale dopiero od momentu, kiedy zaczął grać na skrzydle, gdyż jako wysunięty napastnik, grający tyłem do bramki kompletnie się nie sprawdził. Choć czasem jego dryblingi wyglądały mało dynamicznie, to jednak były skuteczne i Tuszyński radził sobie z jednym, dwoma, a nawet trzema atakującymi go rywalami. Dołożył do tego kilka pięknych, dopieszczonych dośrodkowań, które aż prosiło się, by zamienić na gola. Ten piłkarz swoją kolejną szansę powinien dostać także przeciwko Widzewowi Łódź, gdzie wciąż nie będzie mógł zagrać pauzujący za czerwoną kartkę Przemysław Frankowski.

Duże brawa za mecz z Koroną należą się także Piotrowi Grzelczakowi. Bramka "stadiony świata", do tego kapitalna asysta z rzutu wolnego. W ostatnich meczach to właśnie Grzelczak ciągnie grę Lechii do przodu i ma świetne statystyki - trzy gole w czterech ostatnich meczach. Tylko tak dalej.

Wymieniając plusy w grze Lechii przeciwko Koronie trudno nie zauważyć, jak gdański zespół odrodził się po stracie dwóch bramek już na początku meczu. Parafrazując klasyka biało-zieloni "zareagowali pozytywnie" i w kilkanaście minut doprowadzili do wyrównania. Tu duży ukłon w kierunku Pawła Dawidowicza. Co prawda jego bezmyślne zagranie ręką dało rywalom rzut karny i w konsekwencji drugą bramkę, ale potem 18-latek grał już bez zarzutu. Sam zrehabilitował się, strzelając dla Lechii drugiego gola w stylu, jakiego nie powstydziłby się rasowy napastnik - półszczupakiem, uciekając kryjącemu go obrońcy. Dawidowicz był też tym piłkarzem, który mocno motywował kolegów do dalszej walki. W takich warunkach rodzą się liderzy drużyny, zarówno pod względem piłkarskim, jak i mentalnym.

Kogo trzeba zganić, a kogo wyróżnić po meczu Lechii z Koroną? Podyskutuj na Facebooku Trojmiasto.Sport.pl! »


Więcej o: