Ricardo Moniz: Dla mnie szklanka jest zawsze do połowy pełna [WYWIAD]

- Choć jestem w Polsce krótko, to zdążyłem poznać już wasze spojrzenie na piłkę. We wszystkim jesteście na "nie". Jak polski piłkarz ma być dobry, skoro z każdej strony słyszy tylko o tym, że jest słaby, gra w kiepskim klubie i w fatalnej lidze? - pyta nowy trener Lechii Gdańsk Ricardo Moniz.


Konrad Marciński: Jakie cele stawia pan sobie na początku pracy w Lechii? Bardziej skupia się pan na osiągnięciu wyniku w tym sezonie, czy raczej na stworzeniu podstaw pod budowę zespołu na kolejne rozgrywki?

Ricardo Moniz: Oba te cele są ze sobą jak najbardziej do pogodzenia. Poza tym powtórzę to, co mówiłem w pierwszym dniu mojej pracy w Lechii. Chcę, żeby moja drużyna grała ofensywnie, żeby swoją grą przyciągała kibiców na nasz piękny stadion. Na ostatnim meczu było tylko siedem tysięcy ludzi, co jest dość przygnębiające. Musimy im zaoferować coś więcej niż tylko "grę o przetrwanie" - oni płacą pieniądze i wymagają od piłkarzy atakowania, strzelania goli i odnoszenia zwycięstw. Jestem po to, żeby im to dać.

A czy z polskimi piłkarzami da się grać piękny futbol?

- A dlaczego nie? Macie graczy o takim samym potencjale jak w Holandii czy Niemczech. Tylko że tam na każdym kroku dopinguje się danego piłkarza do jeszcze cięższej pracy, do jeszcze większego wysiłku, by pokonywał kolejne bariery i podnosił umiejętności. Choć jestem w Polsce krótko, to zdążyłem już poznać wasze spojrzenie na piłkę. We wszystkim jesteście na "nie". Jak polski piłkarz ma być dobry, skoro z każdej strony słyszy narzekania, że jest słaby, gra w kiepskim klubie i fatalnej lidze? A przecież taki Maciek Makuszewski ma wszelkie predyspozycje, żeby być dobrym piłkarzem na europejskim poziomie. W przerwie meczu z Piastem powiedziałem mu, żeby uwierzył w to, co potrafi robić najlepiej. I dzięki temu strzelił piękną bramkę. Kluczem jest dotarcie do głów tych chłopaków i pozytywna motywacja. A tutaj na każdym kroku szuka się tych gorszych stron. Zupełnie nie rozumiem takiego podejścia. Dla mnie szklanka jest zawsze do połowy pełna, a u was do połowy pusta. Już na wstępie zaczęto podważać moje kompetencje, poddawać w wątpliwość moją licencję. To chore. W innych krajach powiedziano by: "OK, trenerze, brakuje jakiejś pieczątki, ale tym zajmiemy się w poniedziałek. Teraz proszę skoncentrować się na spotkaniu, bo gra pan przecież ważny mecz". A tutaj od razu straszono konsekwencjami wobec klubu. Tak się nie robi. To dla mnie nie jest prawdziwa piłka. Dla mnie futbol to tradycja, wyzwanie i miłość gry.

W Polsce często mówi się, że skoro do naszej ekstraklasy przychodzi pracować trener z zagranicy, to jest słabym szkoleniowcem, bo nie chciał go żaden klub w silniejszej lidze. Wytyka się panu również, że w poprzednich klubach pracował pan głównie z juniorami.

- I to kolejne potwierdzenie tego negatywnego podejścia do piłki. A w czym polska ekstraklasa i Lechia są niby gorsze od Feynoordu, HSV Hamburg, Tottenhamu czy Redbull Salzburg, w których pracowałem? I czym się różni praca ze światowymi gwiazdami jak Robin van Persie, Robbie Keane czy Edgar Davids, których też prowadziłem od zajęć z juniorami? I do tych, i do tych trzeba podchodzić z takim samym zaangażowaniem, poświęcać im tyle samo uwagi i przekazywać pełnię swojej wiedzy.

Skoro polscy piłkarze mają podobny potencjał do tych z Europy, to dlaczego tak trudno jest im zrobić karierę na Zachodzie?

- Też mnie to zastanawia. Mieliście fantastyczną generację zawodników w latach 70. i 80., a później to zanikło. Ja wiem jedno. Żeby być naprawdę dobrym, trzeba wierzyć w swój talent. Być pewnym siebie, ale przy tym nie aroganckim, tzn. cały czas doskonalić swoje umiejętności poprzez pracę. I chcę, żeby każdy z piłkarzy w Lechii uwierzył w to, że może być najlepszy. Żeby nie bał się wziąć na siebie odpowiedzialności, żeby chciał pokazać, że świetnie gra w piłkę. Żeby każdy z tych chłopaków chciał być jak Messi, Iniesta czy Zidane. Ale by tak było, żaden z nich nie może siedzieć z założonymi rękami. Trzeba wziąć swój los w swoje ręce. Podam przykład. W Holandii było dwóch braci o nazwisku van Nistelrooy. Jeden z nich był utalentowany, ale nic z tym nie robił. Drugi po treningu zostawał na boisku, brał worek piłek i strzelał, strzelał, strzelał. Bez końca. I powtarzał, że chce być najlepszym napastnikiem i grać kiedyś w Realu Madryt. I kto teraz zna brata Ruuda van Nistelrooya? Moje zadanie w Lechii to pokazanie zawodnikom, jak można wejść na najwyższy poziom. A to, czy tam się wdrapią, zależy już tylko od nich samych.

Teraz szansę na spełnienie swoich marzeń ma pana zawodnik Paweł Dawidowicz, który ma przejść do Benfiki Lizbona.

- Paweł nie jest jeszcze gotowy do wyjazdu. Myślę, że piłkarze wyjeżdżają za szybko za granicę, mamieni obietnicami menedżerów. Bo żeby wyjechać do takiego klubu jak Benfica, trzeba mieć już ugruntowaną pozycję i rozpoznawalne nazwisko. Dla Pawła najważniejsze jest, żeby grał, a nie był tylko sparingpartnerem dla pierwszego zespołu.

Przed Lechią kolejny z serii meczów o wszystko. W sobotę gra pan z Zagłębiem Lubin.

- Musimy zagrać tak samo jak z Piastem. Nie możemy iść na jakieś kompromisy. Obserwowałem naszych najbliższych rywali i wiem, że czeka nas twardy bój. Bo Zagłębie to mocny rywal. Chciałbym, żeby moi zawodnicy wyszli tak samo głodni na zdobywanie bramek jak w poprzednim spotkaniu. Żeby nie patrzyli tylko na Patryka Tuszyńskiego, żeby to on strzelał gole. Chciałbym, żeby każdy piłkarz Lechii, niezależnie od pozycji, na której gra, myślał o tym, jak trafić do siatki. Potrzebne nam będzie też trochę szczęścia, bo w sobotę nie będą mogli zagrać trzej zawodnicy z pierwszego składu - pauzujący za czerwoną kartkę Zaur Sadajew oraz kontuzjowani Nikola Leković i Christopher Oualembo.