To on zrobił "coś z niczego", czyli pięć minut Makuszewskiego

Mecz w Szczecinie potwierdził tezę, że Lechia Gdańsk gra tak, jak Maciej Makuszewski. Przeciwko Pogoni skrzydłowy Lechii strzelił bramkę i zaliczył asystę, dzięki czemu biało-zieloni odnieśli pierwszą wygraną w rundzie finałowej ekstraklasy i wciąż mogą liczyć na europejskie puchary.


Przed spotkaniem w Szczecinie pisaliśmy na trojmiasto.sport.pl, że biało-zieloni ze względu na kłopoty personalne w defensywie i problemy ze skutecznością w ataku będą musieli "zrobić coś z niczego", jeśli chcą wygrać z drużyną Dariusza Wdowczyka.

I takim "czymś" była indywidualność Makuszewskiego, której zabrakło gdańszczanom w spotkaniach ze Śląskiem Wrocław, Ruchem Chorzów i Legią Warszawa. W tych trzech meczach biało-zieloni nie strzelili ani jednego gola, w konsekwencji czego wywalczyli zaledwie punkt za bezbramkowy remis w Chorzowie.

W Szczecinie mogło być podobnie, bo początek meczu należał zdecydowanie do piłkarzy Pogoni, którzy groźnie atakowali bramkę Lechii i byli bardzo dobrze zorganizowani na własnej połowie. Z tego powodu gracze Ricardo Moniza mieli duże trudności nie tylko z wykreowaniem dogodnych sytuacji pod bramką Pogoni, ale nawet z utrzymaniem się przy piłce na połowie rywala.

Aż wreszcie nadeszły kluczowe dla przebiegu meczu pięć minut Makuszewskiego. I to dosłownie. W 33. minucie skrzydłowy Lechii otrzymał piłkę od Piotra Wiśniewskiego, wygrał pojedynek z Maciejem Dąbrowskim i ruszył w pole karne. Widząc brak zdecydowania kolegów, którzy nie podłączyli się za jego akcją zdecydował się sam ją wykończyć i sprytnym strzałem pod brzuchem Radosława Janukiewicza dał Lechii prowadzenie. Pięć minut później Makuszewski stał się architektem drugiej bramki dla biało-zielonych. Ponownie ograł na skrzydle Dąbrowskiego, jednak tym razem zdecydował się dograć do Zaura Sadajewa. Rosjanin wykorzystał podanie kolegi z drużyny i po minięciu Wojciecha Golli trafił do siatki.

Czy z przebiegu gry w pierwszej połowie Lechia zasłużyła na te gole? Niekoniecznie. Jednak w odpowiednim momencie znalazł się w jej składzie piłkarz, który potrafił dwiema akcjami dać drużynie pozytywny impuls. Tak jak było to w meczu z Piastem Gliwice, kiedy Makuszewski wykończył świetną kontrę i dał Lechii drugą bramkę w momencie, kiedy najbardziej tego potrzebowała, czyli gdy z boiska z czerwoną kartką wyleciał Sadajew. I tak samo było też w spotkaniu z Zagłębiem Lubin, w którym skrzydłowy Lechii zdecydował się na strzał z dystansu w samej końcówce spotkania i zdobył gola na wagę zwycięstwa. Teza mówiąca o tym, że cały zespół gra tak, jak gra Makuszewski, w Szczecinie znalazła więc kolejny dowód na swoją prawdziwość. Jeśli "Maki" jest w gazie i strzela bramki - Lechia wygrywa w całkiem przyzwoitym stylu (Piast, Zagłębie, Pogoń), jeśli nie ma swojego dnia i przechodzi gdzieś obok meczu, cały zespół wypada blado (Śląsk, Ruch, Legia).

Oczywiście w meczu w Szczecinie Makuszewski nie był jedynym bohaterem biało-zielonych. Za takiego z pełnym przekonaniem można uznać Mateusza Bąka, którego interwencje kilkakrotnie uchroniły zespół od straty gola, a obrony strzału Dąbrowskiego z 46. minuty nie powstydziliby się najlepsi bramkarze świata. Jednak nie sposób zaprzeczyć, że Makuszewski wyrasta na lidera drużyny i wywiera coraz większy wpływ na jej postawę. To powinno dać sygnał właścicielom gdańskiego klubu, którzy powinni postarać się o zatrzymanie tego piłkarza w Gdańsku na dłużej.