Sport.pl

Zwolniony z Lechii trener Marek Szutowicz: Za Machado zostało dużo spieprzone [OBSZERNA ROZMOWA]

Lechia Gdańsk za trenera Joaquima Machado fizycznie prezentowała się fatalnie. Według zwolnionego przez portugalskiego szkoleniowca trenera od przygotowania fizycznego Marka Szutowicza przez trzy miesiące pracy Machado drużyna zaczęła się cofać, a m.in. kontuzja Piotra Wiśniewskiego jest tego idealnym przykładem. Rozmawialiśmy z wieloletnim pracownikiem Lechii o jego doświadczeniu, kontakcie z Portugalczykiem, zwolnieniu i popularnych sztangach.


Marek Szutowicz, człowiek od lat związany z Lechią, ale w pierwszej drużynie już nie pracuje.

Marek Szutowicz: Do Lechii nie żywię żadnej urazy. Lechia to mój klub, jestem z nią związany od 1986 roku, kiedy tata zabrał mnie na trening. Przeszedłem przez wszystkie szczeble szkolenia, zdobyłem mistrzostwo Polski juniorów młodszych. Grałem w Lechii w II lidze i wtedy nabawiłem się kontuzji.

Więzadła krzyżowe?

- Tak. Otworzyło mi to oczy, rozszerzyła mi się perspektywa i skupiłem się na nauce. Skończyłem AWF w Gdańsku, gdzie poznałem profesora Zbigniewa Jastrzębskiego. Dzięki studiom pracowałem przez 10 lat jako nauczyciel w szkole i w 1998 roku zacząłem samodzielną pracę jako trener w Lechii.

Czyli całe pana życie było związane mniej lub bardziej, ale z Lechią?

- W całym moim zawodowym życiu obecna jest tylko Lechia. W żyłach płynie mi biało-zielona krew. Dzięki temu klubowi zdobyłem wszystko, co mam. Straciłem też trochę zdrowia, żeby ten klub odbudować, bo grałem w V i w IV lidze. Pomagałem przy tworzeniu struktur i razem odbudowywaliśmy Lechię. Wracając jeszcze do kontuzji, to też w jakiś sposób mnie ukształtowała, bo pracowałem więcej jako trener, miałem okazję współpracować z Andrzejem Zamilskim przy reprezentacji Polski przez sześć lat i kolejne sześć w ekstraklasie. Więc spakowałem już niemały bagaż doświadczeń. Całe moje życie jest podporządkowane futbolowi. Od małego chłopca wiedziałem, że będę grał w piłkę, a gdy skończę karierę, zostanę trenerem. Niestety, ten drugi etap musiałem wprowadzić dużo szybciej. Mimo temu poświęceniu Lechii nie czuję teraz żalu, że nie pracuję z pierwszą drużyną, ale łezka się w oku kręci, że przyjechał gość z Portugalii i cię zwolnił z pracy.

Takie jest jednak życie korporacyjne. Szkoda, że inwestowano we mnie przez sześć lat i teraz zrezygnowano z moich usług. Swoje błędy popełniłem na początku drogi i do tego zawsze się przyznam, pewnie teraz wiele rzeczy rozwiązałbym inaczej, ale czuję się mocnym trenerem w swoim fachu i nie mam się czego wstydzić. W Lechii współpracowałem z siedmioma trenerami, od każdego z nich wyciągnąłem sporo doświadczeń, byłem na wielu stażach zagranicznych, gdzie również sporo się dowiedziałem. Mam też swój największy sukces, którym jest czwarte miejsce zdobyte przez Lechię w poprzednim sezonie. Dobra współpraca z trenerem Michałem Probierzem i przygotowanie tego zespołu, potem dopieszczenie tego przez Ricardo Moniza. Najbardziej żałuję jednak, że wszystko to, co zostało zrobione pod względem motorycznym, niestety zostało w ostatnim czasie spieprzone.

Chyba każdy się domyśla do kogo pan pije?

- Wystarczyły dwa, trzy miesiące pracy trenera z Portugalii. W moim odczuciu Joaquim Machado nie wniósł do Lechii nic, a tylko drużyna zaczęła się cofać. Z tych piłkarzy, którzy zostali, z tego trzonu można było stworzyć fajny zespół. Dołożyć do tego kręgosłupa pierwszych zawodników, którzy przyszli i samym dobrym treningiem można by przygotować drużynę, za którą teraz byśmy się tak nie wstydzili.

Pierwszy raz wydarzyła się taka sytuacja, że nie miał pan wpływu na przygotowanie fizyczne zespołu? Krążyły różne opinie, że przy tym czy innym trenerze również nie miał pan zbyt wiele do powiedzenia.

- Od początku mojej pracy, czyli współpracy z Tomaszem Kafarskim, miałem swój sposób działania. Ustalaliśmy plan przygotowania fizycznego i dany trener albo go akceptował, albo nie. Trener Kafarski akceptował go w 70-80 procentach, Rafał Ulatowski pracował tylko chwilę i nawet nie zdążylibyśmy porozmawiać o założeniach, z Pawłem Janasem wykonaliśmy 80-90 procent propozycji planu, z Bogusławem Kaczmarkiem może trochę mniej, ok. 70 procent, ale mieliśmy zbliżoną filozofię. Trener Kaczmarek, z pewnością miał duży wpływ na mój rozwój, progres. Przy Michale Probierzu wykorzystywano 70-80 procent mojego programu. Z trenerem Monizem też była inna szkoła, ale darzył mnie dużym zaufaniem, bo rozmawialiśmy i zawsze chciał poznać moje zdanie. Holender miał swój pomysł na przygotowanie, według filozofii Raymonda Verheyena, ale trener Moniz mi ją wytłumaczył, ja wiedziałem o co w niej chodzi, troszeczkę otworzył mi dzięki temu oczy, sprecyzował, na czym to polega i ja to realizowałem. Wskazał, czego oczekiwał i ufał mi, wiedział, że zostanie to wykonane dobrze. Oczywiście ciężko zmieniać plany w środku sezonu, jednak mieliśmy wszystkie założenia przygotowane już na kolejny okres przygotowawczy, wszystko było już dopinane.

I przygotowania wzięły w łeb?

- Człowiek w pewnego rodzaju euforii szedł na urlop i po kilku dniach dostaje informację, że znowu będzie zmiana trenera. Nogi się pode mną ugięły, bo jak popatrzę na te sześć lat wstecz, to w ostatnich trzech sezonach praktycznie każde wakacje były przerywane i zakłócane. Wszystkie plany, programy i przygotowania idą na marne, a po powrocie do pracy znów następuje stres związany z oczekiwaniem, zastanawianie się, czy dany trener będzie chciał z tobą pracować, czy zaakceptuje twoje rozwiązania. Dzięki mojej wiedzy i umiejętnościom ci trenerzy chcieli ze mną współpracować. Przecież nikt z zarządu przez te wszystkie lata nie trzymał mnie za uszy i mówił, że Szutowicz musi zostać. Wyrobiłem sobie markę na tym rynku, ale...

Przyszedł trener Machado i okazało się, że jest mu pan niepotrzebny.

- Z tym trenerem było zupełnie inaczej. Spotkałem się z nim dwa dni przed rozpoczęciem przygotowań, zaproponowałem szczegółowy plan, program rozpisany dzień po dniu, również indywidualne treningi dla zawodników, którzy są po kontuzjach, urazach. W moim odczuciu po pierwszej rozmowie wszystko było w jak najlepszym porządku. Wróciłem do domu pełen nadziei i z uśmiechem na twarzy. Wierzyłem, że się zgramy. Taka pigułka wszystkich najlepszych elementów wyciągniętych z pracy trenerów Probierza i Moniza mogła tylko pomóc, bo wiem, co kiedyś źle zrobiłem i potrafię się uczyć na błędach i potrafię doceniać nauki wpojone mi przez ludzi, z którymi współpracuję. Jednak po dwóch dniach Machado powiedział mi: "Marek, szanuje cię i twoją pracę, ale w Lechii będziemy realizowali mój portugalski program, bo w mojej dotychczasowej pracy zawsze miałem dobrze przygotowane zespoły". Od tamtej pory na moje nieszczęście robiłem jedynie rozgrzewki. Udawało mi się jeszcze na początku namawiać chłopaków, aby sobie pobiegali po treningu i sami jakieś dodatkowe ćwiczenia porobili, ale po czasie i to spotkało się z dezaprobatą Machado. Nie podobało mu się, że zawodnicy więcej biegają.

Nawet my słyszeliśmy od niektórych piłkarzy, że na okresie przygotowawczym czują się jak na wakacjach. Piłkarze raczej narzekają na zbyt ciężką pracę, a nie na jej brak.

- Dlatego po dwóch tygodniach na obozie powiedziałem Machado, że obciążenia są zbyt małe, trenujemy za słabo i potem będziemy mieli ogromne problemy w ekstraklasie. Jeżeli teraz popełnimy błędy, to w późniejszym czasie będzie bardzo ciężko, bo przyjdą mikrourazy, kontuzje i będziemy wyraźnie odstawali od przeciwników.

Polska liga rządzi się swoimi prawami. Przede wszystkim trzeba być przygotowanym perfekcyjnie motorycznie. Później należy dołożyć jakość. Jeżeli uda się przygotować to drugie, wtedy zawsze można się bić o najwyższe cele w Polsce. Wcześniej popsuliśmy jeden z okresów przygotowawczych, kiedy trener Kafarski dołączył do sztabu Filipa Surmę i moja rola została zachwiana. Wówczas przygotowania też zostały zawalone i niestety później odbiło się to na pierwszym trenerze, który za wszystko odpowiada. Dziś to ja dostałem po głowie za to, czego nie robiłem, a według mnie przygotowanie motoryczne po okresie przygotowawczym za trenera Machado wyglądało katastrofalnie.

Nie ma możliwości, aby w ciągu dwóch tygodni nadrobić ten stracony czas?

- Z fizjologicznego punktu widzenia te stracone dwa miesiące, to są kolejne dwa, trzy miesiące naprawdę ciężkiej pracy i będzie to bardzo trudne do wykonania w mikrocyklu tygodniowym. Oczywiście można podciągnąć wyniki i coś poprawić, bo oczywiście nie można mówić, że oni w ogóle nie trenowali. Każdy z nich z jakąś bazą już był. Myślę, że ci piłkarze, którzy w zeszłym roku trenowali z Probierzem i Monizem, treningiem dociągnęli do swoich wartości, dlatego ćwiczeniami i meczami są w stanie utrzymać poziom. Ale wszyscy nowi zawodnicy są po różnych przejściach. Ich CV są z pewnością ciekawe, ale każdy z nich ostatnimi czasy grał mniej albo do Gdańska przyszedł po urazach.

Czyli całe treningi za trenera Machado były nieporozumieniem? Ciężko chyba wymyślić inne ćwiczenia niż te wykonywane przez większość drużyn piłkarskich?

- Zawodnicy są do sezonu przygotowani po prostu słabo. Doboru ćwiczeń taktyczno-technicznych nie będę oceniał, bo był on normalny. Niczego innego nie da się wymyślić. Koncepcje gry trener miał taką, jaką sobie wymyślił, tyle że zakres tych obciążeń był za słaby. W moim odczuciu powinno być więcej powtórzeń, więcej przebieżek, po prostu zwiększona ilość wykonywania poszczególnych elementów. Dziś wychodzę z założenia, że nie można bać się obciążeń. Pokazali to i Probierz, i Moniz. To dawało efekt, bo w zeszłym roku w Lechii nie było żadnych kontuzji mięśniowych. Oczywiście nie mówimy o urazach stawów.

Wcześniej jednak też zarzucano Lechii, że nie są najlepiej przygotowani fizycznie.

- Gdy nie idzie zespołowi, najłatwiej komentować, że jest złe przygotowanie fizyczne. Takie jest od razu pierwsze hasło. Uważam, że w polskiej ekstraklasie zespoły są na podobnym poziomie przygotowania motorycznego. Nie ma zespołu w Polsce, w Bundeslidze, w lidze angielskiej, który wychodzi i zabiega przeciwników.

Są zespoły i trenerzy, którzy mają swoją selekcję i dobór piłkarzy pod pewne normy. Są szkoleniowcy, którzy mówią, że muszą mieć gościa, który biega 30 metrów poniżej 4 sekund, ma taką prędkość biegową poziomie 4 m/s. I takich piłkarzy będą szukali, najpierw pod kątem fizycznym, a dopiero potem piłkarskim. Oczywiście tak można, tak też się zdarza, ale nie ma obecnie w Polsce zespołu, który przewyższa kogoś fizycznie. Gdybyśmy zebrali wszystkich piłkarzy z ligi i zrobili im badania, to większość miałaby podobne wyniki. Jednak są też inne składniki. Dochodzą sprawy techniczno-taktyczne, umiejętności, atmosfera w drużynie.

Nawet przy, dajmy na to, 17., 18. kolejce nie zauważamy problemów danej drużyny?

- Na pewno jeśli zespół źle przeszedł okres przygotowawczy. Nie wierzę, że kluby ekstraklasy zatrudniają idiotów. W grę wchodzą zbyt duże pieniądze, aby zatrudnić człowieka, który się najnormalniej w świecie nie zna. Oczywiście ogólnie za wszystko odpowiada pierwszy trener, jednak od przygotowania fizycznego odpowiedzialni są ludzie, którzy pokończyli szkoły, robili kursy, byli na niejednym stażu i mają wiedzę i doświadczenie. Przygotowanie zespołu to nie jest wielki problem. Większość zespołu w ekstraklasie jest na podobnym poziomie. Oczywiście różnice są, ale spowodowane głównie tym, że są kluby bogatsze, które mogą kupić sobie zawodnika anatomicznie i genetycznie lepiej predysponowanego do większego wysiłku fizycznego. Taki piłkarz może grać częściej, on na boisko może wybiegać co trzy dni, on będzie miał mniejszą urazowość. I teraz ktoś mówi: "O, bo ten Kosecki to jest szybki, a piłkarze Lechii są wolni i odstają. I Szutowicz to ch*j nie trener, bo nie potrafi naszych tak przygotować". Jednak jeżeli ktoś genetycznie jest szybkościowcem, to ma tę przewagę. Ktoś inny natomiast nie jest. Przykład Łukasza Surmy. To wyjątkowa jednostka wydolnościowa. To że Łukasz rozegrał ponad 450 meczów w ekstraklasie i w wieku 37 lat wciąż gra od pierwszej do ostatniej minuty, to nie przypadek. Jest zasługą tylko i wyłącznie jego pracy, bo to wzór prowadzenia się, odżywiania oraz indywidualizacji ćwiczeń pod jego osobę. Surma to typowy wytrzymałościowiec, nigdy nie był typem sprintera. Musimy to w końcu zrozumieć. Nigdy nie będzie biegał 30 metrów poniżej 4 sekund, ale za to może biegać przez 120 minut non stop.

Ciągle zarzuca się, że za trenera Kafarskiego piłkarze byli wolni.

- Bo byli. Robiąc testy, my wiedzieliśmy z trenerem, że ci piłkarze szybsi nie będą. Lechia potrafiła biegać, "pykać" piłkę, ale nie było tam sprinterów w rodzaju Kuby Koseckiego. Zespół buduje się pod pewien system gry. Oczywiście jeśli chcielibyśmy mieć dwóch sprinterów, trzeba byłoby ich szukać, ale to się już wiąże z budżetem, z wyższą ceną za takiego zawodnika, bo piłkarze szybcy i wydolni kosztują. Gdy jakość przygotowania motorycznego danego zawodnika jest wysoka, doda się do tego jakość, to taki piłkarz wyjeżdża na zachód. W Polsce ciągle mówimy, że mamy złe szkolenie, ale co roku tych młodych piłkarzy nam zabierają. Czterech-pięciu graczy z ekstraklasy co sezon wyjeżdża. Czy oni sobie poradzą, to już inna kwestia. Dochodzi mentalność, wychowanie, rywalizacja. Jedzie do klubu, gdzie nie jest jedynym dobrym, gdzie podobnych do niego jest kilkunastu. Wychodzą błędy popełniane dużo wcześniej zanim dany zawodnik trafił do klubu. W Polsce mamy ogromny problem z wychowaniem fizycznym. Dziś, gdy młodzi chłopcy przychodzą do klubu, to trenerzy zamiast rozpocząć szkolenie taktyczne, zachowań na boisku, dryblingu, najpierw muszą nadrobić zaległości z koordynacji, sprawności, gibkości. Jeżeli chłopak nie zostanie tego nauczony, to w przyszłości będzie miał tak negatywne nawyki, że uniemożliwi mu to konkurowanie z rówieśnikami z Zachodu oraz notoryczne problemy z mięśniem dwugłowym uda.

Jeżeli zostanie zawalony okres przygotowawczy, wtedy rozpoczną się problemy mięśniowe. Wtedy zespół będzie odstawał, nie narzuci swojego stylu gry. Za trenera Moniza drużyna miała grać wysoko i agresywnie, i to wychodziło. Oczywiście można powiedzieć, że mieliśmy sporo szczęścia. Mogliśmy na dzień dobry przegrać mecz z Piastem Gliwice, Zagłębiem Lubin. Balaj mógł strzelić z metra i wyrzucić nas z pierwszej ósemki.

Widać było, że piłkarzom Lechii za trenerów Probierza i Moniza nie brakowało sił.

- Mogą zawodzić inne aspekty. Nawet taka sprawa jak atmosfera między zawodnikiem i trenerem. W ostatnich dwóch latach zespół był bardzo dobrze przygotowany i ja się pod tym nie bałem podpisać. Jeżeli ktoś mówił, że byliśmy źle przygotowani, wolni, to najnormalniej w świecie się po prostu nie zna.

A za Machado?

- Przy fajnej grupie piłkarzy szkoda mi straconych trzech miesięcy.

Co można teraz zrobić, aby spróbować to nadrobić?

- Nie wiem, jaki obecnie plan został wprowadzony, jak długo pracować będą szkoleniowcy, którzy przyjechali z Niemiec. Nie wiadomo, jak to wszystko wyjdzie przy planowanych zmianach.

Do końca też Machado nie miał wolnej ręki przy podejmowaniu decyzji. Do Lechii przyszedł m.in. Yannick Obenauer, który jest konsultantem.

- Z trenerem Yannickiem odbyłem rozmowę na jakiś czas przed moim odejściem. Rozmawialiśmy długo i super się dogadywaliśmy. Mieliśmy tą samą wizję pracy zespołu. Powiedział: "Marek, przyjadę za tydzień i może wspólnie coś tutaj zmienimy i naprawimy". Niestety, gdy wrócił, mnie już nie było.

Czyli poproszono o konsultację specjalistę, który wykonywał podobną pracę do pańskiej i w tym samym czasie pana zwolniono?

- Od kilku osób słyszałem: "Marek, dołączy do zespołu Yannick, będziecie współpracować" i ja się z nim dogadywałem. Potem nastąpiło zwolnienie, ale wiem, że na tym minizgrupowaniu w Gniewinie, to właśnie Obenauer ustawiał treningi, choć to trener Machado ze mnie zrezygnował.

Trener Machado był na pana obrażony? O co mogło chodzić, że akurat od pana nie oczekiwał pomocy?

- Najgorsze w tym wszystkim było to, że trener Machado najchętniej miałby tylko swojego portugalskiego asystenta, trenera bramkarzy, dwóch fizjoterapeutów i kierownika drużyny. Ani ja, ani Tomek Unton i Rysiu Robakiewicz nie byliśmy mu potrzebni w treningu, nie liczył również na nasze podpowiedzi. Rysiu był tłumaczem, a Tomek z rozgoryczeniem mówił, że ja chociaż rozgrzewki przeprowadzam. Każdy z nas miał coś do zaoferowania - swoje umiejętności, wiedzę o lidze, przeciwnikach, o klubie i kibicach.

Ale zwolniono właśnie pana.

- Dzisiaj Lechia to korporacja. Ktoś na górze posłuchał trenera Machado, że należy usunąć mnie z drużyny, bo tylko wtedy polepszy się atmosfera w zespole. Rozumiem to. Może źle rozgrzewki prowadziłem (śmiech). Jednak po moim odejściu ta Lechia nie zrobiła kroku do przodu. Patrząc dalej, drużyna się pogrąża.

Jakoś musiał pan zajść trenerowi za skórę?

- Nie boję się tego mówić - jasno powiedziałem Machado, że trenujemy za słabo. Szkoleniowiec odpowiedział mi natomiast, że się wtrącam i że ma swoje sprawdzone metody szkoleniowe. Odpowiedziałem, że mam doświadczenie i wygląda to źle. I od tej pory, choć jakiś tam kontakt mieliśmy, nie miałem już żadnego wpływu na to, co dzieje się w drużynie. Może mogłem trzymać język za zębami? Schować głowę w piasek, stanąć z boku i czekać aż to wszystko runie. Może bym wtedy dziś jeszcze pracował.

Jak motywowano pana zwolnienie?

- Nawet nie pytałem.

A jak dowiedział się pan o tym, że nie będzie już pracował z pierwszą drużyną?

- Skończył się trening, wszyscy się pożegnaliśmy, było wesoło, każdy uśmiechnięty. Pojechałem zawieźć rodzinę na działkę, sam chciałem spędzić tam noc i w czwartek wrócić na trening. Byłem z synem na rowerze w lesie, gdy zadzwonił do mnie Andrzej Juskowiak. Wiedziałem, że trener w środę szedł na zarząd. Sam swoje zadania, jeśli można powiedzieć, że miałem je jasno sprecyzowane, wykonywałem najlepiej, jak potrafiłem. Czułem się jednak fatalnie. Widziałem, jak przez tego człowieka Lechia spada na dno. Andrzej przez telefon na wstępie mnie przeprosił, że informuje mnie w taki sposób, ale nie chciał mnie wieczorem ciągnąć do klubu i tylko przekazał mi, że na wniosek trenera Machado nie będę pracował z pierwszym zespołem i zaprasza mnie następnego dnia do klubu, w sprawach formalnych.

Machado na zarząd poszedł po dwóch przegranych meczach [Lech i i Wisła - red.]. I na kogo najłatwiej zrzucić winę? Najprościej posunąć Szutowicza. Przecież zwolnienie było na wniosek trenera, a ja potem dowiaduje się, że mówił, że nie mogliśmy znaleźć nici porozumienia, wspólnego języka. Ja nie zgadzałem się z jego myślą szkoleniową, która wyniszczała drużynę. A co do języka, to ja nie musiałem być jego przyjacielem. Nie oczekiwałem wspólnego wychodzenia wieczorem. W klubie rozmawialiśmy, mój angielski mi na to pozwalał.

Da się zauważyć, że każdy zawodnik łapie konkretny "zjazd".

- Janicki, Grzelczak, Wiśniewski. Przecież "Wiśnia" złapał kontuzję i był to uraz mięśniowy. Skąd takie kontuzje się biorą? Z powodu złego przygotowania do sezonu.

Piotr w rozmowie z nami przyznał otwarcie, że kontuzji nabawił się dlatego, że nie otrzymał wystarczająco mocnych obciążeń.

- No bo tak to się musiało skończyć. Mogę powiedzieć, że np. Piotrek Grzelczak musi bardzo ciężko pracować. Zawsze z Jarkiem Bieniukiem śmialiśmy się, że z niektórymi trzeba jak z konikiem, na lonży, spokojnie, a Grzelu musi dostać kilkukrotnie cięższe treningi. On tego potrzebuje, jego organizm tego wymaga. Trenując z takim obciążeniem Piotrek jest w stanie grać na miarę swoich możliwości. Dzisiaj go jednak nie ma. To nie jest przypadek. Z tymi piłkarzami można było osiągnąć dużo lepszy wynik.

A jak było z kontuzją Mirandy? Nie sprawdziliście go przed wypuszczeniem na boisko?

- Stan Mirandy został rozpoznany. Po przyjściu do zespołu przeprowadziłem kompleksowe badania. Po testach wydolnościowych przekazałem trenerowi Machado, że zawodnik wygląda bardzo słabo, że jest zatłuszczony i że potrzebujemy minimum dwóch miesięcy, aby go odbudować i doprowadzić do poziomu umożliwiającego grę w piłkę. Widać było, że nie trenował przez długi okres czasu. Zaproponowałem, żeby Miranda dwa razy dziennie dodatkowo po treningu zostawał i ćwiczył indywidualnie. Skończyło się to tym, że piłkarz ma dziś poważną kontuzję.

Wrzucono go na minę?

- Chłopakowi nie można odmówić ambicji. Przyszedł, powiedzieli mu: graj. Zawodnik, który nie ma dużego doświadczenia i pozycji w klubie, mimo nieprzygotowania godzi się na grę, bo co innego mu pozostaje?

Tak naprawdę Miranda mógł jeszcze dochodzić do siebie po zmianie strefy czasowej.

- Trochę chłopak wcześniej polatał. Musiał wyrobić wizę, miał międzylądowania. Nieprzespana jedna, druga noc i potem się gdzieś to wszystko odkłada. Organizm jest osłabiony, a zawodnik daje z siebie wszystko, bo chce się pokazać. Jest ściągnięty ok. 30 minuty z boiska, trenuje jeszcze dwa dni i ma urwaną nogę. I do kogo można mieć tu pretensję? Do zawodnika, do trenera Szutowicza, Dominiaka? Ktoś przecież podjął decyzję.

Jaki w kontakcie był portugalski szkoleniowiec?

- Trener Machado się odizolował. Nie był osobą związaną ze sztabem, nie dyskutował z nami. Trener Moniz zawsze mówił, że musimy być jak pięść - wszyscy razem. Każdy ma swoje kompetencje, trener nam ufał i zawsze stawał za nami murem. Chciał dzięki temu stworzyć rodzinną atmosferę. Michał Probierz podobnie, zawsze się ze sobą dogadywaliśmy. Teraz problemów też nie było, ale nie było więzi. Machado najlepiej dogadywał się ze swoim asystentem, a my byliśmy na dokładkę. W tych wszystkich meczach Lechia rozegrała dobrze tylko pierwszą połowę z Lechem. Wszystkim tym zawiadywał człowiek przy linii i poniósł tego konsekwencje. Nie chcę oceniać, czy był to dobry, czy zły trener, ale praca nie przynosiła rezultatów i teraz wszyscy w Lechii ponosimy koszty jego działań.

Pan chyba najmocniej to odczuł.

- Ja straciłem pracę po sześciu latach pracy.

Choć wciąż jest pan pracownikiem klubu.

- W strukturach lechijnych jestem w akademii piłkarskiej. Przygotowuję mikrocykle dla grup młodzieżowych, aby piłkarze byli gotowi do przejścia do pierwszego zespołu. Zostałem także poproszony o zaproponowanie kompleksowego planu dla "Biało-zielonej przyszłości z Lotosem". Warto wykorzystać ten projekt, bo tak jak przyznał Ricardo Moniz, jest to kopalnia złota piłkarskich talentów.

Dziwna sytuacja. W klubie wciąż ufają w pana umiejętności, na pana planach opierać się ma wieloletnia polityka wychowywania młodzieży, a z pierwszym zespołem kończy pan współpracę.

- Dla mnie też to jest dziwne. Tym bardziej że trochę zobaczyłem, odkryłem i udało mi się wprowadzić pozytywne zmiany. Przykładem jest Adam Duda. Przyszedł z rezerw i ok. pół roku musieliśmy "stracić" na Adasia, żeby go odbudować. Tak też było z Przemkiem Frankowskim czy Pawłem Dawidowiczem. I to nie jest wina trenerów pracujących w młodszych rocznikach. W Lechii pracują świetni specjaliści, którzy dodatkowo za klub oddadzą wiele. Brakuje u nas warunków. Tutaj ciekawą historią jest, że udało mi się w klubie ekstraklasy w szatni zburzyć dwie ściany i zrobić prowizoryczną siłownię. Dziś w naszych obiektach przy Traugutta już więcej się nie zrobi. Gdy byłem na stażu u trenera Edwarda Kowalczuka w Hannoverze, nie miałem się czego wstydzić, jeśli chodzi o sposób pracy, podejmowanie decyzji, kreowanie planu. Zobaczyłem, że u nas robimy dokładnie to samo, co na Zachodzie. Jednak jeśli chodzi o możliwości, o powierzchnię, na której pracują piłkarze - siłownie itp., różnica jest kolosalna. Teraz wiem, że drużyna nie zrobi kolejnego kroku naprzód, jeśli zespół nie będzie miał swojego profesjonalnego obiektu. Europa nam ucieknie jeszcze bardziej. Oczywiście, stadion przy Traugutta to historia, mamy tutaj piękne boiska - główne i treningowe. Jednak budynek klubowy to już katastrofa.

Wspomina pan o odbudowie zawodników, dodatkowej pracy potrzebnej danemu piłkarzowi. Jak wyglądali piłkarze przed trenerem Machado?

- Większość chłopaków była na swoim najwyższym poziomie. Później pewnego progu się nie przeskoczy. Piłkarze mają określone możliwości wysiłkowe. Weźmy za przykład Marcina Pietrowskiego. "Jedi" jest, tzn. był przed Machado, zawsze w grupie zawodników bardzo dobrze przygotowanych wydolnościowo. Obserwując Marcina od sześciu lat, nie widziałem już zauważalnego progresu. Zawodnik osiągał już swoje graniczne możliwości. Zawsze utrzymywał poziom w pewnym marginesie. Teraz, aby odnieść kolejny krok do sukcesu, należy w selekcji, w wyborze zawodników już szukać tych wybitnych jednostek fizycznych.

Przez te lata pracy miał pan jakieś wybitne wydolnościowe perełki?

- Bedi Buval. Zdecydowanie. Zaur Sadajew to maszyna, Vitas Andriuškevieius i Łukasz Surma też.

Jednak Buval miał chyba inne problemy?

- Nie zaaklimatyzował się. Szatnia go nie zaakceptowała. Na początku było OK, ale miał swój świat i z czasem stracił kontakt z zespołem.

Wracając do tych perełek, to byli jacyś typowi szybkościowcy w Lechii?

- Na takich raczej nie trafialiśmy. Był Kosecki. Teraz taki styl ma Maciej Makuszewski. Eksplozywny, bardzo szybki. Wcześniej Mateusz Machaj miał dobre wyniki.

Powinno się mieć w profesjonalnym klubie piłkarskim jakieś wyśrubowane wyniki?

- W naszej teorii przyjmuje się, aby piłkarz miał prędkość progową powyżej 4 m/s i biegał 30 metrów poniżej 4 sekund. Taki zawodnik ma potencjał, aby sobie poradzić. Jednak jeśli ma gorsze wyniki, to do wielu europejskich klubów nawet nie ma co startować. Teraz jeden trener w ekstraklasie w beep-teście (wielostopniowy test wahadłowy 20 m) zakłada, że zawodnik musi być na poziomie 12.5. Jeżeli nie, to nie ma szansy na granie. Takie są normy wysiłkowe. Mając wymagany poziom, otrzymuje się gwarancję "rycia" i walki przez okrągłe 90 minut.

W środowisku w pewnym momencie dało się słyszeć, że Marek Szutowicz katuje piłkarzy sztangami.

- Wciąż się zastanawiam, skąd się to wzięło. Nigdy wcześniej nie używałem sztang. Dopiero do ćwiczeń wprowadziliśmy je za trenera Moniza. Szkoleniowiec przyjechał i powiedział: "Marek, potrzebuję 10 sztang". Taki sprzęt zakupiliśmy. Zaczęliśmy je powoli wprowadzać do treningu. To był pierwszy trener, z którym tych sztang poważnie używaliśmy. Oczywiście można do pomocy użyć np. gryfu - do przysiadów itp., ale jak czytałem, że Szutowicz katuje piłkarzy sztangami, to ręce mi opadały. Zawsze zastanawiam się, skąd ludzie na forach mają motywację, aby takie rzeczy pisać.

Jest szansa na pana powrót do Lechii? Nowy trener może pana ponownie zatrudnić?

- Dla mnie zawsze Lechia będzie najważniejsza. Jeśli ktoś będzie chciał skorzystać z moich usług, zawsze jestem skory do rozmów. Teraz mam podpisaną umowę z Drutex Bytovią na rok. Czy mógłbym odejść wcześniej? Za bardzo szanuję Pawła Janasa. Dla mnie to olbrzymie wyróżnienie, że sam szkoleniowiec chciał mnie w zespole i mnie tam ściągnął. Kiedyś rozmawialiśmy i trener Janas przyznał, że wszystko w zespole jest na jego i asystenta głowie i potrzebowałby kogoś od przygotowania. Wiadomo, że jest to bardziej menedżer w angielskim stylu i musi mieć ludzi do współpracy. Jest to z pewnością inny rodzaj pracy, jest dużo spokojniej, sami Polacy w zespole, więc to idealne miejsce na analizę swojej pracy, odreagowanie i naładowanie baterii. Jestem za coś odpowiedzialny i odżywam, ale Lechia zawsze będzie w moim sercu i być może jeszcze wrócę.

Więcej o:
Komentarze (12)
Zwolniony z Lechii trener Marek Szutowicz: Za Machado zostało dużo spieprzone [OBSZERNA ROZMOWA]
Zaloguj się
  • olo_gda_01

    Oceniono 56 razy 54

    Bardzo fajny wywiad, aż jestem zaskoczony, że pan Szutowicz tak szczegółowo chciał o tym wszystkim opowiedzieć
    Czyli jednak klub jest zarządzany po omacku.

  • el_kooba

    Oceniono 31 razy 31

    Odszczekuję niniejszym większość zarzutów, które kierowałem pod adresem Pana Marka. Niemniej jednak nadal uważam, że i za Kafarskiego i za kolejnych trenerów Lechia od 70 minuty puchła. Ale skoro mówi Pan, że teraz już by nie puchła, to niech będzie, że ja wierzę.

  • Jaroslaw Bobinski

    Oceniono 25 razy 21

    Marek Szutowicz to solidna jednostka. Miałem przyjemność obserwować jego pracę z moim synem w roczniku 1996. Potem jak zabrali go do pierwszego zespołu, przyszedł nowy trener, zaczęły grać pieniądze rodziców i drużyna się posypała. Za Szuty grali i mieli wyniki.

  • swedzi_mnie_palec

    Oceniono 16 razy 14

    Solidność zawsze w końcu popłaca - życzę zrobienia kariery trenerskiej, Panie Marku!

  • Oceniono 15 razy 11

    Szkoda,Super fachowiec i LECHISTA.To co się dzieje teraz w klubie to tragedia.Jeszcze rok temu nie było kasy.Ale grali Nasi(Dawidowicz,Franek,Kostrzewa itd)wyniki nawet lepsze.3-4 zawodników można dokupić...Szkoda gadać.Pan Marek padł ofiarą tego co się dzieje faktycznie w korporacji.

  • takisobiejac

    Oceniono 1 raz 1

    No właśnie, tak jak podejrzewałem. Polska liga piłki kopanej nie jest gotowa na zawodników pokroju Buvala, Sadajewa czy Tshibamby, Łatwo jest wylewać na tych piłkarzy pomyje, że są napastnikami a nic nie strzelają, ale nikt nie pomyśli o warunkach pozaboiskowych, o wyizolowaniu tych ludzi. Przecież gdyby nie pewne okoliczności i pewni ludzie podobnie byłoby z największymi gwiazdami ekstraklasy, Olisadebe i Chinyamą. Oni też początkowo nie umieli się u nas odnaleźć.
    Polska to jest ksenofobiczny zapyziały kraik, ja się nie dziwię, że osobom spoza PL jest tu bardzo ciężko. Na pewno nie pomaga też debilna gadka, że w naszych klubach powinni grać sami Polacy. Przecież Wojciechowski pokazał w Polonii jak to wygląda (vide Klub Kokosa), kolesie mieli niewyobrażalne roszczenia finansowe, a jak grali to wiadomo, sam piach. Żaden średni klub europejski (a tylko do miana takiego mogą aspirować nasze drużyny) nic w Europie nie zdziała grając jedynie swoimi piłkarzami. Ktoś powie Artmedia Petrzałka. OK, a gdzie jest teraz ta cała Artmedia? Znikła po jednorazowym strzale. I taka jest prawda. Brakuje nam Buvalów, Manu, Chinyamów - u nas po prostu gra za dużo Czechów, Słowaków, Jugoli, którzy nie wnoszą piękna do gry.

  • Anna Serbon

    0

    Oferty pracy dla nauczycieli portugalskiego w Szczecinie!!!
    Szukałam dodatkowy zarobek w internecie i przypadkowo znalazła oferty pracy nauczycieli portugalskiego w Wrocławiu na Preply.com
    preply.com/pl/szczecin/oferty-pracy-dla-nauczycieli-języka-portugalskiego
    Jak okazało się tam ogromny bank ofert pracy dla nauczycieli!
    Oferty pracy dla korepetytorów zostawiają sami uczniowie.
    Można złożyć swój grafik, zajęcia są na Skypa, jest to bardzo wygodnie i korzystnie.
    Na dany moment pracuję na Preply.com i Państwu rekomenduję spróbować.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX