Sebastian Mila: Projekt, który powstaje w Lechii może się udać

- Przyjazdy do Gdańska wcale mi nie powszednieją, wręcz przeciwnie, im dłużej mnie tu nie ma, tym emocje podczas każdego kolejnego powrotu są coraz większe. Szkoda tylko, że zawsze muszę grać przeciwko Lechii - mówi piłkarz Śląska Wrocław Sebastian Mila, który do swojej kariery startował z Gdańska. W sobotę jego zespół zmierzy się na PGE Arenie z Lechią (godz. 15.30).


Tomasz Osowski: Po meczach z Niemcami i Szkocją był pan na ustach wszystkich kibiców w Polsce, nie tylko kibiców zresztą. Czy to reprezentacyjne "odurzenie" już przeszło, wrócił pan do ligowej rzeczywistości?

Sebastian Mila: Absolutnie. Zawsze przy takich okazjach powtarzam, że ten cały szum wokół mojej osoby to zasługa wszystkich kolegów z zespołu i trenerów. Wielki szacunek należy się też chłopakom ze Śląska i trenerowi Pawłowskiemu, bo to dzięki nim wróciłem na dobre tory i moja obecność w reprezentacji jest sukcesem całej drużyny. Podsumowaniem tego co wydarzyło się w klubie w ostatnich miesiącach.

W rozmowie po meczu z Niemcami mówił pan, że dostał 150 SMS-ów z gratulacjami. W sumie pewnie było ich więcej, a ile przyszło z Gdańska?

- Rzeczywiście było ich dużo więcej. Wszystkie były od życzliwych mi ludzi, którzy zawsze towarzyszyli mi nawet w tych trudnych momentach. Z Gdańska przyszło naprawdę wiele wiadomości, mam tu dużo przyjaciół i znajomych, poza tym moje relacje z tym miastem są cały czas bliskie. Kiedy przyjeżdżam do Trójmiasta, jeśli tylko czas pozwala, mam taki rytuał, że spotykam się w dniu meczu na kawie z najbliższymi przyjaciółmi, żeby porozmawiać chociaż przez 15-20 minut. Nie wiem, czy tym razem się uda, bo mecz zaczyna się dość wcześnie, ale w grudniu jak zawsze będę w Gdańsku na wakacjach, więc na pewno będzie okazja odrobić zaległości.

Z pewnością jedną z tych osób jest trener Michał Globisz, który stracił wzrok i niedawno - również dzięki pomocy byłych podopiecznych z panem na czele - przebył w Chinach serię zabiegów mającą na celu przywrócenie widzenia.

- Trener Globisz to bardzo bliska mi osoba, mam nadzieję, że w najbliższym czasie się spotkamy, bo ostatnio byliśmy tylko w kontakcie telefonicznym. Liczę na to, że wszystko ułoży się po myśli trenera i sprawdzą się rokowania chińskich lekarzy o przynajmniej częściowym odzyskaniu wzroku.

Przed meczami z Lechią w Gdańsku cały czas czuje pan dodatkowy dreszczyk emocji, czy może po tylu latach [Mila odszedł z Lechii w 2001 roku] te przyjazdy już trochę spowszedniały.

- Ze mną jest tak, że im częściej wracam do Gdańska i im dłużej już tu nie mieszkam, tym bardziej to się wszystko nawarstwia i emocje są coraz większe. To zawsze jest dla mnie wyjątkowy mecz, bardzo się z każdego powrotu cieszę, szkoda tylko, że muszę grać w drużynie przeciwnej. To trudna sytuacja, ale wiem, że będę bardziej ceniony i szanowany, jeśli zagram w Gdańsku na wysokim poziomie i wszyscy tutaj będą mogli być ze mnie dumni.

Cały czas zakłada pan na mecze biało-zieloną frotkę z herbem Lechii, ale ostatnio powędrowała ona w górę - z nadgarstka bliżej łokcia.

- To nie przypadek. Od momentu kiedy w Śląsku funkcję kapitana przejął ode mnie Flavio Paixao, moją biało-zieloną frotkę mogłem podciągnąć do góry. Wcześniej byłaby ona zbyt blisko opaski kapitańskiej.

Śląsk to rewelacja rozgrywek, choć klub zaciska pasa, a skład zespołu - przynajmniej teoretycznie - jest dużo słabszy niż w poprzednim sezonie. Jaka jest tajemnica waszych sukcesów?

- Rzeczywiście jesteśmy w tej chwili w przejściowym momencie, klub ma nową politykę działania, zmienił się zespół. Nasza dobra postawa to w dużej mierze zasługa trenera, który zaszczepił w nas pozytywną energię, profesjonalizm. Jest nowa, świeża drużyna, która jest głodna sukcesów, wiedząca jaki ma cel i ten optymizm emanuje na wszystkich.

Paradoksem jest, że z powodu kontuzji na długie miesiące wypadł ze składu najskuteczniejszy napastnik, a wy zdobywacie bez niego więcej punktów i bramek. Aż strach się bać co będzie jak Marco Paixao wróci.

- Z pewnością jest to dla wszystkich duże zaskoczenie, ale już nie raz się przekonywaliśmy, że w futbolu nie ma ludzi niezastąpionych. Czy nie ma Marco, czy na przykład nie byłoby mnie czy jakiegokolwiek innego zawodnika, zawsze można znaleźć sposób, żeby załatać dziurę.

Tę lukę po Paixao stara się wypełnić Mateusz Machaj. Piłkarz niechciany w Lechii, który w Śląsku błyszczy i jest jednym z filarów zespołu. To dla pana zaskoczenie?

- Żadne! Znałem Mateusza z czasów gry w Lechii, a nawet wcześniej kiedy występował w Chrobrym Głogów, więc doskonale zdawałem sobie sprawę z jego potencjału. Teraz jest niesamowicie zaangażowany na treningach, ma ogromne chęci, słucha dobrych rad i potem wykorzystuje je w trakcie meczów. Dzięki temu robi systematyczne postępy i krok po kroku, a właściwie to truchtem, idzie w górę. Według mnie w najbliższych miesiącach i latach będzie to nie tylko wiodąca postać naszego zespołu, ale całej ligi. Na pewno ma potencjał, aby grać w reprezentacji Polski.

Jak ocenia pan Lechię? Miała być trzecią siłą w lidze, ale na razie rzeczywistość nie wygląda tak różowo.

- Na pewno budowa dobrej drużyny przy tylu zmianach to trudny proces, ale uważam, że potencjał zespołu jest duży i prędzej czy później musi on "zapalić". Myślę, że w perspektywie najbliższych miesięcy czy lat będzie to ekipa grająca o najwyższe cele.

A jak ocenia pan projekt, który po zmianach właścicielskich obecnie powstaje w Gdańsku?

- To się może udać. Pamiętam, że kiedy we Wrocławiu były podobne możliwości finansowe, kiedy systematycznie wzmacniano skład, finał był fantastyczny - mistrzostwo Polski, europejskie puchary... Podobnie może być w Lechii, ale na wszystko potrzeba czasu i cierpliwości, bo nawet jeśli są pieniądze, trudno od razu zbudować świetny zespół. Myślę jednak, że w Gdańsku wszystko zmierza w dobrym kierunku.

Pan już w tym nowym projekcie jako piłkarz raczej uczestniczyć nie będzie. Chociaż zawsze pan powtarzał, że chciałby wrócić do Lechii.

- Powiem szczerze, że w ostatnich latach kilkukrotnie było zapytanie z Lechii, ale sprawy nigdy nie dotarły do etapu konkretów. Czasami tak bywa, że mimo chęci z obu stron, nie ma finalnego efektu.

A po zakończeniu kariery wróci pan do Gdańska i tu osiedli się na stałe?

- Możliwości są trzy: Gdańsk, Wrocław lub Warszawa, skąd pochodzi moja żona. Na razie o tym nie myślę, bo przede mną, mam nadzieję, jeszcze kilka lat owocnej kariery. Jak pokazały ostatnie tygodnie, futbol lubi zaskakiwać i nigdy nie jest za późno na marzenia.

JAK ONI PIĘKNIE PODAJĄ! TOP 11 ASYST PIŁKARZY LECHII W EKSTRAKLASIE


Więcej o: