Sport.pl

Beznadzieja Lechii. Czy to jest jeszcze piłka nożna?

Patrząc na "wyczyny" graczy Lechii w meczu z Podbeskidziem można było zadać sobie pytanie, czy to jest jeszcze piłka nożna? Można mieć co do tego poważne wątpliwości.


Spotkanie gdańszczan w Bielsku-Białej trudno określić inaczej niż beznadziejne, tragiczne, katastrofalne czy kompromitujące. Wiele już było w tym sezonie słabych meczów biało-zielonych, by wymienić tylko te ostatnie ze Śląskiem Wrocław czy Koroną Kielce, ale po sobotnim meczu większość piłkarzy Lechii powinna ze wstydu zapaść się pod ziemię.

Agresja tak, ale gdzie gra w piłkę?

- Jeśli popatrzymy na obecne tendencje w piłce, to można zauważyć, że futbol zmierza w kierunku gry coraz bardziej agresywnej. Agresywnej, ale nie brutalnej. I tę pozytywną agresję chcę zaszczepić w mojej drużynie, bo bez niej nic nie zrobimy - mówił przed meczem z Podbeskidziem trener Lechii Jerzy Brzęczek. Nie dodał jednak, że do agresji trzeba jeszcze dodać element zwany powszechnie grą w piłkę. W pierwszej połowie spotkania biało-zieloni skupili się bowiem na wymianie ciosów z twardo, a momentami bezpardonowo grającymi "Góralami", a kompletnie zapomnieli o tym, by samemu tworzyć groźne akcje ofensywne. Strzał panu Bogu w oknu Daniela Łukasika z rzutu wolnego, czy posłanie piłki kilometr od bramki przez Mateusza Możdżenia to jedyne, na co stać było lechistów w pierwszych 45 minutach. Oprócz tego w ich "grze" dominował wszechobecny brak pomyślunku na to, jak zaatakować poprawnie zorganizowanego w defensywie rywala.

"Stojan" Vranjes i nieobecny Colak

Bezhołowie w poczynaniach lechistów wynikało przede wszystkim z tego, że zamiast reżysera gry na boisko na pozycję ofensywnego pomocnika wszedł grający stanie całkowitej inercji Stojan Vranjes. Biegający w tempie spacerowym, unikający dryblingu, stroniący od strzału czy próby dośrodkowania bardziej pozorował grę niż brał rzeczywisty udział w boiskowych wydarzeniach. Po 45 minutach został odesłany do szatni i jeśli w kolejnym spotkaniu Lechii zamierza zaprezentować się podobnie jak w Bielsku-Białej może nie powinien z niej wychodzić?

Obok Vranjesa negatywną postacią Lechii w sobotnim meczu był Antonio Colak. Chorwat sprawiał wrażenie zupełnie nieobecnego na boisku, był nieskoncentrowany, miał gigantyczne kłopoty z opanowaniem piłki i łatwo dał się ogrywać Dariuszowi Pietrasiakowi. Z całym szacunkiem dla doświadczonego stopera Podbeskidzia, ale taki napastnik jak Colak po prostu musi wygrać z Pietrasiakiem choć jeden z pojedynków. Tymczasem Chorwat był w tych starciach bezradny jak niemowlę.

Gra w przewadze nie ułatwia

Obrazu beznadziei Lechii w starciu z Podbeskidziem dopełnia fakt, że przez blisko godzinę biało-zieloni grali z przewagą jednego zawodnika po czerwonej kartce dla Franka Adu Kwame. Dla większości zespołów z ekstraklasy możliwość gry w liczebnej przewadze dodaje pewności we własnych poczynaniach i pozwala rozwinąć skrzydła w ataku. Dla większości, ale nie dla Lechii, która najpierw z jednym graczem więcej na boisku daje sobie wbić bramkę, a w drugich 45 minutach bije głową w mur w ofensywie, narażając się przy tym na groźne kontrataki przeciwnika. - Myśleliśmy, że po czerwonej kartce dla Adu będzie nam się grało łatwiej - mówił Maciej Makuszewski. Jak pokazał to przebieg meczu w Bielsku-Białej na myśleniu jedynie się skończyło.

Lechia w spotkaniu z Podbeskidziem dobiła do piłkarskiego dna. Pocieszeniem dla biało-zielonych może być już tylko nadzieja, że od tego dna można się jeszcze odbić.

KARUZELA TRENERSKA W LECHII - DZIEWIĘCIU SZKOLENIOWCÓW W 3 LATA, PIĘCIU W TYM ROKU!


Więcej o: