Bogusław Kaczmarek: W Lechii trzeba uporządkować hierarchię zarządzania klubem, nie może być zbiorowej odpowiedzialności

- Lechia jest w tej chwili jak biało-zielony tramwaj, ciągle ktoś do niego wsiada, ciągle ktoś wysiada. Tymczasem potrzebny jest spokój i odpowiednie zarządzanie przez osoby, które wezmą na siebie odpowiedzialność za swoje decyzje. Nie może być zbiorowej odpowiedzialności, bo wówczas wszystko się rozmywa - mówi były piłkarz oraz trener Lechii Bogusław Kaczmarek.


Lechia zajmuje obecnie w tabeli ekstraklasy 13. miejsce i spisuje się zdecydowanie poniżej oczekiwań. Dla trenera Kaczmarka to powód do wielkiego niepokoju.

- Byłem jednym z tych, którzy przed rozpoczęciem rozgrywek widzieli Lechię bardzo wysoko, nawet w pierwszej trójce. Rzeczywistość okazała się bardzo brutalna. Wielu ludzi dobrze życzących Lechii może się czuć zawiedzionych i zaniepokojonych tym, co się dzieje. Nie tylko samym miejscem w tabeli, ale przede wszystkim tym, co się dzieje wokół. Zamieszanie z Sokołem Ostróda, jakieś "balony", "bąki" informacyjne o transferze Mili, te wszystkie oświadczenia. Były członek zarządu gdańskiego klubu pan Żelem [obecnie prezes Śląska] wręcz bawi się z Lechią. Wokół klubu trwa jakaś medialna kakofonia, co zdecydowanie mu nie sprzyja. Lechia to symbol, etos, tego typu sytuacje splendoru jej nie przynoszą. Na dodatek trwa karuzela trenerska, jak w takiej sytuacji możliwa jest jakakolwiek ciągłość szkoleniowa? - pyta Kaczmarek w rozmowie z trojmiasto.sport.pl.

Unton nie miał szczęścia

Według niego jest to jeden z największych problemów gdańskiego klubu

- W przypadku Lechii pewne są tylko niekończące się zmiany. Jeszcze jedna koncepcja nie została na dobre wprowadzona, a już jest następna. Najpierw za pion sportowy w dużej mierze miał odpowiadać Thomas von Heesen, który zatrudnił Ricardo Moniza. Po odejściu Holendra, którego niektóre osoby permanentnie zniechęcały do pracy w Gdańsku, miłość von Heesena do Lechii mocno przygasła. Mam wrażenie, że w tej chwili jego stosunek do klubu jest ambiwalentny - podkreśla Kaczmarek. - Chybionym ruchem było zatrudnienie Joaquima Machado, chociaż teraz wyprowadził on swój zespół w II lidze portugalskiej z 12. na 3. miejsce, czyli teoretycznie zaprzeczył zasadności zwolnienia go z Lechii. Według mnie nie był to człowiek przypadkowy, ale nieodpowiedni do sytuacji, w jakiej znalazł się w tym momencie klub. Gdyby Moniza od razu zastąpili Tomek Unton z Maćkiem Kalkowskim, to widziałbym w tym sens, zachowana zostałaby ciągłość i metodyka działania - uważa były szkoleniowiec Lechii. I dodaje:

- Popatrzmy na to chłodnym okiem. Gdyby Unton miał 50 procent szczęścia Moniza, a Mateusz Bąk był w takiej dyspozycji jak w końcówce poprzedniego sezonu, to sytuacja Lechii mogłaby być dziś zupełnie inna. Tomek dostał szansę i niewiele brakowało, aby ją wykorzystał. Nie chcę być jego adwokatem, bo znam go od wielu lat, to ja go ściągałem do Lechii jako młodego chłopaka. Jednak poza falstartem ze Stalą Stalowa Wola w Pucharze Polski to w każdym z meczów ligowych Lechia mogła i powinna punktować. W Zabrzu - dwa klopsy Bąka, którego można usprawiedliwić, bo po urazie głowy bramkarz, tak jak bokser, powinien mieć czas na restytucję psychofizyczną i według mnie za szybko wrócił do bramki. Z Cracovią wygrana, z Legią przykład indolencji strzeleckiej, a tak grającej Lechii jak w tym meczu nie widziałem bardzo dawno, nawet za czasów Moniza. Potem wyjątkowy niefart w spotkaniu ze Śląskiem. Zespołowi i Tomkowi ewidentnie zabrakło w tych meczach szczęścia - zaznacza Kaczmarek.

Piłkarze nie wytrzymują ciśnienia

Czy nowy trener Jerzy Brzęczek wyprowadzi zespół na prostą?

- Mam duży szacunek dla niego jako piłkarza, tego, co osiągnął. Czy swoje doświadczenie, kapitał, który zebrał w czasie kariery zawodniczej, przełoży na Lechię? Będzie to bardzo trudne, ale życzę mu, żeby zespół zaczął funkcjonować, bo w dwóch pierwszych meczach tego nie było. Mecz z Jagiellonią, która ostatnio wpadła w dołek i nie może od dłuższego czasu wygrać, miał być mocnym wejściem, ale tak nie było. Porażka z Podbeskidziem grającym niemal godzinę w "10" też chluby nie przynosi. Dla mnie nawet ostatni w tabeli Zawisza w tej chwili prezentuje się lepiej niż Lechia. Nie da się ukryć, że oprócz fachowości i umiejętności Brzęczek musi też liczyć na pomoc lucky lady, czyli pani fortuny - mówi były asystent Leo Beenhakkera w reprezentacji Polski.

A czy na słabej postawie zespołu nie odbija się zawalony okres przygotowawczy i braki w przygotowaniu fizycznym?

- To już nie powinno mieć znaczenia - uważa Kaczmarek. - Dwójka fachowców z Niemiec miała wystarczająco dużo czasu, żeby poprawić to, co zawalił trener Machado. Problemem nie powinna być fizjologia, bo na całym świecie robi się w tym aspekcie to samo. Jeśli zatrudnia się fachowców, jest odpowiednia aparatura, badania, to w stosunkowo krótkim czasie, przy tylu przerwach na mecze reprezentacji, można w znaczący sposób poprawić przygotowanie piłkarzy. Zresztą były mecze, w których Lechia, im dłużej trwało spotkanie, tym wyglądała lepiej fizycznie od rywala - z Górnikiem, Legią, Jagiellonią itd. To nie może więc być główna przyczyna. Według mnie zostały zaburzone relacje w zakresie mentalności i emocji. Ci ludzie nie wytrzymują ciśnienia, w tej młodej drużynie brakuje lidera. Warto też zwrócić uwagę na bardzo nierówną formę - delikatnie rzecz ujmując - Stojana Vranjesa, od którego po dobrym wejściu do zespołu w poprzednim sezonie być może za dużo się oczekiwało. Do tego kłopoty Lekovicia, który w obecnym stanie zdrowia nie nadaje się do gry. U Moniza większość akcji ofensywnych opierała się właśnie na Lekovicu, Makuszewskim, Grzelczaku, wchodzących w pole karne Vranjesu. Teraz tego nie ma - zauważa były szkoleniowiec biało-zielonych.

Lechia jest jak biało-zielony tramwaj

Analizując przyczyny niepowodzeń Lechii w tym sezonie, Kaczmarek zwraca też uwagę na aspekty pozasportowe.

- W każdym dobrze funkcjonującym przedsiębiorstwie trzeba uporządkować hierarchię w zarządzaniu klubem, przełożyć to na mądre decyzje. Na tą chwilę widać, że w kilku aspektach jest jedna wielka komedia pomyłek. Lechia jest chyba jednym z niewielu klubów, w którym od kilku miesięcy nie ma prezesa. Niektóre ruchy są dziwne, takie jak powołanie Jarka Bieniuka na bliżej nieokreślone stanowisko. Niby ma on być pomostem między kierownictwem a zespołem. Ale z tego, co się orientuję, to bardzo podobną rolę pełnił do tej pory Sławek Wojciechowski. Czy oni się zatem nie dublują? Nie mam nic przeciwko nim, z oboma mam dobre kontakty, ale dobrze by było, żeby były sprecyzowane ich kompetencje, bo jeden i drugi może być dla Lechii użyteczny - zaznacza Kaczmarek i dodaje:

- Nie chcę być Wernyhorą i snuć katastroficznych wizji. Problem w tym, że niektórzy ludzie, którzy odpowiadają za Lechię, żyją nie z piłki, ale przy piłce. Lechii należy życzyć, żeby ludzie nią rządzący mieli pasję, kwalifikacje, odpowiednie nastawienie i czuli się związani z Gdańskiem. Lechia jest w tej chwili jak biało-zielony tramwaj, ciągle ktoś do niego wsiada, ciągle ktoś wysiada. Tymczasem potrzebny jest spokój i odpowiednie zarządzanie przez osoby, które wezmą na siebie odpowiedzialność za swoje decyzje. Nie może być zbiorowej odpowiedzialności, bo wówczas wszystko się rozmywa. Żeby Lechia była korporacją, na początek musi być budzącym zaufanie przedsiębiorstwem. A przede wszystkim najpierw musi być koncepcja. Póki co tego nie widzę. Dyrektor sportowy był, ale go nie ma. Andrzej Juskowiak nie nadawał się do realizacji projektu zgodnego z filozofią nowych właścicieli, natomiast jest odpowiedni do tego, aby być prezesem Akademii Piłkarskiej Lechii i odpowiadać za "Biało-zieloną przyszłość z Lotosem". Dla mnie jest to dysonans poznawczy i brak spójności w globalnym projekcie pod tytułem Lechia. Bo Lechia to nie tylko układ własnościowy. To też prezydent miasta, Lotos, to wszystko powinno działać w symbiozie, tu musi być wspólnota interesów. Te trzy podmioty muszą działać razem - tu i teraz, a także w perspektywie wielu lat, na poziomie odpowiadającym ambicjom miasta i stadionu. Lechia w swojej historii zawsze miała bardzo dobrych piłkarzy, miała niezłych trenerów, ale nigdy nie miała szczęścia do osób zarządzających klubem. Cały czas coś przeszkadza, jakaś klątwa wisi nad klubem. Śmieję się, że w Gdańsku powinien powstać pomnik martyrologii piłkarskiej. To wręcz niewyobrażalne, żeby z takim potencjałem i z takimi możliwościami nigdy nie udało się tu osiągnąć dużego wyniku - podkreśla Kaczmarek.

Brakuje tożsamości

Obecnie związane jest to również z utratą tożsamości przez zespół.

- Kto tak naprawdę jest związany z tym klubem? - pyta Kaczmarek. - Piotrek Wiśniewski, Mateusz Bąk... Mam dla nich wiele szacunku, ale obaj są już po "30". Nie wypowiadam się o zasadności przedłużania z nimi kontraktów, ale dla mnie jest to sztuczne podtrzymywanie tożsamości klubu. Tożsamość klubu to przede wszystkim młodzi chłopcy, którzy powinni być wprowadzani do pierwszego zespołu. Gdzie jest np. Garbacik, którego sprowadziłem do Gdańska? Albo Adrian Bielawski [obecnie wypożyczony do Olimpii Grudziądz], według mnie lepszy zawodnik od Pawła Stolarskiego, na dodatek swój, z Gdańska, z rodowodem. Zastanawiam się też, po co i dla kogo funkcjonuje wspomniany projekt "Biało-zielona przyszłość z Lotosem"? Ładnie to wygląda, populistyczne hasła, 3 tys. podopiecznych. Dla kogo to wszystko? Przy obecnej filozofii prowadzenia klubu nie widzę logicznej możliwości zagospodarowania tych młodych ludzi, bo nikt nie da im szansy. To fikcja. W budowie zespołu musi być zachowany balans, do tego potrzebny jest odpowiedni klucz. W Lechii póki co jest tylko wytrych - podsumowuje Kaczmarek.

BIENIUK, ŻEWŁAKOW... KIEDYŚ PODPORY SWOICH KLUBÓW, TERAZ W INNYCH ROLACH