Sport.pl

Piotr Wiśniewski: Nie ma świętych krów, każdy musi wyjść i walczyć. A jak nie, to wypad

- Każdy musi patrzeć na siebie, my, starsi zawodnicy, też. Nie chodzi o to, żeby na kogoś krzyczeć, opieprzać w szatni. Przykład musimy dawać na boisku i myślę, że w taki sposób można dać drużynie kopa i ją pobudzić. Żeby walczyła i żeby każdy wiedział, dla jakiego klubu gra - mówi piłkarz Lechii Piotr Wiśniewski. W niedzielę na PGE Arenie biało-zieloni zmierzą się z Piastem Gliwice.


Tomasz Osowski: Czy wasza obecna sytuacja jest tragiczna czy tylko zła?

Piotr Wiśniewski: Jest i tragiczna i zła. Każdy z nas liczył na coś innego. W ostatnich tygodniach po każdym meczu ciągle tłumaczymy się, że jest źle, że jest fatalnie, a potem przychodzi kolejne spotkanie i znów to samo, znów nie wygrywamy. Najwyższy czas skończyć z tym całym gadaniem, tłumaczeniem się. Trzeba w niedzielę wyjść na boisko i pokonać Piasta.

Nie obawiacie się, że w tym meczu padnie antyrekord frekwencji na PGE Arenie (do tej pory wynosi on 7705 widzów)?

- Nie wiem, ile ludzi przyjdzie, na pewno przyjdą ci wytrwali, którzy są z nami na dobre i na złe. Bardzo bym chciał, żeby tych kibiców było jak najwięcej, no ale, niestety, nasza postawa sprawiła, że dużo ludzi się od nas odwróciło.

Jest pan w Lechii już niemal 10 lat. Zdarzył się wcześniej podobny kryzys?

- Było sporo trudnych momentów, w każdym sezonie przychodzi jakiś dołek formy. Teraz jest on odbierany w szczególny sposób, bo przed startem rozgrywek balon z oczekiwaniami był bardzo mocno nadmuchany. Wcześniej zdarzały się sezony, kiedy byliśmy na dole tabeli i sytuacja była dramatyczna. Jednak zawsze był happy end, przychodziła jakaś dobra seria i wychodziliśmy z opresji. Mam nadzieję, że teraz będzie podobnie.

Co może być dla was tym happy endem? Uratowanie się przed spadkiem?

- Zdecydowanie nie, nasze cele są wyższe. Trzeba w tych dwóch ostatnich meczach zdobyć jak najwięcej punktów, a potem myślę, że na pewno będą jakieś zmiany kadrowe. Nikt nie może być spokojny o miejsce w drużynie, ja też, choć niedawno przedłużyłem kontrakt [do czerwca 2016 r.]. Nie ma w drużynie świętych krów, każdy musi wyjść i walczyć. A jeżeli nie, to robi wypad z klubu i musi sobie szukać pracy gdzie indziej. Bez względu na to, czy ma dwa lata kontraktu, trzy czy pięć.

W tym tygodniu bardziej skupiliście się na motywacji czy raczej na aspektach piłkarskich?

- Na pewno na sprawach piłkarskich, szczególnie na wykończeniu akcji. Mając takie sytuacje jak ostatnio w Bielsku-Białej, musimy strzelić co najmniej dwie bramki. Może okazji nie było dużo, ale były naprawdę dobre. Poza tym grając tak długo z przewagą jednego zawodnika, nie wypada przegrywać. Tym bardziej że zawodnik Podbeskidzia zszedł przy wyniku 0:0. Jest to nie do przyjęcia.

Czy wszyscy zawodnicy z letniego zaciągu zrozumieli już, co to znaczy gra w Lechii, w ogóle w polskiej ekstraklasie, czy niektórym trzeba to jeszcze tłumaczyć?

- Szczerze mówiąc, to z niektórymi obcokrajowcami mamy słabiutki kontakt. Nie dość, że są skryci, to jeszcze występuje bariera językowa, niektórzy nie mówią ani po angielsku, ani po niemiecku. My też jakoś perfekcyjnie się tymi językami nie posługujemy, ale staramy się jakoś dogadywać. Antonio Colak jest jedynym, z którym rozmawiamy po polsku, i on naprawdę bardzo dobrze sobie z tym radzi. Jednak wielu chłopaków nie mówi i nie rozumie podstawowych rzeczy. Znają może trzy-cztery wyrazy i to wszystko.

Być może nie wszyscy na poważnie podeszli do gry w Lechii? Czy wy, starsi zawodnicy, musieliście "kopnąć kogoś w tyłek" i przyprowadzić do porządku?

- Każdy musi patrzeć na siebie, my, starsi zawodnicy, też. Nie chodzi o to, żeby na kogoś krzyczeć, opieprzać w szatni. Przykład musimy dawać na boisku i myślę, że w taki sposób można dać drużynie kopa i ją pobudzić. Tak żeby walczyła i żeby każdy wiedział, dla jakiego klubu gra.

SUSHI, WOŁOWINKA I ZUPA Z KRWI. KUCHNIA PIŁKARZY LECHII GDAŃSK


Więcej o: