Były zawodnik Lechii Paweł Pęczak: Młodym piłkarzom brakuje charakteru [DŁUGA ROZMOWA]

- Szkoda, że w Lechii jest tak mało ludzi, którzy są emocjonalnie związani z klubem. Nie będę używał wielkich słów, bo większość tych chłopaków na pewno chce, zależy im, ale podejrzewam, że są też wśród nich ludzie, którzy nawet nie wiedzą, co to jest Lechia. Jaki to jest klub, jak był odbudowywany i jaka historia się za tym kryje. W zespole brakuje gościa, który trzymałby to wszystko za jaja - mówi w rozmowie z Trojmiasto.sport.pl Paweł Pęczak, były piłkarz Lechii, z którą w 2008 roku wywalczył awans do ekstraklasy.
Tomasz Osowski: Wie pan, co skłoniło mnie do przeprowadzenia tej rozmowy?

Paweł Pęczak: Nie mam pojęcia.

Zastanawiałem się, jakiego typu osobowości brakuje w szatni dzisiejszej Lechii. Od razu przyszedł mi na myśl pan. "Stalowy Paweł", czyli najprościej mówiąc człowiek z charakterem, lider, przywódca, trochę zakapior.

- Wiem, co się dzieje w zespole, bo przyjaźnię się z Maćkiem Kalkowskim [obecnie jeden z asystentów trenera Jerzego Brzęczka], utrzymuję też stały kontakt z Piotrkiem Wiśniewskim. Rozmawiamy bardzo często na temat dzisiejszej Lechii. Szkoda, że w drużynie jest tak mało ludzi, którzy są emocjonalnie związani z klubem, to dla funkcjonowania szatni bardzo ważne. Nie będę używał wielkich słów, bo większość tych chłopaków na pewno chce, zależy im, ale podejrzewam, że są też wśród nich ludzie, którzy nawet nie wiedzą, co to jest Lechia. Jaki to jest klub, jak było to wszystko budowane i jaka historia się za tym kryje. Brakuje rodowitych gdańszczan, albo takich jak ja, co prawda spoza Gdańska, ale bardzo zżytych z tym miastem i zaakceptowanych przez miejscowych. Od lat mieszkam w Gdańsku i mogę chyba powiedzieć, że jestem gdańszczaninem. Zresztą tu mam większy szacunek niż w swoim rodzinnym mieście [Tychy], ale to już inna historia...

Czego potrzebuje Lechia najbardziej?

- Potrzebuje gościa, który - mówiąc w naszym żargonie - trzymałby to wszystko za jaja. Mocnego charakteru, który jak jest dobrze to może poklepać po plecach, ale jak jest źle to naprawdę zatrzęsie szatnią.

Pamiętam, że jak pan grał w Lechii [lata 2005-2009], między zawodnikami była niesamowita chemia, ale istniało też coś takiego jak hierarchia.

- Jak do zespołu wchodził jakiś nowy zawodnik to musiał zyskać szacunek piłkarzy, którzy coś tam już wcześniej osiągnęli. Teraz te wartości gdzieś się zatraciły, bo młodzież jest bezkarna. Ona zaczyna przygodę z piłką od..., no, żeby nie mówić brzydko, nie od tej strony co trzeba. Naśladując najlepszych zawodników dzieciaki zwracają uwagę przede wszystkim na ich wygląd, chcą mieć takie same fryzurki, buciki. A liczy się przecież coś innego.

Dzisiejszej młodzieży brakuje charakteru? Pan może coś o tym powiedzieć, bo trenuje 12-letnich chłopaków w Gdańskiej Akademii Piłkarskiej Sparta.

- Cóż, wygląda to jak wygląda... Naprawdę z tym charakterem jest słabo. Powtarzam im: macie wszystko, PlayStation, Xboxy i inne bajery. Ja wychowywałem się na podwórku, skakałem po drzewach i ganiałem za piłką. A teraz co? Dzieciak przyjdzie do domu, odrobi lekcje i do komputera. Rodzice muszą go wypychać na trening. Ja musiałem prosić rodziców, żeby puścili mnie na trening, teraz jest odwrotnie. Czasami rodzice przesadzają, bo nic nie można robić na siłę, a taki dzieciak chodzi i na piłkę, i na judo, i na tenis, i ma przez to mętlik w głowie. Najgorzej, jak dziecko nie chce, a jest do tego zmuszane. Dla mnie to czysta głupota, jak nie chce uprawiać sportu, to nie, nic na to nie poradzisz.

Musi się pan czasami hamować w pracy z tymi młodymi chłopakami?

- Hamuję się, ale "suszarkę" to mają cały czas. Jak przegrają to nie ma wybacz, jednak oni są już przyzwyczajeni, że dużo wymagam. Lekki w obyciu nie jestem, ale nikt z mojego powodu nie zrezygnował z treningów. Oni są w takim wieku, że można już kształtować ich charakter, ale jest mega, mega, mega ciężko. Opowiem pewną historię: byliśmy na obozie na Mazurach, załatwiłem im mecz jak na Lidze Mistrzów. Światełka, super boisko. Chłopaki 12 lat, gdzie ja w ich wieku mogłem grać przy jupiterach, na dywanie. Wieczorem po kolacji patrzę, a wszystkie kibelki są zapchane papierem toaletowym. Taka szczeniacka zabawa. Strasznie się wkurzyłem i uznałem, że trzeba pokazać im szkołę, bo zwyczajnie mają za dobrze. Spytałem się organizatorki naszego pobytu, gdzie tu mają najgorsze boisko w okolicy. Zaprowadziła mnie, trzeba było iść dobre 30 minut. Popatrzyłem - jedna bramka przewalona, druga stoi krzywo, wygięta poprzeczka, trawa po kostki. Idealnie, tego szukałem! Pokażę młokosom, w jakich warunkach kiedyś człowiek musiał pracować, żeby do czegoś dojść. Na drugi dzień zabrałem ich na to boisko, zanim doszli, to już byli zmęczeni. No, ale oczywiście wszystko było przygotowane jak na normalny trening, woda itp. Żebym nie wyszedł na nie wiadomo jakiego kata. No i zrobiłem krótkie zajęcia. Mówię do jednego chłopaka: - Uderz piłkę, daj pasa. On na to: - No jak trenerze, trawa jest za wysoka, nie da się. Ja odpowiadam: - Jak za wysoka. Trzeba trochę więcej energii włożyć w uderzenie i pójdzie. No i jakoś poszło. Po treningu ich zebrałem i mówię: - Patrzcie. Macie superboiska, równa trawa, światełka, buciki, różowe, żółte, seledynowe i jakie tam jeszcze są kolory. Nie korkotrampki ze Stomilu jak za moich czasów. Doceńcie to! Przeszli wtedy niezłą szkołę życia, pamiętają tę lekcję do teraz i szanują to, co mają. Na pewno dzieciakom to w głowie zostanie. Jak bym tylko pokrzyczał, to szybko by zapomniały.

Jak trafił pan do Sparty? Podobno wcześniej były jakieś wstępne rozmowy dotyczące pracy w Lechii?

- Była propozycja, żeby popracować z młodzieżą, ale ja jestem konkretnym człowiekiem, który oczekuje konkretnego postawienia sprawy. Rozmawiałem z Tomkiem Borkowskim [koordynator grup młodzieżowych Akademii Piłkarskiej Lechii], miał się do mnie odezwać. Czekałem, czas mijał, a ja nie lubię się o nic prosić. W międzyczasie dostałem konkretną propozycję ze Sparty i z niej skorzystałem. Chociaż na początku długo się zastanawiałem, bo nigdy bym nie pomyślał, że z moim charakterem i podejściem nadaję się do pracy z dzieciakami. Pukałem się w czoło i myślałem - co ja robię? Bałem się tego, ale namówił mnie Krzysiek Brede [wychowanek, a potem trener w Lechii, obecnie asystent Michała Probierza w Jagiellonii]. Szybko dogadałem się z prezesem Sparty Rafałem Płockim, nadajemy na tych samych falach, nasza współpraca świetnie się rozwija. Jestem bardzo zadowolony, mocno zżyłem się z chłopakami [roczniki 2002 i 2003]. Gramy w niższej lidze, ale wiadomo oni dopiero debiutują. Jesteśmy w czubie tabeli, mamy szanse na awans.

Taka praca daje satysfakcję?

- To jest zupełnie inna robota niż trenerów w Lechii, gdzie są wyselekcjonowani zawodnicy, najlepsi z regionu. Ja mam chłopaków z osiedla. Orunia, Orunia Górna, dzieciaki z bloków. Cieszymy się z każdego wygranego meczu.

Przyjmuje pan każdego, kto się zgłosi?

- Oczywiście. Czasy są teraz takie, że trzeba płacić, żeby dziecko grało w piłkę nożną. I to jest straszne, bo później masz dylematy. Wiadomo, że rodzic chce, żeby jego dzieciak grał w każdym meczu ligowym, a przecież nie ma na to szans. Ale wytłumacz to mamie lub tacie, którzy mówią: - Przepraszam, ale ja płacę parę złotych miesięcznie za dziecko, czemu ono siedzi na ławce i nie gra?

Za pana młodzieńczych czasów było inaczej.

- Sytuacja była prosta: albo byłeś dobry i grałeś, albo byłeś słaby i nie grałeś. To przede wszystkim ja sam chciałem trenować, poprawiać się, eliminować mankamenty. Teraz dzieciaki wszystko mają na tacy i im się nie chce. No, ale skoro do wyboru jest 40 innych zajęć.

Nosi pan jeszcze w sobie żal, że latem 2009 roku musiał odejść z Lechii.

- Na pewno nie mam żadnych pretensji do kierownictwa klubu. Może mogę mieć trochę żal do Tomka Kafarskiego [ówczesny trener Lechii], że nie dał mi prawdziwej szansy po kontuzji. Wiadomo, miał swoją politykę kadrową i w tym swoim zespole niby mnie nie widział. Jednak prawda jest taka, że co innego mówił mi, kiedy wracaliśmy z Gliwic, po wygranym 2:0 meczu z Piastem, który dał nam utrzymanie. Podkreślał, że nie mam się martwić i że zostaję w zespole. Takie słowa padły, było mnóstwo świadków, koledzy z drużyny też je słyszeli. No, ale minęło już dużo czasu, czas goi rany. Nieraz widziałem się z Tomkiem przy okazji mojej gry w Kaszubii Kościerzyna, mieliśmy okazję porozmawiać.

Podobno przyczyną takiej decyzji Kafarskiego był...

- ... zatarg między nami?

A tak to można nazwać?

- Wszyscy, którzy mnie znają wiedzą, jaki miałem charakter i mam do teraz, chociaż wykorzystuję go w innej formie. Może nie był to zatarg, kiedyś padły między nami pewne słowa. Może o to Tomek miał do mnie żal i chciał w jakiś sposób mnie ukarać, albo pokazać, że to on jest trenerem i panem? Wielka szkoda, że tak się stało, bo po odejściu z Lechii wszystko zaczęło kuleć. Trudno, tak się życie potoczyło.

Duży wpływ miała kontuzja, którą złapał pan po awansie drużyny do ekstraklasy.

- Nie mogłem grać przez całą pierwszą rundę. Tam był jakiś błąd w sztuce przy leczeniu, straciłem pół roku, nie chcę do tego wracać i grzebać w trupach. Sam jestem ciekaw jakby się to potoczyło gdybym przy tej dyspozycji normalnie zaczął sezon, bo naprawdę byłem w gazie.

Ale wiosną 2009 roku trzy mecze w ekstraklasie w barwach Lechii zdążył pan rozegrać?

- Z tego się najbardziej cieszę i to jeszcze w roli kapitana. Tego nigdy nie zapomnę, to było dla mnie wielkie przeżycie. Zawsze będę miał ten klub najbardziej w sercu, mam nadzieję, że w niedalekiej przyszłości znów będę w Lechii i wówczas zrobię wszystko, żeby w jakiś sposób jej pomóc.

Jakie są pana najlepsze wspomnienia z Lechii? Może strzelone bramki, szczególnie te z Kmitą Zabierzów albo Piastem Gliwice?

- Tych moich goli było mało, ale wszystkie były ważne. Pamiętam tę bramkę z Kmitą, zdobytą w ostatnich sekundach doliczonego czasu gry. Zwycięstwo 1:0 dało nam dość komfortową sytuację w tabeli. Gole z Piastem to też fajna historia, czasami je sobie wspominamy z Arturem Andruszczakiem. "Andrus" niedawno na facebooku wystawił swoją bramkę z tego meczu [zdobytą po fantastycznym rajdzie i minięciu kilku rywali], od razu dałem ripostę - zobacz gola na 3:0 [Pęczak zdobył ją lobując bramkarza z okolic linii środkowej]. Odpisał: piękniejsza Pawle. Fajnie, że ludzie o tym pamiętają.

Najbardziej pamiętają dający awans do ekstraklasy zwycięski mecz ze Zniczem, po którym popłakał się pan przed kamerami. Dziś rzadko zdarzają się takie reakcje.

- Rzeczywiście, w czasie rozmowy się popłakałem. Zrobiliśmy wówczas kawał dobrej roboty, cały ten sezon we mnie siedział, emocje się skumulowały. Piękne chwile.

To był rzeczywiście niezwykły sezon, bo kiedy Dariusz Kubicki obejmował zespół, byliście dopiero na 12. miejscu w tabeli.

- Co by się nie działo, zawsze będę Darka miło wspominał. Wydaje mi się, że on do dziś mnie tak samo szanuje, jak ja jego, chociaż między nami relacje różnie się układały. To on ukształtował mnie jako człowieka, utemperował. W tamtym sezonie dostawałem mniej żółtych kartek, bo to się zwyczajnie nie opłacało. Jak wypadłeś ze składu mogłeś już nie wrócić. Jak przychodził, to akurat "wisiałem" za czerwoną kartkę na Motorze Lublin, zresztą niesłuszną. W związku z tym, nawet kiedy kara już minęła, na początku na mnie nie stawiał, a we mnie wręcz buzowało. Jak to, ja podstawowy zawodnik i nie gram? Ale to właśnie dzięki temu wówczas spokorniałem. On sam potem mi powtarzał: widzisz, wychowałem sobie "Pękiego" i ile potem dał drużynie. Zresztą tworzyliśmy wówczas taki zespół, że mógł wystawić dwie różne jedenastki i nie było widać różnicy. Jak graliśmy środowe gierki, to iskrzyło niesamowicie, bo każdy walczył o miejsce w składzie. Taka była rywalizacja.

Wracając na moment do wspomnianego meczu ze Zniczem. Pamięta pan, kto wówczas biegał w ataku zespołu z Pruszkowa?

- Oczywiście. Jak dziś pamiętam tę akcję, kiedy Robert Lewandowski "wkręcił" Huberta Wołąkiewicza i trafił w słupek. Z tego poszła kontra, zagrałem w pole karne do Pawła Buzały, "Buzi" był faulowany, a Maciek Rogalski strzelił z karnego zwycięską bramkę. Gdyby "Lewy" był wówczas precyzyjniejszy...

Jak wy odbieraliście go z boiska. Nikt, oczywiście, nie był w stanie przewidzieć, że zrobi taką wspaniałą karierę, ale czuliście, że coś w sobie ma?

- Już wtedy było widać, że to chłop, który będzie grał w poważną piłkę. To nie przypadek, że w II lidze strzelił tyle goli. Ponad 20 bramek w sezonie bez względu na szczebel rozgrywek, to już jest materiał na klasowego napastnika. Ja za bardzo na niego nie wpadałem w trakcie meczu, ale Hubert czy "Manek" [Jacek Manuszewski], podkreślali jak ciężko go było kryć. Mówili, że jest silny jak tur i bardzo ciężko zabrać mu piłkę, przepchać. Dziś to już klasa światowa.

Uchodzi pan za "kartkowego" rekordzistę Polski. Wie pan, ile dostał w karierze żółtych i czerwonych kartek.

- Sam jestem ciekawy.

78 żółtych i pięć czerwonych.

- Nie za dużo chyba, co? Szczerze mówiąc myślałem, że więcej. Te pierwsze kartki jeszcze w ekstraklasie za młodego, to była głupota. A potem leciało już za nazwisko. Po incydencie z Mietkiem Agafonem [były piłkarz m.in. Górnika Zabrze], kiedy złamałem mu nos podczas sparingu, sędziowie zaczęli mnie traktować w specjalny sposób. Co bym nie zrobił, to na dzień dobry dostawałem żółtą. Wtedy już mieli z Pęczakiem spokój, mieli go ułożonego na cały mecz. Ale wiele z tych kartek było niesłusznych. Z tych 78 żółtych i pięciu czerwonych, żadnej nie dostałem za faul z premedytacją. Nigdy nie chciałem w sposób złośliwy unieszkodliwić rywala. Tak jak Vinnie Jones, który nawet wydał na ten temat specjalny podręcznik.

Albo pana przyjaciel z GKS Katowice Adam Ledwoń.

- "Ledek"... Jemu zawdzięczam bardzo dużo, on dla nas młodych był kimś, chociaż nie był ode mnie dużo starszy [trzy lata]. Został kapitanem w wieku 21 lat, w zespole gdzie był np. Janusz Jojko. Zresztą wtedy wchodziłeś do szatni i na osiemnastu gości, piętnastu miało wąsy. To były takie czasy, a on jako młokos został kapitanem tej ekipy. Można sobie wyobrazić, jaki musiał mieć charakter. Dla mnie był idolem, uczył mnie wszystkiego, tych dobrych zagrań i tych łokci też. Jak ktoś mu się naraził to nie było zmiłuj. Ale wtedy miał łatwiej, bo nie było Canal+, nie było tylu kamer, powtórek. Gdyby grał w obecnych czasach, to podejrzewam, że dużo by sobie nie pograł, większość czasu by pauzował.

A może niektóre pana kartki wynikały jeszcze z innych rzeczy? Wówczas w lidze szalała korupcja, czasami sędziowie mogli z premedytacją kartkować zawodników.

- Ciekawa teoria. To co powiedział młody Dziurowicz, po tym wszystkim, co on nawywijał. Szkoda gadać. Jego świętej pamięci ojciec Marian to był wielki człowiek i mam wielki szacunek dla niego, ale jego syn... Nie chcę już do tego wracać, do tej machiny z sędziami. Czy ja kiedyś dostałem żółtą kartkę z przekrętu? Możliwe, że niektóre były pokazywane specjalnie, żeby przeciwnik mógł łatwiej wygrać. Nie chcę gdybać, bo tego nie wiem.

Grał pan kiedyś w meczu, podczas którego zdał pan sobie sprawę, że ewidentnie coś jest nie tak?

- Nigdy czegoś takiego nie odczułem. Zresztą ja nie muszę się niczego obawiać, nigdy nie brałem w czymś takim udziału, dlatego śpię spokojnie.

Zatem większość pana kartek była efektem ogromnego zaangażowania, ambicji, chęci zwycięstwa?

- To jest śląskie wychowanie. Nawet jak grałem w Lechii, mówiłem do chłopaków: ja was kiedyś zabiorę na Śląsk, zobaczycie, jak tam jest, jak się trenowało na żwirze, gdzie liczył się przede wszystkim charakter. W moich młodzieńczych czasach nie było lekko. Rodziców nie interesowało, o której mam trening. Byle bym przyszedł do domu i miał lekcje odrobione, to było najważniejsze. Ja nie mówię tego z wyrzutem. Dziękuję rodzicom za to, że w moim domu nie liczyła się tylko piłka. Warunkiem było to, że musiałem się dobrze uczyć, dopiero potem mogłem jechać na trening do Katowic. Szósta klasa podstawówki, a ja zapierniczałem autobusem 22 km w jedną stronę. To była szkoła życia, nie ma porównania z dzisiejszymi czasami. Jako juniorzy graliśmy w piłkę na bosaka w hali zapaśniczej. A potem pod Spodkiem nie przechodziłeś, tylko biegłeś. Raz, dwa, trzy i "szpula", żeby cię nie złapali. Nie to co dzisiaj, podwózka na trening i te sprawy. Tamte czasy już nie wrócą, ale przez to te charaktery gdzieś się zatracają, nie kształtują tak jak powinny.

Przez te lata zmieniło się rzeczywiście bardzo wiele. Jak wypada porównanie poziomu ekstraklasy, z czasami, kiedy pan w niej grał?

- Pod względem umiejętności technicznych zawodników, według mnie liga była lepsza za moich czasów. Teraz, oczywiście, też są dobrze wyszkoleni piłkarzy, ale biorąc pod uwagę całokształt, to średnia umiejętności wszystkich zawodników wówczas była wyższa. Jak rozmawiam ze starszymi kolegami to wszyscy podkreślają, że za naszych czasów młodym było bardzo ciężko. Musiałeś być naprawdę dobry, żeby się przebić i grać. Jak debiutowałem w ekstraklasie w wieku 19 lat, to był dla mnie taki zaszczyt, że minuta czy dwie spędzone na boisku były wielkim przeżyciem. Teraz nastolatki często grają, bo są młodzi, a nie dlatego, że są dobrzy. Zagrają trzy niezłe mecze i już za chwilę tłum menedżerów się kręci, skauci, zagraniczne kluby. Potem następuje zderzenie z rzeczywistością.

Ostatni przykład z gdańskiego podwórka to Paweł Dawidowicz.

- Szkoda chłopaka, zapowiadał się bardzo fajnie. Przy tym wzroście miał świetny odbiór piłki, dokładne podanie, potrafił jednym pasem rozerwać linię obrony rywala. Naprawdę dobrze wyglądał, ale w tej Benfice, póki co, mu nie idzie.

Nie lepiej mając 17-18 lat zostać jeszcze na dwa sezony w ekstraklasie, okrzepnąć i dopiero potem wyjeżdżać, już jako gwiazda naszej ligi?

- Zależy, jak kto będzie do tego podchodził. Czy przez pryzmat pieniędzy, czy wiary we własne umiejętności, kiedy wiesz, że prędzej czy później swoje zarobisz. Zaryzykować zawsze można, bo jak wyjedziesz za granicę i ci się nie uda, polski klub z ekstraklasy zawsze przyjmie cię z powrotem z otwartymi rękoma.

Tylko że kiedyś piłkarze wracali w wieku 32-33 lat, a teraz dużo szybciej.

- I to jest problem.

Za pana czasów ekstraklasa stała może na wyższym poziomie sportowym, ale wszystko wokół było mocno przaśne.

- Czasami tak sobie myślę - szkoda, że człowiek nie urodził się te 8-10 lat później. Nie dane mi było pograć na tych wszystkich nowych, pięknych stadionach. Ominęła mnie ta cała otoczka medialna, zainteresowanie mediów. Ale co zrobić. Ja się cieszę, że po zakończeniu tej przygody z piłką w miarę mi się poukładało i zderzenie z rzeczywistością mnie nie zabiło.

Przygody, nie kariery? Uważa pan, że mógł wycisnąć z niej więcej?

- Powiem tak: gdyby nie te kontuzje, głównie mięśniowe, to mogło być inaczej. Wiadomo, dziś od strony opieki medycznej, fizjologii wszystko poszło mocno do przodu. Mój organizm już w młodym wieku był strasznie eksploatowany - grałem non stop, czy to w ekstraklasie, czy w juniorskich reprezentacjach Polski. Gdzieś to wszystko musiało się odbić, zresztą nie tylko na mnie. Wielu chłopaków miało podobne problemy.

Mówił pan o juniorskich reprezentacjach Polski, potem była młodzieżówka, ale w tej dorosłej kadrze nie udało się zagrać.

- Tak wyszło. U trenera Janasa w młodzieżówce grałem praktycznie cały czas, potem zaczął wchodzić "Baszczu" [Marcin Baszczyński] i to on się załapał do reprezentacji narodowej. Z tego naszego rocznika 77 było dużo chłopaków, którzy fajnie się rozwinęli, wyjechali na zachód.

Pan nie wyjechał...

- Nigdy nie miałem menedżera, bo wychodziłem z założenia, że jak dobrze grasz, to go nie potrzebujesz. Może dlatego. Były zapytania, ale czasami człowiek nawet o tym nie widział. Jak grałem w Katowicach interesował się mną Maastricht, który wtedy grał w holenderskiej II lidze. Oglądali mnie w meczach ligowych, była konkretna propozycja, ale ja dowiedziałem się o tym pół roku później. Takie to były czasy, interesował się tobą zagraniczny klub, a ty nawet o tym nie wiedziałeś, bo twój aktualny klub nie raczył cię o tym poinformować. To było chore. Jednak najbardziej przeżyłem historię z 2008 roku. Pojechaliśmy z Lechią do Katowic na mecz z GKS. Na tym spotkaniu był Adam Ledwoń, który wówczas występował w austriackiej Bundeslidze, w zespole Austria Kärnten. I on przyjechał ze swoim prezesem oglądać jakiegoś zawodnika GKS. Po meczu dzwoni telefon, po drugiej stronie "Ledek": - Słuchaj, mój klub cię chce, pakuj się i dawaj do Austrii. Ja na to: - Chwileczkę, czekaj, w autokarze jestem. Zadzwoń jutro, porozmawiamy na spokojnie. Na drugi dzień znów dzwoni. - Prezes mówi, że bierze cię w ciemno, po jednym meczu. Oglądali kogoś innego, ale tak im się spodobałeś, że chcą ciebie. Ja dałem rekomendacje, przyjeżdżasz do Austrii i podpisujesz. Trzeba tylko podopinać szczegóły, wszystko dograć.

To była dla mnie ostatnia szansa na wyjazd zagraniczny, miałem już 31 lat. Chciałem ją wykorzystać. Dosłownie kilkanaście dni później Adam popełnił samobójstwo... Kiedy dowiedziałem się o tym od Grzegorza Szamotulskiego, nie uwierzyłem. Do tej pory nie mogę zrozumieć, dlaczego tak to się wszystko potoczyło.

Miał pan również ofertę egzotyczną, z Chin.

- Jakiś menedżer się zgłosił, za bardzo nie wierzyłem w to wszystko i dobrze, że w to nie brnąłem. Był kiedyś taki piłkarz Mariusz Nosal. On się skusił i pojechał. Potem mi opowiadał: "Pęki, Boże święty, dobrze żeś tam nie pojechał. Wysiadłem na lotnisku, tysiące takich samych ludzi, stoją jacyś goście z tabliczkami, na tabliczkach krzaczki, a ja nie wiedziałem, o co chodzi. Czy ktoś po mnie wyszedł czy nie? Telefon nie działa, masakra jakaś." Cud, że się tam nie zgubił na amen. Kiedy przyjechał, zespół miał akurat roztrenowanie, więc on nie trenował, do tego jakieś dziwne jedzenie. Kompletna porażka, zwiał stamtąd po tygodniu.

Mimo że nie występował pan w żadnym zagranicznym klubie, z kilkoma świetnymi zawodnikami miał pan okazję stanąć oko w oko. Chociażby, kiedy z Amicą Wronki grał pan w europejskich pucharach. Którzy z nich byli najlepsi?

- Irański napastnik Ali Daei z Herthy Berlin oraz Jose Mari z Atletico Madryt [potem grał m.in. w Milanie]. Muszę też wspomnieć o jednym Polaku, z którym zresztą miałem okazję grać w Amice. To Paweł Kryszałowicz, po prostu niesamowity gość. To co wyprawiał z nami na treningach, to się w głowie nie mieści! Niby szedł na ciebie na wprost, ale tak pokręcił tymi swoimi krzywymi nogami, że nie wiedziałeś, co się dzieje. Miał niesamowitą technikę, świetną lewą nogę, którą tak specyficznie zamiatał. No i jeszcze coś: był niesamowicie charakterny. Co my się na treningach poobijaliśmy [śmiech]. Ja mu z łokcia, on mi z łokcia, ja wślizg, on jeszcze ostrzejszy. Oj, nie odpuszczaliśmy sobie. On zresztą nigdy nie odpuszczał, bardzo go za to ceniłem. W ogóle kapitalna osoba. Teraz realizuje się jako działacz, a ile on zrobił dla swojego Gryfa Słupsk, to mała bania. No i nie mogę jeszcze raz nie przypomnieć Adama Ledwonia. To był kawał zawodnika...

Piękne wspomnienia, ale - tak jak pan mówił po zakończeniu kariery - odnalazł się pan w codziennej rzeczywistości. Oprócz zajęć z młodymi piłkarzami jest jeszcze praca w siłowni.

- Muszę w tym miejscu podziękować Krzysztofowi Kozłowskiemu, który wyciągnął do mnie rękę, kiedy przestałem grać. Jak wróciłem do Gdańska z Tychów, byłem bezrobotny, wtedy zadzwonił do mnie z propozycją pracy. Poznałem go, kiedy miałem kontuzję, on mnie postawił wówczas na nogi, dzięki niemu zagrałem w barwach Lechii w ekstraklasie. Krzysiek zadzwonił, że jest praca w siłowni Aquarius na Suchaninie, dał mi swoje rekomendacje. Mnie zawsze ciągnęły te klimaty. Trzeci rok tu pracuję i jestem bardzo zadowolony. Zresztą zapraszam wszystkich chętnych, zapewniamy naprawdę profesjonalną obsługę.

Często spotyka pan w siłowni kibiców Lechii?

- Często i to jest bardzo fajne, że ludzie mnie pamiętają. Od razu zaczyna się 1000 pytań do "Pękiego" [śmiech]. Dlaczego jest tak źle, co trzeba zmienić itd. I od razu dodają: gdybyś ty był w zespole, z twoim charakterem, to by było inaczej. W takim momencie człowiek ma takie uczucie, że chyba coś dla tej Lechii zrobił. To dla mnie budujące.

Cały czas nie ma pan prawa jazdy?

- Nie mam, dzięki temu utrzymuje formę. Samochód ułatwia życie, ale i rozleniwia. Komunikacja miejska mi wystarcza.

A co z karierą trenerską, nie chciałby pan kiedyś popracować z seniorami?

- Myślę o tym. Mam papiery uprawniające do prowadzenia zespołów do III ligi włącznie. Chcę robić kolejne kursy, na wyższą kategorię, fajnie byłoby kiedyś poprowadzić seniorów. Ale to też jest duże ryzyko. Bierzesz jakąś drużynę, rzucasz pracę i za chwilę klub cię zwalnia. Jako trener rezerw GKS Tychy zrobiłem awans do ligi okręgowej, ale potem zostałem potraktowany jak śmieć. Jak w twoim rodzinnym mieście robią z ciebie szmatę, to wszystkiego się odechciewa. Zraziłem się do GKS, zresztą Radek Gilewicz może coś o tym powiedzieć. Jednak, kiedy wracam na święta do Tychów, to zawsze zbieramy się starą dobrą ekipą. Bartek Karwan, Andrzej Szłapa, Wojtek Szala, Albin Wira, właśnie Radek Gilewicz. Bez względu na pogodę - czy śnieg, czy mróz, czy deszcz, spotykamy się i gramy. Jaka tam jest walka, jakie kłótnie. Ale o to chodzi! Na "wjazd" jest krata piwa i butelka wiśniówki, więc po meczu atmosfera też jest niczego sobie [śmiech] Jednak swoją przyszłość wiążę z Gdańskiem, tu jest moje nowe miejsce na ziemi.

TOP 7 PIŁKARZY, KTÓRZY PO ZAKOŃCZENIU KARIERY PRACOWALI W LECHII


Więcej o: