Łukasz Budziłek: W Lechii będzie normalniejsza rywalizacja niż w Legii

- Rywalizacji z Mateuszem Bąkiem zupełnie się nie boję i do swojej przyszłości w Gdańsku podchodzę bardzo optymistycznie. Wierzę, że zagram już w meczu z Wisłą Kraków. Trenerzy będą mieli przed tym spotkaniem ból głowy, bo szybko zamierzam pokazać, na co mnie stać - mówi nowy bramkarz Lechii Łukasz Budziłek.


Jego transfer z Legii Warszawa do Lechii odbył się błyskawicznie i dla samego zawodnika był sporym zaskoczeniem.

- Rzeczywiście nie spodziewałem się takiego obrotu sytuacji - przyznaje Budziłek. - W Legii zaproponowali mi 4-letni kontrakt, a już po pół roku uznali, że muszą zmienić strategię i potrzebują doświadczonego bramkarza. W tym momencie niespodziewanie pojawiła się koncepcja transferu do Lechii. Kiedy wyjeżdżałem z Legią na zgrupowanie do Hiszpanii, nie miałem pojęcia, że tak to się wszystko potoczy - mówi 23-letni bramkarz. Liczy on, że w nowym klubie będzie miał większe szanse na grę.

- Wydaje mi się, że w Lechii będzie normalniejsza rywalizacja niż w Legii. Wiadomo, że trener Berg konsekwentnie stawiał na Kuciaka, było to też widać po sparingach, gdzie wraz z Konradem Jałochą graliśmy zdecydowanie mniej - podkreśla Budziłek.

Ale w Lechii też nie będzie mu łatwo, bo o miejsce w składzie walczyć będzie z Mateuszem Bąkiem, który jest jednym z symboli klubu i ważną postacią nie tylko na boisku, ale i w szatni.

- Rywalizacji z Mateuszem zupełnie się nie boję i do swojej przyszłości w Gdańsku podchodzę bardzo optymistycznie. Wierzę, że zagram już w meczu z Wisłą Kraków [13 lutego, godz. 20.30, PGE Arena]. Jest jeszcze trochę czasu do tego spotkania, trenerzy będą mieli przed nim ból głowy, bo szybko zamierzam pokazać, na co mnie stać - odważnie zapowiada bramkarz Lechii.

Budziłek w nowych barwach zadebiutował w sparingowym meczu z Kaszubią Kościerzyna, wygranym przez Lechię 3:0. Grał w pierwszej połowie i nie miał zbyt wiele pracy. Za to przez cały czas dyrygował linią obronną, głośno pokrzykując i instruując dopiero co poznanych kolegów.

- To jest taki mój znak rozpoznawczy, trenerzy w poprzednich klubach też to doceniali, bo wydaje mi się, że to ułatwia współpracę między mną a obrońcami. Czasami krzyknę też coś w kierunku pomocników czy napastników. Myślę, że jest to moja zaleta - podkreśla Budziłek.

Donośny krzyk to niejedyny znak rozpoznawczy młodego bramkarza. Czasami lubi on też... pokiwać się we własnym polu karnym. Jak na przykład jeszcze w barwach GKS Katowice, podczas meczu z Arką Gdynia:



Próbkę podobnych umiejętności dał też w sparingu z Kaszubią.

- Jakiś mały zakosik rzeczywiście był [śmiech]. To nie jest jakiś mój styl, to wszystko wychodzi spontanicznie, w zależności od sytuacji na boisku. Przed meczem z nikim się nie zakładam, że zrobię jakiś numer, szarży w stylu Rene Higuity proszę się po mnie nie spodziewać. To od razu mogłoby się skończyć posadzeniem na ławce. Ale przed meczem z Kaszubią miałem wskazówki od trenera Brzęczka, żeby nie wybijać piłek na oślep, tylko starać się grać z obrońcami - tłumaczy Budziłek.

FUTBOLOWE JAJA, CZYLI NAJDZIWNIEJSZE GOLE LECHII. ZOBACZ, JAK TO WPADŁO