Sebastian Mila: Chciałbym mieć syna, który urodzi się w Gdańsku [DŁUGA ROZMOWA]

Sebastian Mila

Sebastian Mila (RENATA DĄBROWSKA)

- To nie jest tak, że pewnego dnia Mila sobie pomyślał: od teraz moim ulubionym klubem będzie Lechia. To siedzi gdzieś w środku, w momencie debiutu w biało-zielonych barwach poczułem jakieś ukłucie i czuję je do teraz. Potem grałem w wielu zespołach, z większości mam bardzo miłe wspomnienia, ale wszystko zaczęło się w Gdańsku i tak już zostanie na zawsze - mówi w rozmowie z trojmiasto.sport.pl kapitan Lechii Sebastian Mila.
Tomasz Osowski: W piątek, po 14 latach, znów zagra pan w barwach Lechii i jako kapitan zespołu wyprowadzi kolegów na pierwszy tegoroczny mecz z Wisłą Kraków. Jakie emocje panem targają?

Sebastian Mila: Z jednej strony ogromny stres i niepewność, z drugiej już nie mogę się doczekać momentu, kiedy wreszcie spełnią się moje marzenia i znów stanę w koszulce Lechii w tunelu prowadzącym na boisko. W pewnym sensie czuję się, jakby to był mój pierwszy mecz w karierze, jakbym przeniósł się w czasie o 14 lat wstecz i ponownie znalazł się na stadionie przy Traugutta, żeby zadebiutować przed kibicami Lechii. Wróciły te wszystkie emocje i wspomnienia, mam niesamowitą motywację, żeby zagrać dobry mecz. Oby tak się stało.

Wraca pan do Lechii w trudnym momencie, zespół zajmuje dopiero 13. miejsce w tabeli.

- Musimy cierpliwie zbierać punkty i małymi kroczkami piąć się w górę tabeli. Drużyna jest dopiero w budowie, dlatego musimy być ostrożni z jakimiś deklaracjami. Cel nr 1 to oddalić się od strefy spadkowej.

Czym jest dla pana Gdańsk?

- To miejsce, w którym dojrzałem jako człowiek, bardzo młody człowiek, nastolatek z Koszalina. Tu nauczyłem się samodzielności, bycia odpowiedzialnym za siebie, za rodzinę. Tu nauczyłem się życia po prostu. To tutaj się wszystko zaczęło i od tej pory ten Gdańsk towarzyszył mi już zawsze. Kiedy tylko miałem trochę wolnego czasu, zawsze tu wracałem, bo uwielbiałem spotykać się ze znajomymi, odwiedzać stare kąty. To było i jest moje miasto. Moja żona Ula, na początku jeszcze jako narzeczona, wiedziała, że jak tylko zbliża się mój urlop, to musi szykować się na wyjazd do Gdańska. Chciałem zarazić ją tym samym, czym ja się zaraziłem przez te kilka lat. Bo ja zwyczajnie zaraziłem się tym miastem! Podczas tych wizyt zawsze długo spacerowaliśmy nad morzem, Ula to uwielbiała.

Przygotowywał pan grunt pod to, co dzieje się obecnie?

- Dokładnie taka była moja intencja, bo ja doskonale wiedziałem, że kiedyś chciałbym tutaj wrócić. A to są naprawdę trudne wybory życiowe, Ula pochodzi z Warszawy, nasza sześcioletnia córka Michalinka urodziła się we Wrocławiu, długo tam mieszkaliśmy. To jest ważna decyzja, której nie mogłem podjąć samemu, ale ten fundament, który wówczas położyłem, spowodował, że teraz było mi łatwiej nie tyle przekonać żonę, co zaproponować jej takie rozwiązanie.

Jak to jest opuścić dom rodzinny w wieku 15 lat? Wahał się pan? Był pan praktycznie dzieckiem.

- Zdecydowanie byłem jeszcze wtedy dzieckiem. Miałem naprawdę ogromne wątpliwości, z drugiej strony wiedziałem, że to może być dla mnie przełomowy moment. Jako młody człowiek musiałem zdecydować się na bardzo poważny krok, chociaż wtedy nie do końca zdawałem sobie z tego sprawę. Nie rozumiałem jeszcze, co to znaczy grać zawodowo w futbol, dlatego decyzja była taka trudna. Ja jednak kochałem piłkę, sport, a tu akurat nadarzyła się taka okazja. No i podjąłem wyzwanie.

Ta ostateczna decyzja o wyjeździe była tylko i wyłącznie pana czy rodzice delikatnie wypchnęli pana do Gdańska?

- Rodzice na mnie nie naciskali, wszystko zależało ode mnie. Ja bardzo chciałem wyjechać, ale na miejscu zderzyłem się z rzeczywistością. Początki były ciężkie, wiele razy mówiłem im przez telefon, że chcę wracać do Koszalina, że nie dam rady, że nie potrafię się odnaleźć. Jednak rodzice cały czas podnosili mnie na duchu, powtarzali, żebym wytrzymał, że lada moment przyzwyczaję się do nowego życia.

Długo trwało to przyzwyczajanie?

- Po trzech czy czterech miesiącach tych moich lamentów, użalania się nad sobą tata w końcu powiedział mi przez telefon: "Dobra, to wracaj. Załatwimy wszystko, wrócisz do szkoły w Koszalinie. Będziesz z nami na miejscu i nie będzie żadnych problemów". Wtedy zapaliła mi się lampka. Kurde, no ale jak to wrócić?! Nie ma takiej możliwości, nie poddam się! To był taki przełomowy moment. Doszedłem do wniosku, że lamentowanie nie ma sensu, że trzeba się wziąć za siebie. Tak naprawdę właśnie wtedy postanowiłem, co zamierzam robić w przyszłości.

Co było najgorsze w tych pierwszych miesiącach?

- Samotność. W naszej rodzinie zawsze wzajemnie się wspieraliśmy, był na to położony ogromnie duży nacisk. Do dziś jest to priorytet, którego absolutnie się trzymamy i bardzo rygorystycznie pilnujemy. To samo zresztą staram się pielęgnować teraz z żoną i córką. Cokolwiek się dzieje, zawsze jesteśmy razem, zawsze jesteśmy ze sobą. To powoduje, że te więzi są bardzo mocne, i dlatego wówczas tak bardzo brakowało mi w Gdańsku najbliższych. Zdarzały się takie momenty, że każdy problem, który tu napotykałem, rósł z czasem do niewyobrażalnych rozmiarów, a w Koszalinie byłby rozwiązany natychmiast, niemal na pstryknięcie palców. Poprosiłbym o coś mamę czy tatę i sprawa byłaby załatwione. Tu ze wszystkim musiałem sobie radzić sam. Sam wyprać - bo jak włożę coś brudnego, to będą się śmiali. Sam pomachać żelazkiem - bo jak koszula będzie wygnieciona, to się będą śmiali. W Koszalinie po prostu otwierałem szafę i brałem, co chciałem. Ja wiem, że to nie są jakieś trudne czynności, ale jak się ma 15, 16 lat, takie rzeczy mogą doskwierać.

Do Lechii ściągnął pana trener Michał Globisz, niezwykle ważna postać w pana życiu.

- Można powiedzieć, że w Gdańsku zastępował mi tatę. Pamiętam, jak kiedyś musiałem się skądś szybko wyprowadzić i był kłopot z nowym lokum. Trener Globisz od razu powiedział moim rodzicom, że nie ma żadnego problemu. Do momentu kiedy coś się znajdzie, mogę mieszkać u niego, czy to będzie tydzień, czy parę miesięcy. Cudowna osoba. To on wypatrzył mnie w Koszalinie. Gdyby nie trener Globisz, dziś nie spełniałbym swoich marzeń. On na mnie postawił, uwierzył we mnie, dbał o mnie, traktował jak swoją bardzo bliską osobę. To było coś niesamowitego. Ale nie tylko mnie dawał takie wsparcie, innych traktował podobnie, on po prostu jest takim człowiekiem.

Był kiedyś na pana naprawdę wściekły?

- Pewnie, mnóstwo razy! Na dodatek zawsze miał rację. Kiedyś była zmiana czasu, przez co spóźniłem się na pociąg do Gdańska, a mieliśmy jechać z zespołem na mecz. Dzwonię i mówię: "Trenerze, ciężka sytuacja, ostatni pociąg mi uciekł, nie dam rady, nie zdążę". Odpowiedział: "To jest twoja sprawa, mnie to nie interesuje, masz być na meczu i już". No i zorganizowaliśmy z siostrą na szybko jakiś transport i zdążyłem. Oj, nie miał wtedy ze mną i niektórymi kolegami łatwo, sprawialiśmy dużo problemów.

Imprezowaliście?

- O tym nie było mowy, naprawdę nie w głowie nam były balangi. Pod tym względem byliśmy naprawdę grzecznymi chłopcami, tylko trochę... roztrzepanymi. To była taka młodzieńcza beztroska, rozkojarzenie, mieliśmy za dużo swobody. Być może trener Globisz traktował nas za dobrze, przez co my pozwalaliśmy sobie na więcej.

Ale jak już się zdarzało gdzieś wyskoczyć, bo nawet najgrzeczniejszy nastolatek musi od czasu do czasu się rozerwać, to gdzie chodziliście?

- Kiedyś był w Oliwie taki klub Olimp, on jeszcze istnieje?

Prawdę mówiąc, nie wiem, jakiś czas temu wypadłem z obiegu.

- No właśnie, lata lecą wszystkim [śmiech]. To były śmieszne czasy, wtedy to nie były takie imprezy w dzisiejszym rozumieniu. Po pierwsze - nie było pieniędzy, żeby pozwolić sobie na jakieś ekstrawagancje. Po drugie - dla nas najważniejsza była piłka, sami na siebie nakładaliśmy wielką presję. Ostre imprezy absolutnie nie wchodziły w grę. Pójść w tango dzień przed treningiem albo meczem? Broń Boże! Mieszkałem wówczas z kolegą z zespołu Karolem Piątkiem [były kapitan Lechii], to były świetne czasy, ale z ręką na sercu mogę powiedzieć, że pod tym względem nigdy nie przegięliśmy. To były raczej takie niewinne wyjścia, troszkę potańczyć, z kimś tam pogadać, najlepiej z dziewczyną. Na chwilę oderwać się od życia codziennego, ale absolutnie bez szaleństw.

A jak to było z nauką? Podobno najwięcej problemów miał pan z historią?

- Rzeczywiście, tego przedmiotu uczyła nas pani Braszka, postrach szkoły. Kiedyś moi rodzice przyjechali na wywiadówkę, a pani Braszka powiedziała do mojej mamy: "Niech pani go stąd zabierze, bo on się tu nie nadaje. Ci chłopacy mają na niego zły wpływ, on jest za dobry i nie da sobie tu rady. A u mnie to nie ma już w ogóle żadnych szans". No i musiałem się wziąć do roboty. Pani Braszka bardzo lubiła, jak ktoś robi postępy, mogły być niewielkie, byle były. Ona wtedy widziała efekty swojej pracy. Generalnie nie byłem jakimś superuczniem, ale z nauką nie miałem wielkich problemów. Kłopoty, które czasami się pojawiały, wynikały z braku czasu. Dużo trenowaliśmy, często były wyjazdy, a po powrocie człowiek był tak zmęczony, że nie miał już sił na naukę. Brakowało motywacji.

Ale maturę zdał pan bez problemów.

- Po jakimś czasie przeszedłem na indywidualny tok nauczania i było mi łatwiej. Na maturze oprócz polskiego miałem geografię, matematykę i angielski. Chcieliśmy zdawać z rosyjskiego, bo bardzo lubiliśmy panią od rosyjskiego, wicedyrektor Adamowską, ale ona powtarzała: "Nie, nie, nie, do mnie się nie pchajcie, bo u mnie nie zdacie. Nie macie szans". No to odpuściliśmy.

W Gdańsku mieszkał pan w kilku miejscach.

- Trochę się tego zebrało, pewnie wielu rodowitych gdańszczan nie zaliczyło tylu przeprowadzek. Najpierw mieszkałem w hotelu OPO na AWFiS, potem w takich barakach robotniczych w Brzeźnie, następnie była bursa na Kartuskiej. A później jeszcze dwa wynajęte mieszkania - na Zakosach i na Grunwaldzkiej. Świetne wspomnienia, wspaniały młodzieńczy czas.

Pana koledzy, trenerzy podkreślają, że Sebastian Mila to nie był jakiś supertalent. Pan też zdawał sobie z tego sprawę?

- Tak, dlatego musiałem pracować więcej niż inni. Trenowałem tę swoją lewą nogę do upadłego. Ci bardziej utalentowani byli w tamtych czasach daleko przede mną. Pamiętam z Lechii takich chłopaków, że wówczas mógłbym tylko pomarzyć, żeby grać tak jak oni. Niestety, większość po drodze gdzieś się zagubiła.

Jest pan przykładem często powtarzanej tezy, że w sporcie praca jest ważniejsza niż talent?

- Nie do końca, bo ja byłem utalentowany, ale nie tak bardzo jak inni. Na dodatek późno dojrzewałem i to też mogło mieć wpływ, że nie wystrzeliłem od razu. Najważniejsza jest jednak ambicja. Dla mnie, chłopaka z Koszalina, wyjazd do Gdańska to była ogromna szansa. A ja zawsze powtarzam, że każda twoja szansa jest pierwsza, ale zarazem ostatnia. Tak właśnie to traktowałem - albo wrócę do Koszalina, albo jednak coś ze mnie będzie. Inni być może nie musieli stawać przed takimi wyborami i w pewnym momencie czegoś im zabrakło.

W seniorskim zespole Lechii zadebiutował pan w wieku niespełna 18 lat. W marcu 2000 r. w spotkaniu ze Świtem Nowy Dwór Mazowiecki. Jak pan to przeżywał? Nieprzespana noc?

- Ojej, jakie to były emocje! Do kadry na mecz ze Świtem załapał się też mój kolega z zespołu juniorów Piotrek Zagórski. Dzień przed spotkaniem zadzwonił do mnie o wpół do drugiej w nocy. Zaskoczony odbieram telefon, a po drugiej stronie słyszę: "Ty też nie śpisz?". Oczywiście nie spałem. Do dzisiaj mamy z tego ubaw.

To był dla pana udany mecz. Grał pan na lewym skrzydłem, tuż przy trybunie głównej, ale "loża szyderców" szybko pana zaakceptowała.

- Ja z kibicami w Gdańsku nigdy nie miałem kłopotu. Zawsze mnie wspierali, zawsze traktowali jak swojego i chociaż nie jestem wychowankiem klubu, oni tak właśnie mnie odbierali. Wiadomo, że nim nie jestem, ale dzięki kibicom czuję się jak wychowanek Lechii. To oni zaszczepili we mnie miłość do tego klubu, sprawili, że przez te wszystkie lata cały czas mu kibicowałem i że teraz tak bardzo chciałem tu wrócić. To nie wzięło się z niczego. To nie jest tak, że pewnego dnia Mila sobie pomyślał: od teraz moim ulubionym klubem będzie Lechia. To siedzi gdzieś w środku, to wtedy poczułem jakieś ukłucie i czuję je do teraz. Potem grałem w wielu zespołach, z większości mam bardzo miłe wspomnienia, ale wszystko zaczęło się w Gdańsku i tak już zostanie na zawsze.

Już w drugim meczu, z RKS Radomsko, zdobył pan swoją pierwszą bramkę dla Lechii, i to niezwykłej urody.

- Maciek Lewna dorzucił piłkę ze skrzydła, a ja strzeliłem nożycami. Mam tę bramkę nagraną na kasecie VHS, ale nie mam jej jak zobaczyć, muszę najpierw przerobić na DVD. Z tym meczem wiąże się jeszcze jedna niesamowita historia. Drugą bramkę dla Lechii [spotkanie zakończyło się zwycięstwem biało-zielonych 2:0] zdobył wówczas Daniel Weber, dziś mój menedżer, który bardzo przyczynił się do transferu ze Śląska. Podczas naszej współpracy wielokrotnie powtarzał mi, że stanie na głowie, żebym kiedyś wrócił do Lechii, bo tam, gdzie razem zaczynaliśmy, ja muszę skończyć karierę. No i doprowadził do tego. Marzenia się spełniają, wróciłem do domu.

Jak kilkanaście lat temu wyglądało wejście juniora do szatni seniorskiego zespołu? Była fala, kocenie?

- Przede wszystkim trzeba było uważać, żeby nie usiąść na miejscu kogoś starszego, to była duża "podpadka". Generalnie na początku w szatni w ogóle się nie odzywaliśmy. Dopiero jak pokażesz na boisku, co potrafisz, starszyzna sama do ciebie zagaduje i wtedy łapiesz te pierwsze relacje. My z Karolem - bo razem wchodziliśmy do zespołu - staraliśmy się "odzywać" właśnie poprzez swoją grę. Ale czarną robotę oczywiście odwalaliśmy, jak starsi coś od nas chcieli, to musieliśmy to wykonać.

Miał pan chrzest?

- Chrzest nie, ale wkupne jak najbardziej. Jaki ja byłem szczęśliwy, jak dostałem pierwszą premię meczową - to było 400-500 zł, w dzisiejszych czasach jakieś 1,5 tys. zł. Wszystko ekstra, ale zanim poczułem te pieniądze na ręku, zanim się nimi nacieszyłem, już ich nie miałem. Trzeba było zaprosić całą drużynę na wspólne wyjście. Ale oczywiście nie żałowałem.

Nie pograł pan długo w seniorach Lechii, bo klub chylił się ku upadkowi.

- Gdyby do tego nie doszło, na pewno bym został, nie chciałem odchodzić. Przywiązałem się do Gdańska, zapuściłem korzenie. Ale to już było dogorywanie, nie było na nic pieniędzy. Na wyjazdy wyruszaliśmy w dniu meczu rano jakimś rozklekotanym busem. Cieszyłem się jedynie, że za pieniądze z mojego transferu klub pokryje jakieś najważniejsze wydatki.

Po krótkim epizodzie w Orlenie Płock trafił pan do Groclinu Grodzisk Wielkopolski.

- Tylko i wyłącznie dzięki trenerowi Bogusławowi Kaczmarkowi. To on tam wszystkich przekonywał, żeby mnie kupić, ręczył głową, bo za bardzo nikt mnie tam nie chciał. Poza tym poświęcał mi bardzo dużo czasu, trenował indywidualnie, wiele mu zawdzięczam.

Właśnie wówczas o Mili po raz pierwszy usłyszała cała piłkarska Polska. Prowincjonalny Groclin wyeliminował w Pucharze UEFA wielki Manchester City, a pan strzelił w wyjazdowym meczu przepiękną bramkę, która w rezultacie dała wam awans.

- Najpierw pokonaliśmy jeszcze Herthę Berlin, mieliśmy wtedy naprawdę fajny zespół. Mogliśmy wtedy wojować w Europie, no, ale nie z Manchesterem City. Trzeba znać umiar, nikt nie wierzył, że możemy ich przejść. Pierwsze rozczarowanie przyszło przed meczem. Jak schodziliśmy z rozgrzewki, jakieś 10-15 minut przed rozpoczęciem spotkania, na trybunach było może z 5 tys. ludzi. Machnąłem ręką, czar prysł. Nikogo nie interesuje mecz z jakimś Groclinem. Jednak za chwilę wychodzimy na boisko, a stadion wypełniony po brzegi. Myślę sobie: "Co jest?! Z dachu ich spuścili na trybuny czy co?".

Tamten słynny rzut wolny miał wykonywać pana starszy kolega z zespołu, 32-letni wówczas Tomasz Wieszczycki.

- Często razem trenowaliśmy rzuty wolne, a piłka ustawiona była w miejscu, z którego łatwiej było strzelić prawą nogą. Odsunąłem się więc, ale kiedy gospodarze ustawiali mur, "Wieszczu" podszedł do mnie i powiedział: "Słuchaj, jak ja to strzelę, to nic wielkiego się nie stanie, dla mnie to już bez znaczenia. Ale jeśli ty zdobędziesz bramkę, to zobaczysz, co się wydarzy z twoją karierą". Naprawdę powiedział mi to w trakcie meczu, jak gdyby nigdy nic, jak tak sobie staliśmy przy piłce na stadionie w Manchesterze. Niewiarygodne! Jak się dziś spotykamy, to zawsze go pytam: "Skąd ty to wiedziałeś?". I mogę tylko powiedzieć: stary, dzięki!

Gol z Manchesterem City, w międzyczasie debiut w reprezentacji Polski. Miał pan zaledwie 21 lat, a świat stał otworem. Wszystko zawaliło się po wyjeździe do Austrii Wiedeń. Dlaczego nie udało się panu zrobić kariery za granicą?

- Nie ma się nad czym rozwodzić, ja to zawsze tłumaczę bardzo krótko: po pierwsze - byłem nieprzygotowany mentalnie, po drugie - byłem nieprzygotowany na ostrą rywalizację o miejsce w składzie, po trzecie - kulejący język. Nauka niemieckiego szła mi bardzo powoli, również ze względu na to, że w zespole byli dwaj inni Polacy: Radek Gilewicz i Krzysiek Ratajczyk, którzy pomagali mi w wielu sytuacjach, a Radek traktował wręcz jak własnego syna. Pretensje mogę mieć tylko do siebie.

To w czasach, gry w Austrii udzielił pan wywiadu, że zastanawia się nad zakończeniem kariery.

- Wiele głupot w życiu zrobiłem, proszę mi wierzyć na słowo, i ta wypowiedź była jedną z nich. Inaczej tego nazwać nie można. Zawsze mówiłem dużo i szczerze i czasami za to płaciłem.

Potem był jeszcze roczny, również nieudany epizod w Norwegii i powrót do Polski w wieku 26 lat. Do słabego ŁKS Łódź. Wielu wówczas skreśliło Milę. A pan cały czas wierzył w siebie?

- To nie był dla mnie łatwy moment. Czy wierzyłem? Cały czas powtarzałem sobie, że jak czegoś bardzo chcesz, to możesz to zrobić. Wybrałem ŁKS, bo oni mnie tam bardzo chcieli, wierzyli we mnie. Udało nam się w bardzo trudnej sytuacji utrzymać w lidze, to był cud. A ja wróciłem do świata żywych.

I wylądował pan w Śląsku, gdzie spędził sześć i pół roku pełne sukcesów. Odejście było trudne, co było widać podczas pożegnalnej konferencji, z której uciekł pan ze łzami w oczach.

- Zawsze będę miał do tego klubu ogromny sentyment. Na pożegnanie chciałem tak dużo powiedzieć, miałem przygotowane przemówienie, naprawdę nie spodziewałem się, że dopadnie mnie takie wzruszenie. Miałem podziękować wielu osobom, ale niestety nie dałem rady. Mam nadzieję, że oni wszyscy wiedzą, co chciałem powiedzieć.

Jeszcze kilka tygodni temu były trzy opcje, gdzie zamieszkacie po zakończeniu przez pana kariery: Warszawa, Wrocław, Gdańsk. Teraz już chyba nie ma wątpliwości?

- Żonie w Gdańsku się podoba i wygląda na to, że tu zostaniemy. Ja na pewno chcę osiąść tu na stałe i mam nadzieję, że tak się stanie. Na szczęście Uli aż tak bardzo nie ciągnie do Warszawy, myślę, że zostanie gdańszczanką.

Żona zajmuje się domem, żeby mąż mógł grać w piłkę?

- Ula w 100 proc. poświęciła się mojej karierze. Zajmuje się wszystkimi rzeczami, którymi ja nie mam czasu się zająć. Przede wszystkim zajmuje się córką, której ja niestety nie mogę poświęcić tyle czasu, ile bym chciał. Żona ma naprawdę kupę rzeczy do ogarnięcia, np. pilnuje mojej diety, musi dobierać odpowiednie składniki, ważyć jedzenie, a to naprawdę zajmuje strasznie dużo czasu. Widzę, że nie jest jej łatwo, ale poświęciła całe swoje życie dla mnie, żebym ja mógł spełniać swoje marzenia. To dla mnie fantastyczna sprawa. Obiecałem jej, że jak skończę grać w piłkę, nastąpi odwrócenie ról i ona będzie mogła się realizować.

A pan czym zajmuje się w domu?

- Oczywiście jak mam wolny dzień, to pomagam w domowych obowiązkach, odkurzę, posprzątam. Ale szczerze mówiąc, to ja jestem takim zawodnikiem, który potrzebuje bardzo dużo odpoczynku. Nawet cały plan tygodniowy układamy pod dzień meczowy. Bo na przykład w dniu spotkania po obiedzie zawsze muszę się przespać i dokładnie to samo robię w domu.

A jaki jest tata Sebastian?

- Na pewno niekonsekwentny, z braku czasu ratuje się prostymi zagrywkami, co Michalinka czasami wykorzystuje.

Po prostu rozpieszcza pan córkę. Żona ma czasami pretensje?

- Ma. Ale przede wszystkim chce, żebym poświęcał córce jak najwięcej czasu, najlepiej każdą wolną chwilę. Staram się, jak tylko mogę. Michalinka ostatnio już maluje obrazki taty z nr. 6 na koszulce [z takim numerem Mila grać będzie w Lechii]. Na razie jest to taka obrócona "6", ale jest! Na początku, jak malowała mnie w koszulce Lechii, to wpisywała "11" [z takim numerem Mila grał w Śląsku]. Teraz już wie, że tata ma nowy klub, ale i nowy numer. Zresztą wzięty na jej cześć, gdyż Michalinka w tym roku kończy sześć lat. Ona wie, że to ma tacie przynieść szczęście.

Córeczce podoba się w Gdańsku?

- Najbardziej bałem się właśnie o nią. Wrocław to było jej miasto, jak zbliżaliśmy się do stadionu i widziała na ścianach graffiti ku czci Śląska, to już wiedziała, że "tata gra mecz", "piłka", "tata na trening", "trener nie pozwala". Wszystko kojarzyła. Kiedy musiałem jej wytłumaczyć, że teraz będę grał w nowym klubie, pokazałem jej frotkę z herbem Lechii [Mila zakładał ją na rękę na każdy mecz]. Ona tak patrzy i patrzy i mówi: "Ale to jest to samo". Ja mówię: "Nie kochanie, to nie to samo". A ona na to: "No zobacz, tam było zielone i tu jest zielone". No i ma dużo racji [śmiech]. Jak niedawno jechaliśmy przez miasto, pokazałem jej graffiti podobne jak to we Wrocławiu. I ona na to: "Już mi się w Gdańsku podoba!". Więc na razie jest dobrze. Już zapowiedziała, że koniecznie chce obejrzeć z trybun pierwszy mecz z Wisłą Kraków [13 lutego], chociaż do tej pory tak późno na stadion nie chodziła [spotkanie rozpocznie się o godz. 20.30]. I już mnie męczy o koszulkę Lechii, bo jeszcze nie ma. Niesamowite, że tak mała dziewczynka tak bardzo zaangażowała się w moją karierę.

Rozumie, że tata czasami jest smutny?

- Jak tłumaczę, że to dlatego, że tata przegrał mecz, ona od razu dopytuje: "I co, trener krzyczał?". Jak byłem na diecie i pod nieobecność żony chciałem w tajemnicy zjeść jakąś czekoladkę, Michalinka od razu mówiła: "Ale tato, trener nie pozwala!". I natychmiast wołała mamę. Nie pomagało tłumaczenie, że to miała być nasza słodka tajemnica.

To teraz już dwie kobiety dbają o pana karierę?

- Bardzo się cieszę, że ona będzie pamiętała to moje przejście do Lechii, że rozumie, co się tak naprawdę dzieje. Zależało mi na tym, żeby Ula, Michalina, także moi rodzice poczuli to, co ja czuję. I zrozumieli, jak ważne są w sporcie lojalność, przywiązanie, przynależność.

Znaleźliście już dla córeczki szkołę?

- We Wrocławiu chodziła do szkoły amerykańskiej, chcemy, żeby dalej szlifowała język angielski, i tu też ją do takiej poślemy.

A gdzie zamieszka cała rodzina?

- Jeszcze się rozglądamy, szukamy odpowiedniego mieszkania. Ula musi poznać trochę miasto, ciągi komunikacyjne, drogi dojazdowe. Wówczas coś wybierzemy.

Czy Sebastian Mila ma jakąś cechę, o której nie wiedzą kibice? Swoją ciemną stronę?

- Tym, którzy mnie nie znają, czasami może się wydawać, że Mili wszystko i zawsze pasuje, ale tak nie jest. Często się o różne rzeczy wykłócam, mam swoje zdanie i potrafię o nie zawalczyć wbrew wszystkim. Jeśli uważam, że mam w czymś rację, to tak robię, a jeśli tak robię, to dlatego, że mam do tego przekonanie. Nie zawsze jest to łatwe do zaakceptowania przez innych, wielokrotnie spotkałem się przez to z zarzutem gwiazdorstwa, byłem odbierany jako osoba, której odbiło. Ale to nigdy mnie nie zraziło i nie zrazi. Bo pewne przekonania, jakie mam, będą mi towarzyszyć cały czas, bez względu na to, co będę robić w życiu.

Jakie jest w tej chwili pana największe marzenie życiowe i sportowe?

- Życiowe? Chciałbym mieć syna, który się urodzi w Gdańsku. Michalina z Wrocławia i synek z Gdańska. Ale jak znam życie, będę miał drugą córkę.

O czymś nie wiemy?

- Nie, nie, nic z tych rzeczy. Kiedyś tak sobie rozmawialiśmy z Ulą, że jak zamieszkamy w Gdańsku, to fajnie, jakby się nam tu urodziło dziecko. To moje wielkie marzenie. A jakie jest to sportowe, głośno nigdy nie powiem, bo wszyscy wiedzą, co chcę osiągnąć z Lechią. Wiem, że będzie to trudne do zrealizowania, ale mnie to zupełnie nie przeraża.

Sebastian Mila

Urodzony w 1982 r. Pochodzi z Koszalina, wychowanek tamtejszego Bałtyku. W wieku 15 lat przeniósł się do Gdańska, gdzie najpierw grał w zespole juniorów, a potem w seniorskiej drużynie biało-zielonych. Odszedł w 2001 r., kiedy nastąpił upadek klubu (jego odbudowa nastąpiła od VI ligi). Potem występował w Orlenie Płock, Groclinie Grodzisk Wlkp., Austrii Wiedeń, Valerendze Oslo, ŁKS Łódź, a ostatnio w Śląsku Wrocław. Teraz wrócił do Gdańska i podpisał z Lechią trzyipółletni kontrakt. W reprezentacji Polski rozegrał do tej pory 34 mecze i zdobył osiem goli - dwa ostatnie w niedawnych meczach eliminacji do mistrzostw Europy z Niemcami oraz Gruzją.

WAWRZYNIAK, WOJTKOWIAK I MILA NIE SĄ PIERWSI. REPREZENTANCI POLSKI W LECHII


Skomentuj:
Sebastian Mila: Chciałbym mieć syna, który urodzi się w Gdańsku [DŁUGA ROZMOWA]
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

LOTTO Ekstraklasa 2018/19

lp. Drużyna M Pkt Br. Zw. R Por.
1 Legia Warszawa 0 0 0-0 0 0 0
2 Jagiellonia Białystok 0 0 0-0 0 0 0
3 Lech Poznań 0 0 0-0 0 0 0
4 Górnik Zabrze 0 0 0-0 0 0 0
5 Wisła Płock 0 0 0-0 0 0 0
6 Wisła Kraków 0 0 0-0 0 0 0
7 Zagłębie Lubin 0 0 0-0 0 0 0
8 Korona Kielce 0 0 0-0 0 0 0
9 Cracovia Kraków 0 0 0-0 0 0 0
10 Śląsk Wrocław 0 0 0-0 0 0 0
11 Pogoń Szczecin 0 0 0-0 0 0 0
12 Arka Gdynia 0 0 0-0 0 0 0
13 Lechia Gdańsk 0 0 0-0 0 0 0
14 Piast Gliwice 0 0 0-0 0 0 0
15 Miedź Legnica 0 0 0-0 0 0 0
16 Zagłębie Sosnowiec 0 0 0-0 0 0 0

  • Grupa mistrzowska
  • Grupa spadkowa