"Dawać nam ten Juventus!" Lech Kulwicki o najsłynniejszych meczach Lechii w historii [ROZMOWA]

29 lipca na PGE Arenie dojdzie do Supermeczu, w którym Lechia zmierzy się z Juventusem Turyn. Mecz uświetni przypadające w tym roku obchody 70-lecia gdańskiego klubu, a zestawienie jest nieprzypadkowe. Oba zespoły spotkały się bowiem w 1983 roku w I rundzie Pucharu Zdobywców Pucharów. To do dziś jedyny występ Lechii w europejskich pucharach, a rywalizacja z "Juve" przeszła do legendy. Opowiada nam o niej ówczesny kapitan biało-zielonych Lech Kulwicki.
Tomasz Osowski: W jakich okolicznościach dowiedzieliście się, że zagracie ze słynnym Juventusem?

Lech Kulwicki: Byliśmy na posezonowym zgrupowaniu regeneracyjnym na Węgrzech, nad jeziorem Balaton [kilka tygodni wcześniej Lechia wywalczyła Puchar Polski, a także awansowała z III do II ligi]. W tamtych czasach nie było takich możliwości jak dzisiaj. Teraz każde wydarzenie, także losowanie europejskich pucharów, transmitowane jest na żywo, ale my o wszystkim dowiedzieliśmy się kilka godzin po fakcie. Nasz trener Jurek Jastrzębowski dowiedział się, na kogo trafiliśmy, w trakcie dnia z jakichś wiadomości radiowych, ale informację przekazał nam dopiero przy kolacji. Wcześniej zrobiliśmy wśród zawodników totka i tylko nieżyjący już Andrzej Salach postawił na Juventus.

Wśród potencjalnych rywali oprócz zespołu z Turynu były m.in. Barcelona, Manchester United, Paris Saint-Germain. Pan kogo typował?

- Nie pamiętam, ale chciałem kogoś mocnego, bo zdawałem sobie sprawę, że każdy przeciwnik będzie dla nas niezwykle trudny do przejścia. Dlatego skoro już spadać, to z wysokiego konia.

Wy trafiliście na tego najwyższego. Kto wie, czy Juventus nie był wówczas najsilniejszą drużyną globu. Pięciu włoskich mistrzów świata, do tego Michel Platini oraz Zbigniew Boniek. Potęga! A wy jeszcze przed chwilą graliście w III lidze.

- Na początku szczęki nam opadły, ale już po chwili - kiedy rozejrzałem się po chłopakach - wiedziałem, że trenerowi odpadnie jeden przedmeczowy obowiązek: mobilizacja. Wszyscy zdawali sobie sprawę, jakie wielkie wyzwanie nas czeka, nie mogliśmy trafić na mocniejszego rywala.

Nie przestraszyliście się, że to może się skończyć kompromitacją i dwoma pogromami?

- Ta drużyna miała niesamowity charakter. W większości składała się z bardzo młodych zawodników, było kilku nastolatków. Oni czuli się mocni, niosła ich ułańska fantazja. Jeden z najmłodszych, 18-letni wówczas Jacek Grembocki, od razu zaczął krzyczeć: "Juventus? Super! Dawać nam ich, pokażemy, na co nas stać". To była świetna, zgrana drużyna, nie było żadnego podziału na starych i młodych. Na treningach leciały iskry, ale poza boiskiem byliśmy kumplami. Z taką ekipą niestraszny był nam nawet Juventus. Docenialiśmy ich klasę, wiedzieliśmy, że to jeden z najlepszych zespołów na świecie, ale na pewno się ich nie baliśmy.

Aby jak najlepiej przygotować się do tego dwumeczu, wybraliście się na kilkunastodniowy rekonesans do Włoch.

- Wyjazd organizował menedżer polskiego pochodzenie Johnny River. Trochę pozwiedzaliśmy, trochę potrenowaliśmy, zagraliśmy kilka sparingów, no i przede wszystkim odbyliśmy audiencję u Ojca Świętego Jana Pawła II.

Do tego zaraz wrócimy. Mieliście okazję zobaczyć na żywo Juventus.

- Chyba obejrzeliśmy jakąś ich gierkę treningową czy sparing, ale niewiele z tego pamiętam. Bardziej utkwiły mi w pamięci ligowe mecze Juventusu, które oglądaliśmy na kasetach wideo załatwionych przez Rivera. Spotkania te kończyły się bardzo wysokimi wynikami - 6:0 czy 7:1 dla turyńczyków. To pokazuje, że nasza późniejsza porażka 0:7 nie była jakimś wielkim wydarzeniem, oni potrafili tak wysoko wygrywać nawet w lidze włoskiej.

Wspomniana audiencja u Jana Pawła II była dla was wielkim przeżyciem.

- Ogromnym. Dzień wcześniej do naszego hotelu przyjechał polski ksiądz Przydatek z informacją, że przed audiencją odbędzie się także msza święta, w której możemy wziąć udział, a kto chce, może się u niego wyspowiadać. Jeden z działaczy PZPR, który był z nami we Włoszech, próbował protestować, mówił, że nie było mowy o żadnej mszy, a tym bardziej spowiedzi. My jednak bardzo chcieliśmy wziąć udział w nabożeństwie i nawet nie podjęliśmy z nim dyskusji. Za konfesjonał posłużył... mój pokój, w którym mieszkałem z Ryśkiem Polakiem. Każdy po kolei wchodził do środka, ksiądz siedział na jednym łóżku, my siadaliśmy na drugim. Wyspowiadał całą drużynę i nazajutrz mogliśmy podczas mszy przystąpić do komunii świętej.

Jak przebiegała wizyta w Castel Gandolfo?

- Po mszy poszliśmy na audiencję. Papież z każdym z nas się przywitał, zamienił kilka słów, a także wręczył złote różańce. Jak do nas podchodził, to aż ciarki przeszły mi po plecach, byliśmy bardzo przejęci. My zrewanżowaliśmy się piłką z autografami wszystkich członków zespołu oraz bodajże klubowym proporczykiem. Na koniec spotkania Jan Paweł II wypowiedział zdanie, którego nigdy nie zapomnę: "Życzę wam zwycięstwa z Juventusem, ale proszę nie mówcie tego głośno, bo jak się Włosi dowiedzą, to mnie wyrzucą z Watykanu".

Mieliście także okazję potrenować na ówczesnym obiekcie Juventusu, słynnym Stadio Comunale.

- River zorganizował taką pokazówkę dla włoskich dziennikarzy. Wyszliśmy na murawę i w rytm muzyki ćwiczyliśmy aerobik, a wszystko prowadziła czarnoskóra Włoszka. Było trochę śmiechu, bo to była dla nas kompletna nowość. W Polsce aerobik nie był jeszcze popularny. Muszę przyznać, że wzbudzaliśmy duże zainteresowanie włoskich mediów, ciekawiła ich historia III-ligowca, który zdobył Puchar Polski i zmierzy się ze słynnym Juventusem. Były o nas duże artykuły w największych włoskich dziennikach sportowych, a jeden z dziennikarzy pofatygował się nawet do Starogardu Gdańskiego, gdzie mieliśmy naszą stałą bazę przedmeczową, aby dowiedzieć się więcej o zespole i o każdym z nas.

Na pierwszy mecz do Turynu poleciało was zaledwie 14 zawodników, na dodatek nie mieliście rezerwowego bramkarza.

- Takie to były czasy. W ogóle mieliśmy wąską kadrę, a jeszcze dwóch czy trzech zawodników nie otrzymało paszportów. Jednym z nich był rezerwowy bramkarz Marek Woźniak, który akurat odbywał służbę wojskową i nie dostał pozwolenia na zagraniczny wyjazd. Dlatego do protokołu meczowego wpisany został kierownik zespołu Ferdynand Wierzba, w przeszłości świetny bramkarz. Jakby była taka konieczność, na pewno by sobie poradził.

Spotkanie wywołało w Turynie wielkie zainteresowanie, na trybunach pojawiło się ok. 50 tys. kibiców.

- Sam byłem zaskoczony, że tak dużo ludzi przyszło na mecz z mało znaną drużyną z Polski. Muszę przyznać, że jak wyszliśmy z tunelu na boisko, jak zobaczyłem ten tłum ludzi, który rozpalił tysiące czerwonych rac, to poczułem się jak w piekle. Nigdy wcześniej ani nigdy potem czegoś takiego nie przeżyłem.

Przegraliście 0:7, ale wstydu na pewno nie przynieśliście. Większość obserwatorów uznała, że nie zasłużyliście na tak wysoką porażkę.

- Nie mieliśmy do siebie żadnych pretensji, bo zagraliśmy swoją piłkę. Staraliśmy się grać jak równy z równym, pokazaliśmy ofensywny, odważny futbol. Oczywiście mogliśmy stanąć całym zespołem pod swoim polem karnym i wybijać piłkę w trybuny, wówczas pewnie ta porażka byłaby niższa. Jednak to nie leżało w naturze tej drużyny. Jeszcze przy stanie 0:0 świetną sytuację do zdobycia bramki miał Jurek Kruszczyński, mieliśmy też inne okazje. Na dodatek pierwszą bramkę straciliśmy bardzo pechowo, bo Tadek Fajfer po dośrodkowaniu złapał piłkę, ale lądując na ziemi, wpadł na Andrzeja Salacha i ją wypuścił. Wykorzystał to Platini i zdobył pierwszego gola. Potem worek z bramkami się rozwiązał...

Za postawę w tym spotkaniu chwalili was nawet trenerzy i piłkarze Juventusu.

- Po meczu do naszej szatni przyszedł Zbyszek Boniek, który razem z nami wziął prysznic. Powiedział nam wówczas następujące słowa: "Głowa do góry, graliście naprawdę dobrze i nie zasłużyliście na tak wysoką porażkę. Musicie sobie jednak zdać sprawę, z kim graliście, nie jesteście pierwszym zespołem ani pewnie ostatnim, któremu strzeliliśmy siedem goli" [te słowa potwierdziły się już kilka dni później, Juventus w 1. kolejce rozgrywek Serie A rozgromił Ascoli... 7:0]. Bardzo podniosło nas też na duchu przywitanie na lotnisku w Gdańsku. Było bardzo dużo kibiców - większość z kwiatami - którzy dziękowali nam za dzielną postawę.

Rewanż w Gdańsku obrósł legendą. 40 tys. widzów na stadionie, wśród nich Lech Wałęsa, solidarnościowo-rewolucyjna atmosfera na trybunach i wasza kapitalna gra.

- To było coś niesamowitego. Na trybunach i wokół nich - ludzie byli dosłownie wszędzie, siedzieli nawet na drzewach - rzeczywiście mogło być ok. 40 tys. kibiców, choć pojemność stadionu wynosiła jakieś 25-30 tys. Gdybyśmy mieli większy obiekt, na meczu byłoby 70 albo 80 tys., tak wielkie było zainteresowanie. No i na dodatek ta specyficzna atmosfera, o tym, że na meczu jest Lech Wałęsa, dowiedzieliśmy się chyba w przerwie, w szatni słyszeliśmy też głośne skandowanie "Solidarność, Solidarność".

Jeszcze na kilkanaście minut przed końcem, po bramkach Marka Kowalczyka i Jerzego Kruszczyńskiego, prowadziliście 2:1...

- Mimo wysokiej porażki w Turynie przystąpiliśmy do tego meczu bez kompleksów. Duża była w tym zasługa Jurka Jastrzębowskiego i Józka Gładysza [asystent pierwszego trenera], którzy wmawiali nam, szczególnie tym młodszym, że to dla nich ogromna szansa, aby się pokazać. Graliśmy naprawdę świetnie. Mimo że przegrywaliśmy 0:1, odrobiliśmy straty i wyszliśmy na prowadzenie. Trener Juventusu, słynny Giovanni Trapattoni, przestraszył się porażki i w trakcie drugiej połowy wprowadził na boisko Platiniego, którego pierwotnie chciał w tym meczu oszczędzać. W końcówce zespół z Turynu strzelił nam dwa gole, tego na 3:2 zdobył Boniek. Jednak po meczu wszyscy gratulowali nam wspaniałej postawy, a ja do dziś uważam, że był to najlepszy w historii mecz Lechii.

BIENIUK, ŻEWŁAKOW... KIEDYŚ PODPORY SWOICH KLUBÓW, TERAZ W INNYCH ROLACH