Sebastian Mila: Moja kariera jest brutalna. Wolałbym, żeby upadki były łagodniejsze [ROZMOWA]

- Najgorsza sytuacja jest wówczas kiedy jesteś krytykowany, ale nie możesz się przed tym bronić, odpowiedzieć na boisku - bo zwyczajnie nie grasz. Siedzisz na trybunach, albo na ławce rezerwowych. To jest najtrudniejszy moment i ja coś takiego w ostatnich miesiącach przeżyłem - mówi w rozmowie z Trojmiasto.sport.pl piłkarz Lechii Sebastian Mila. 2015 rok był dla niego prawdziwą sinusoidą.
Tomasz Osowski: Kiedy rozmawialiśmy w lutym byłeś wręcz w euforycznym nastroju, radość z powrotu do Gdańska, do Lechii była ogromna. Na koniec roku na twojej twarzy znów zagościł uśmiech, chociaż przez wiele miesięcy zupełnie się na to nie zanosiło. Po raz kolejny zaliczyłeś bowiem bolesny upadek. Taki przebieg kariery chyba jest ci pisany, co jakiś czas dostajesz od losu solidnego prztyczka w nos, żeby potem powstać z kolan.

Sebastian Mila: To prawda, moja kariera jest, powiedziałbym, brutalna. Są momenty kiedy wszystko idzie super, ale kiedy zaczynają się problemy to prawie nigdy nie kończy się na małym kryzysie. Zazwyczaj jest to potężne grzmotnięcie o ziemię, po którym nie jest łatwo się podnieść. Nie jest to miłe, wolałbym żeby te upadki były jednak łagodniejsze, ale niestety są one bolesne i gdzieś tam pozostawiają piętno na mojej osobie. Ale być może to tak zahartowało mnie przez te wszystkie lata, że teraz niełatwo jest mnie złamać i pokrzyżować moje plany. Zawsze uważałem się za człowieka bardzo ambitnego i myślę, że to bardzo mi pomaga w życiu. Pomogło także teraz.

Skąd biorą się te kolejne upadki? To jakiś piramidalny pech, winy szukasz w sobie, czy może od czasu do czasu trafiasz po prostu na nieodpowiednich ludzi, miejsce, czas.

- Wszystkiego po trochu. Czasami rzeczywiście przychodzi taki moment, że ktoś nie chce na ciebie postawić, nie bardzo w ciebie wierzy i powoli zaczynasz popadać w kryzys. Potem ciężko z niego wyjść. Kiedy nie grałem spadła na moją osobę spora krytyka. Oczywiście ona zawsze była i zawsze będzie, to jest dla piłkarza normalna rzecz, przywykłem do tego i staram się dawać sobie z tym radę. Jednak najgorsza sytuacja jest wówczas kiedy jesteś krytykowany, ale nie możesz się przed tym bronić, odpowiedzieć na boisku - bo zwyczajnie nie grasz. Siedzisz na trybunach, albo na ławce rezerwowych. To jest najtrudniejszy moment i ja coś takiego w ostatnich miesiącach przeżyłem. Ale również z takiego ciężkiego okresu potrafię wyciągnąć pozytywy i wzmocnić się psychicznie, to też dodaje mi siły.

Jak odbierałeś głosy, że Lechia kupując cię ze Śląska za niemałe pieniądze zrobiła fatalny interes, że to nie idzie w tym kierunku, w którym powinno i że właściwie ten transfer dla obu stron - klubu i ciebie - okazał się złym ruchem.

- Przychodziłem tutaj w bardzo dobrym momencie dla siebie. Opuszczałem drużynę, która była na 2. miejscu w tabeli - Śląsk miał wówczas tylko trzy punkty straty do Legii - do tego dobrze wiodło mi się w reprezentacji. Moje aspiracje były więc ogromne. Przeniosłem się do drużyny, która była niżej notowana od Śląska, w której trzeba było coś zbudować. I ja się na to zdecydowałem. Jestem człowiekiem, który stawia sobie naprawdę wysokie cele, być może czasami zbyt wysokie w stosunku do moich umiejętności. Ale to mnie mobilizuje i motywuje do tego, żeby spróbować osiągnąć rzeczy, które wydają się niemożliwe. I właśnie z takim nastawieniem przyszedłem do Lechii. Oczywiście ten rok mógł być trochę lepszy, ale uważam, że dramatu nie ma. Myślę, że zarówno jedna, jak i druga strona czerpią jakieś korzyści. Nigdy nie pomyślałem w ten sposób, że lepiej by się stało gdyby do tego transferu nie doszło. Również prezes Mandziara czy właściciele klubu, nawet przez moment nie dali mi odczuć, że popełnili błąd. Wręcz przeciwnie cały czas mnie motywowali, przekonywali że jeszcze stanę na nogi i że oni cały czas we mnie wierzą. To był dla mnie ważny sygnał. Ciężko pracowałem na to, żeby wrócić do dobrej dyspozycji. Na szczęście się udało i jestem zachwycony, że w końcówce roku udało mi się zagrać kilka dobrych meczów. Mam nadzieję, że po solidnie przepracowanym okresie zimowym ta dobra passa będzie trwała także wiosną.

Jak przetrwałeś ten trudny okres? Przez trzy miesiące praktycznie nie grałeś w klubie, to strasznie długo.

- Nie ulega wątpliwości, że nie byłem faworytem trenera von Heesena i rzeczywiście nie dawał mi on zbyt wielu okazji do gry. Pomimo tego cały czas ciężko pracowałem, żeby w tej formie być, bo wiedziałem, że w końcu przyjdzie taki moment kiedy dostanę od niego szansę i będę ją musiał wykorzystać. Byłem cierpliwy, cały czas zmotywowany, bez żadnej skazy w głowie, pretensji do nie wiadomo kogo, że nie gram i szukania winnych dookoła. Nie, przyjąłem to wszystko na klatę i cierpliwie czekałem. Oczywiście nie było to łatwe, szczególnie dla sportowca o takim charakterze jak ja. Najważniejszy był dom, rodzina. Mając w niej oparcie udzielał mi się ten spokój i nie zamierzałem robić żadnych nerwowych ruchów. Byłem skoncentrowany tylko i wyłącznie na treningu. Miałem mnóstwo indywidualnych zajęć, do których bardzo mocno się przykładałem. Wiedziałem, że za chwilę będę miał z tego korzyści i tak się stało. Jak już wskoczyłem do składu, od razu grało mi się dobrze.

Twojej rodzinie i najbliższym również musiało być ciężko.

- Myślę, że grupa która otacza mnie od lat zdała egzamin, mogłem na nich liczyć w tych trudnych momentach. Oczywiście rodzina jest priorytetem, nie ulega wątpliwości, że ją też cała ta sytuacja bolała. Wiedzieli jak bardzo chciałem grać w Lechii walczącej o najwyższe cele, jak bardzo chciałem występować w reprezentacji Polski i jak bardzo te marzenie rozmijają się z rzeczywistością. Jednak ja nie próbowałem do końca otwierać się przed rodziną, nie starałem się pokazywać im że jest źle, wręcz przeciwnie, starałem się być silny, mocny. Nie żaliłem się, bardziej starałem się pokazać, że nic nie jest w stanie mnie złamać. Muszę tu podkreślić rolę moje żony Uli, która cały czas mnie wspierała, nie uciekała od problemów i robiła wszystko, żebym do każdego treningu był przygotowany zarówno fizycznie, jak i mentalnie. To w dużej mierze także jej zasługa, że stanąłem na nogi. Chłopaki z drużyny też zachowywali się przez ten okres super, zawsze mogłem liczyć na ich wsparcie, nie traktowali mnie jak piąte koło u wozu nawet wówczas kiedy byłem poza "18". Wręcz przeciwnie motywowali dobrym słowem, sms-em, dawali do zrozumienia, że wciąż jestem ważną częścią tej drużyny.

Trener von Heesen cały czas powtarzał, że jedynym powodem, dla którego nie grasz są zaległości fizyczne. Ich nadrabianie naprawdę trwało aż trzy miesiące? Ciężko w to uwierzyć. Może jednak nie nadawaliście na tych samych falach?

- Może tak... Jeśli chodzi o przygotowanie fizyczne, to były robione testy, nigdy nie odstawałem pod tym względem od reszty zespołu. Być może trenerowi nie pasowałem po prostu do jego koncepcji gry, ustawienia drużyny. Jako szkoleniowiec miał prawo tak uważać. Traktował mnie OK, nigdy nie patrzył z góry, nie zachowywał się tak, jakby koniecznie chciał mi coś udowodnić. Oczywiście były momenty, kiedy czułem się nieźle i liczyłem na to, że dostanę trochę więcej czasu na boisku, żeby móc go przekonać o swojej przydatności do zespołu. Jedyne pretensje jakie mogę do niego mieć, to takie że dostawałem za mało czasu, aby się pokazać. Poza tym nie miałem żadnych negatywnych odczuć w stosunku do trenera von Heesena, on cały czas powtarzał mi, że dobrze trenuję, że podoba mi się moje podejście i że wszystko idzie w dobrym kierunku.

Byłeś jednym z nielicznych, którego publicznie nie połajał.

- Dlatego byłbym niesprawiedliwy, gdybym cokolwiek złego na niego powiedział. Szkoda tylko, że na mnie nie stawiał, bo być może inaczej by się to wszystko potoczyło, ale dziś to już są tylko domysły. Było, minęło, teraz jest nowy rozdział.

Von Heesen nie traktował wszystkich jednakowo, bo na przykład Gerson dochodził do formy po kontuzji metodą meczową, grając regularnie.

- Ja już jestem w takim wieku, że gra jest dla mnie bardzo ważna, meczami jest mi łatwiej i szybciej dojść do optymalnej formy. Niestety nie dostałem takiej szansy. W tej sytuacji za ogromny sukces uważam, że udało mi się wrócić do pierwszej "jedenastki" jeszcze za kadencji trenera von Heesena.

I tu znów dał o sobie znać ten nieszczęsny pech. Po trzech miesiącach dostajesz szansę gry w pierwszym składzie - w spotkaniu z Cracovią - i już po kilku minutach musicie grać w osłabieniu [po czerwonej kartce dla Michała Maka], a ty przesunięty do ataku właściwie nie masz szans, aby zaprezentować swoją aktualną formę. Nie to miejsce na boisku, nie ta rola do wypełnienia.

- Jak ja się nastawiałem na ten mecz! Wiedziałem, że to jest mój moment i muszę pokazać się z dobrej strony. Bardzo się cieszyłem, że w końcu zagram od 1. minuty, już nie mogłem się doczekać. Cóż, spotkanie nie ułożyło się dla nas dobrze, ale i tak starałem się bardzo, zostawiłem na boisku całe serce. Oczywiście nie był to w moim wykonaniu rewelacyjny występ, nie mogłem być zadowolony, zarówno jeśli chodzi o wynik, jak i moją grę. Ale również z takimi sytuacjami trzeba się zmierzyć. Święcie wierzyłem, że kolejne mecze będą lepsze.

Były w tym trudnym okresie chwile zwątpienia? Na pewno przez głowę przechodziły ci myśli: "kurczę, za chwilę to Euro może mi odjechać. Tyle pracy włożyłem w to, żeby wrócić do reprezentacji, zaufał mi selekcjoner i nagle, na ostatniej prostej wszystko ma się wysypać?" Trener Nawałka dawał sygnały, że tak właśnie może być?

- Z trenerem Nawałką byłem w kontakcie przez cały czas. Przeprowadziliśmy mnóstwo rozmów, rozważaliśmy różne ewentualności. Ja bardzo chciałem grać w lidze, bo wiedziałem, że to jest jeden z kilku warunków, który muszę spełnić, żeby powalczyć o wyjazd na Euro. Różne scenariusze braliśmy pod uwagę.

Na przykład taki, że gdyby do końca roku nie udało się odzyskać miejsca w składzie Lechii, na rundę wiosenną odszedłbyś na wypożyczenie do innego klubu?

- Taką ewentualność też brałem pod uwagę, każdą opcję trzeba mieć wkalkulowaną. Jedna jest dla ciebie fajna, druga mniej fajna. Niestety czasami trzeba wybrać tę mniej fajną, takie jest życie. Mam jednak nadzieję, że nie będę już musiał podejmować tak trudnych decyzji.

Jaka była geneza problemów twoich i całej drużyny od początku sezonu. Przed jego rozpoczęciem zapowiadaliście walkę o pierwszą "3". Co się stało, że się nie udało?

- Przed sezonem optymizm będzie zawsze, dopiero w jego trakcie przychodzi weryfikacja tego co się mówi. Jeden, drugi nieudany mecz i już zaczyna się trudny moment. Potem znów grasz mecz, w którym jesteś lepszy, ale nie masz szczęścia i przegrywasz, albo remisujesz. To się kumuluje i zaczyna się rodzić kryzys. My też jesteśmy ludźmi, po kilku niepowodzeniach gdzieś ulatuje zaufanie do własnych umiejętności, przegrywasz kolejny mecz, to leci jak lawina. W pewnym momencie zupełnie straciliśmy pewność siebie i w tym momencie żadnym mówieniem, ani specjalnym motywowaniem już tego nie nadrobisz. Potrzebujesz zwycięstw. Na szczęście w pewnym momencie potrafiliśmy się z tego podnieść i mam osobiście ogromny szacunek dla drużyny, że udało się to zrobić. Uważam, że obok Legii i Lecha ze wszystkich polskich drużyn ciąży na nas największa presja, a to jest dodatkowy czynnik utrudniający wydostanie się z dołka. Drużyna pokazała jednak, że bardzo chce z niego wyjść, że bardzo zależy jej na zwycięstwach, było to widać nawet w przegranych meczach z Lechem czy Pogonią, po których naprawdę byliśmy zdruzgotani. Potrafiliśmy się jednak podnieść, to zasługa nie tylko drużyny, ale także Dawida Banaczka, który potrafił do nas dotrzeć. Mieliśmy we wspólnym gronie jedno spotkanie, drugie, zaczęliśmy się lepiej poznawać, obeszliśmy to wszystko jakby z drugiej strony. To spowodowało, że wszystko zaczęło się zazębiać.

Miałem wrażenie, że długimi tygodniami nie tworzyliście na boisku zespołu, brakowało tej więzi, jedności, wspólnoty. Gdzieś ulotnił się "team spirit".

- Był taki moment, że rzeczywiście atmosfera w zespole nie była może zła, ale nie była też rewelacyjna. Była nijaka. A jak jest nijaka, to tak naprawdę jest żadna. Wiedzieliśmy, że to jest problem, dlatego spotkaliśmy się po dotkliwie przegranym meczu z Cracovią, w bardzo trudnym momencie. Nie oczernialiśmy się nawzajem, nie szukaliśmy winnych, tylko zaczęliśmy wszystko od nowa.

Nowe otwarcie?

- Może nie aż tak. Chcieliśmy się po prostu lepiej poznać. Pogadać o rzeczach, które nie były bezpośrednio związane z klubem. Porozmawiać o swoich przemyśleniach, wspomnieniach, życiu. Zostawiliśmy te bieżące kłopoty z boku, chcieliśmy się po prostu lepiej poznać. Dzięki temu lepiej funkcjonuje drużyna i można budować tę atmosferę. My zrobiliśmy to w odpowiednim momencie, chociaż ktoś może zapytać: czemu do takiego spotkania nie doszło wcześniej, wówczas może nie byłoby tych pięciu porażek z rzędu? Tyle tylko, że tego nie da się tak wykalkulować, nie można powiedzieć: dobra zrobimy to w styczniu i od tego momentu wszystko będzie super. Po prostu na pewne rzeczy przychodzą odpowiednie momenty. I to był właśnie ten moment, w którym trzeba było przedsięwziąć specjalne kroki. Spotkaliśmy się, spędziliśmy razem fajny czas i to spowodowało, że coś się zmieniło. Pomimo, tego że po Cracovii przegraliśmy jeszcze dwa mecze, to i tak było widać, że jednak coś ruszyło do przodu.

Po jednym z tych dwóch przegranych meczów - z Pogonią - trener von Heesen podobno powiedział w szatni, że już nie wie co dalej z tym robić. To był oczywisty sygnał, że za chwilę może go nie być.

- Trener był tym wszystkim przybity, dla niego to też była trudna sytuacja. Jednak w tamtym momencie każdy z nas tak mocno biczował sam siebie, że nie myśleliśmy co może się stać z trenerem. Każdy przeżywał tę sytuację na swój sposób, sam ze sobą. Było widać, że każdy jest skoncentrowany na własnych błędach, nie szukał winnych dookoła i to była dobra oznaka dla zespołu. Bardzo podobało mi się takie podejście. Te trudne momenty po spotkaniu z Pogonią mogą być zalążkiem czegoś dobrego na przestrzeni kolejnych miesięcy, a może nawet i lat. Zaczęliśmy wspólnie budować coś fajnego, będąc na samym dnie, albo i jeszcze niżej. Czasami w życiu tak bywa, że wychodząc z ogromnego doła można zacząć budować coś fantastycznego i wierzę, że tak właśnie będzie z naszym zespołem.

Z trenerem Nawałką rozmawialiście już po tych lepszych dla ciebie spotkaniach?

- Tak, trener analizuje co kolejkę występ każdego piłkarza. Nawet jak rozmawiamy o tych dobrych meczach, to też wskazuje rzeczy, które są do poprawy.

Były głosy, że jesteś powoływany do reprezentacji za zasługi, albo po to, żeby podtrzymywać dobrą atmosferę w szatni. Bolało cię to?

- Nie chcę mówić o tym co dzieje się w naszej szatni i kto jaką rolę pełni. Po tych powołaniach wiedziałem tylko, że nie mogę zawieść trenera, bo zapraszając mnie na kolejne zgrupowania brał on na siebie ogromny ciężar. Musiałem pokazać, że jednak ma rację. Dla mnie jest to coś najważniejszego - nie zawieść kogoś kto w ciebie wierzy i pokłada w tobie nadzieje.

To wejście na boisko w towarzyskim meczu z Czechami miało chyba duże znaczenie. Dobre 20 minut na tle wymagającego rywala na pewno w jakiś sposób cię podbudowało.

- Tak było. Potem analizowałem z trenerem Nawałką te 20 minut, cieszyłem się, że spędziłem na boisku sporo czasu [przed tym meczem Mila nie grał w Lechii w ogóle lub zaliczał kilkuminutowe epizody], to już było dla mnie dużo i rzeczywiście byłem zadowolony ze swojego występu. Wiedziałem, że to dobry prognostyk na kolejne tygodnie. Trener Nawałka też był takiego zdania, powiedział nawet: zobaczysz, jak wrócisz z kadry, to zaraz zaczniesz grać w lidze i będziesz w dobrej formie. Tak rzeczywiście się stało.

Od kiedy przyszedłeś do Lechii niemal przez cały czas Mili było wszędzie pełno - spotkania z kibicami, sponsorami, klipy, spoty, reklamówki, działania marketingowe. Kiedyś powiedziałeś mi, że to jest napęd do lepszego grania, ale może w pewnym momencie rzeczywiście było tego za dużo?

- Trzeba otwarcie powiedzieć, że ja również z tych powodów zostałem sprowadzony do Lechii. Wiedziałem na co się piszę, taka jest moja rola. Tak funkcjonuję już od wielu lat i nie zamierzam tego zmieniać. Powiem więcej - spotykanie się z kibicami sprawia mi wielką przyjemność, nigdy od tego nie uciekałem. Od innych aktywności marketingowych zresztą też, robię to dla dobra klubu. I zawsze bardzo się staram, nie traktuję tego jak niemiłego obowiązku. Staram się być zawsze do dyspozycji i jak najlepiej wypełniać swoje powinności. Mam wielu kibiców, o których staram się dbać. Oczywiście proporcje muszą być zachowane, najważniejsze jest to co pokazuję na boisku.

Jak zaaklimatyzowały się w nowym miejscu twoje dziewczyny - żona Ula i 6-letnia córka Michalina. Czują się już gdańszczankami?

- Tak, a Michalinka to już lechistka pełną gębą! Jest na każdym meczu, uwielbia przebywać na trybunach, Lechia stała się już dla niej tym czym wcześniej był Śląsk Wrocław. Bardzo jej się w Gdańsku podoba. Przed przeprowadzką obawy mieliśmy spore, z naszej trójki ona miała rzecz jasna najtrudniej, zmiana szkoły i całego otoczenia w tak młodym wieku jest trudne. Ale widać, że się zaadoptowała. No i uwielbia chodzić na te mecze, nie wiem skąd jej się to wzięło, ale dla niej każde spotkanie Lechii jest czymś wyjątkowym. Przed jednym z meczów, w którym nie znalazłem się w "18", Ula była chora, miała temperaturę, a Michalina też była już lekko zarażona i nie chcieliśmy, żeby się jeszcze bardziej podziębiła. Kiedy byłem już w drodze na stadion, nagle zadzwoniła zapłakana Miśka z pretensjami dlaczego jej nie wziąłem. Mówię: "jesteś trochę przeziębiona, lepiej zostań w domu", a ona na to "proszę weź mnie, będziemy tam w środku siedzieć". No i musiałem po nią wrócić, a jak dotarliśmy na miejsce była najszczęśliwszym dzieckiem na świecie. Nawet jak nie ma mnie na boisku to ona chce być na trybunach, bo prostu chce oglądać Lechię. Dla niej wyjście na mecz to jest ogromne wydarzenie, bardzo emocjonuje się grą, pogania zawodników, podpowiada. Dla niej te barwy, ten stadion już zawsze będą się kojarzyły z Lechią.

A po porażkach oczka jej się szklą?

- Najbardziej przeżywała kiedy nie grałem, nie mogła zrozumieć dlaczego trener mnie nie wystawia. Była bardzo zatroskana, pytała czy coś się stało, mówiła: "chyba trener jest zły na ciebie, bo byłeś niegrzeczny". To było bardzo fajne, wręcz słodkie, dla takich chwil warto żyć.

Niedawno wraz z innymi obecnymi piłkarzami Lechii brałeś udział w gali z okazji 70-lecia klubu. Z oczywistych względów nie było cię wśród laureatów plebiscytu na 10 najlepszych i najpopularniejszych piłkarzy, ale podczas kolejnych jubileuszy wszystko jest możliwe. Masz jeszcze w Lechii trochę do zrobienia.

- To moje wielkie marzenie, żeby kiedyś znaleźć się w tym gronie. Dzięki kibicom nigdy nie poczułem, że nie jestem z Gdańska, że nie jestem wychowankiem klubu, oni zawsze traktowali mnie jak lechistę i ja takim się czuję. Jak przyjechałem z Koszalina miałem 15 lat, byłem jeszcze bardzo młody i dlatego jestem bardzo emocjonalnie związany z Lechią. Byłem zachwycony tą galą, widziałem na żywo legendy klubu, patrzyłem na filmy przypominające największe sukcesy. Byłem wzruszony, a zarazem to wszystko jeszcze bardziej mnie zmotywowało, żeby kiedyś być wśród wyróżnionych. Pogratulowałem wszystkim laureatom, a gdzieś tam w głębi duszy im zazdrościłem. I tak sobie pomyślałem, że takie marzenie jak ja ma mnóstwo piłkarzy związanych z Lechią i warto o te marzenia powalczyć. I ja również tak zrobię. Nawet jak się nie uda, to i tak zawsze będę częścią tego klubu, będę chodził na mecze i kibicował drużynie. Obojętnie co by się nie działo, ten klub zawsze będzie dla mnie bliski.

Na koniec powiedz proszę o co walczy Lechia w tym sezonie?

- O stabilizację. Nie chcę mówić, że walczymy o europejskie puchary, bo później bardzo łatwo wyciągnąć te wypowiedzi i rozliczyć. I tak pewnie wszyscy wiedzą, że ja zawsze myślę o pierwszej trójce [śmiech]. Najważniejsza jest jednak stabilizacja na określonym, wysokim poziomie. Jeśli tak będzie, myślę, że wszyscy będą zadowoleni.

TOP 7 PIŁKARZY, KTÓRZY PO ZAKOŃCZENIU KARIERY PRACOWALI W LECHII