Sport.pl

Były piłkarz Grzegorz Król: Przegrałem karierę, chcę wygrać życie

Był uznawany za jeden z największych talentów polskiego futbolu. Karierę przegrał na własne życzenie - jego życiem zawładnęły hazard i alkohol. Nie zamierza się jednak poddawać. Grzegorz Król opowiada swoją historię w książce ?Przegrany?.
Dawid Kowalski: Ile pieniędzy łącznie pan przegrał?

Grzegorz Król: To są kwoty monstrualne, mniej więcej 3 mln zł. Jednorazowo to nawet kilkadziesiąt tysięcy.

Wszystko w kasynie?

- Przede wszystkim. Czasami zdarzały się też karty.

A zakłady bukmacherskie?

- Raczej w formie rozrywki, nie przegrywało się tam wielkich kwot. W przypadku zakładów musisz czekać cały dzień na wyniki, a wypłatę odbierasz następnego dnia. A mi chodziło o to, żeby adrenalina skakała co 30 sekund. Kasyno było więc idealnym miejscem, żeby zaspokoić uzależnienie.

Dlaczego piłkarz w ogóle tam idzie? Bo ma za dużo pieniędzy, za dużo czasu?

- A dlaczego piosenkarz idzie do kasyna? Albo aktor? Powodów jest kilka. Na pewno kiedy dużo zarabiasz, od razu masz więcej pomysłów. Z drugiej strony spotykasz też w kasynie ludzi, którzy zarabiają 2 tys. zł i w ciągu jednego wieczoru je przegrywają. Potem mają awantury w domu. Ale oni na to nie zwracają uwagi, bo uzależnienie jest tak silne, że nie są w stanie nic innego zrobić - tylko myślą o tej wypłacie, żeby iść i ją w końcu postawić. Tak było też ze mną. Nie zastanawiałem się, czy mam za dużo pieniędzy - a miałem, bo w pewnym momencie zarabiałem ok. 50 tys. zł miesięcznie, czy za dużo czasu. Byłem za to poważnie uzależniony, dlatego szedłem do kasyna. To nie było moje widzi mi się.

Zaczęło się pewnie niewinnie.

- Początki były w formie zabawy. Na początku nie przegrywałem wielkich sum. Bałem się postawić nawet 50 zł, bo mówiłem sobie, że to duże pieniądze. Przychodziłem raz na miesiąc, przegrywałem te 50 zł - potem już 100 zł - i wracałem do domu. Ale to szybko wciągało. Spodobał mi się ten mechanizm i coraz częściej grałem. Stawki rosły, ja tego nie zauważałem. Przychodziły też czasami super zwycięstwa, bo bez nich nie szedłbyś do kasyna z naiwnym myśleniem, że się obłowisz.

A były dni, tygodnie, czy po prostu serie, gdy wygrywał pan i poczuł, że łapie Pana Boga za nogi?

- Nie grałem codziennie. Kiedy byłem młody, miałem mecze ligowe dosłownie co trzy dni. Chodziłem do kasyna średnio raz na dwa tygodnie i dopiero potem, kiedy zacząłem non stop przegrywać, a kasy zaczynało brakować, to liczyłem, że w końcu wygram, bo przecież już kiedyś wygrywałem. Im bliżej byłem zakończenia poważnej kariery, tym bardziej to się rozkręcało.

Czego pan najbardziej żałuje? Tych przepuszczonych pieniędzy, czy może czegoś innego?

- Pieniędzy też. Kto by nie chciał nie mieć teraz tej kasy, którą ja przegrałem? Myślę czasem o tym, to jasne. Najbardziej jednak żałuję ludzi i relacji z nimi. Moich przyjaciół czy znajomych, których musiałem po prostu oszukiwać, żeby iść zagrać do kasyna. Pożyczałem od nich pieniądze, które mogłem przeznaczyć tylko na jeden cel. Później oczywiście nie miałem z czego oddać i nie odbierałem telefonów. Żałuję takiego codziennego życia, zwanego zwyczajnie rutyną, którego ja nie miałem. Nie mogłem wyjechać na żadne wakacje, bo nie miałem za co. Wpędzałem się za to w kłopoty i zastanawiałem się nad zupełnie innymi rzeczami niż przysłowiowy Iksiński. Ciągle musiałem kombinować, kłamać i wymyślać nowe historie.

A był jakiś szczególny przypadek, kiedy przegrał pan pieniądze, które były przeznaczone na coś zupełnie innego?

- Takich przypadków to miałem kilkadziesiąt. Najbardziej zapadła mi w pamięć pewna Wielkanoc. Wróciłem do domu nad ranem i nie miałem za co kupić chleba czy jajek. Łatwo sobie wyobrazić, jak wielki wstyd wtedy czułem.

Potem pojawił się alkohol...

- Po tych wszystkich porażkach w kasynie. Myślałem: "Co teraz zrobić?! Jak w ogóle zapomnieć, że tyle głupich rzeczy się wydarzyło?!". Już się nie myślało, jak odzyskać te pieniądze, tylko chciało się o tym po prostu zapomnieć. Alkohol miał w tym pomóc. Im dłużej się zastanawiałem, tym bardziej problem się pogłębiał. Piłem coraz więcej i więcej. Zacząłem w miarę panować nad sytuacją dopiero wtedy, gdy mniej więcej trzy lata temu trafiłem do ośrodka leczenia uzależnień. Dowiedziałem się tam tylu rzeczy o sobie, na które nigdy w życiu sam bym nie wpadł.

No właśnie - ośrodek. Miał pan tam specjalny zeszyt, w którym pisał prace dotyczące uzależnień. To faktycznie pomagało?

- Dzięki nim poznawałem samego siebie. Pozwalały mi spojrzeć na swoje życie z perspektywy, z której nigdy na nie nie patrzyłem. Na co dzień byli kumple, gdzieś wyskoczyliśmy, zapominaliśmy o codziennym życiu i człowiek nie miał czasu analizować swoich problemów. Dopiero później przeczytałem sobie te prace i zdałem sobie sprawę z tego, jak żyłem. Nie miałem czasu, żeby jechać odwiedzić babcię podczas wakacji, komuś pomóc... Nic.

A ma je pan cały czas? Czyta czasami?

- Cały czas mam je w domu. Wracam do nich - oczywiście, ale nie za często. Czasami jak mam pokusę pójść do kasyna i zagrać, to czytam i przypominam sobie to wszystko. Ma mi to pokazać, co może się ze mną stać, gdy znowu spróbuję. Teraz sobie z tym jakoś radzę. Nie chodzę do kasyna właśnie od czasu, kiedy byłem w ośrodku. To mi się udaje.

Ile alkoholu w ciągu życia pan wypił? Liczył pan?

- Nie sposób. Czasami się wypiło pięć piw, czasami dziesięć... A jak miałem rano trening, to nie mogłem wypić za wiele, bo musiałem przecież funkcjonować i jakoś wyglądać. Przecież wykonywałem też swój zawód. Czasami, jak za dużo się wypiło, to nie szło się na trening. A na przykład w Jaworznie próbowali nauczyć mnie, że dwa piwa przed treningiem można wypić. Ale pamiętam też inną sytuację...

Związaną z alkoholem?

- Nie, nie. Założyłem się z Bartkiem Ławą z Arki. Chodziło o ananasy. Założyliśmy się, że w określonym czasie zjem pięć puszek ananasów. O 2 tys. zł. Do dzisiaj nie zostało to rozstrzygnięte.

Oryginalne. Wracając do alkoholu: była też jazda na podwójnym gazie.

- Pierwsza sytuacja: pojechaliśmy na obiad w Bełchatowie - taki zwykły, po treningu. Wypiłem dwa czy trzy piwa, nie wykazało dużo w alkomacie, kiedy policja mnie zatrzymała, ale wystarczająco. Zarysowałem jeszcze inne auto dosłownie 100 m przed domem i była afera. Drugi raz za to pokłóciłem się z dziewczyną. Wyszła z domu, trzasnęła drzwiami i pojechała do mamy. Usiadłem przed telewizorem, włączyłem mecz, w tym czasie wypiłem kilka piw. Około północy postanowiłem, że pojadę przeprosić dziewczynę. Mieszkanie jej rodziców było ok. 3 km dalej. Okazało się za daleko. Po drodze czekała na mnie kontrola policji. Za te dwie sytuacje miałem wyroki.

Był ktoś w tych trudnych chwilach, kto chciał pana podnieść?

- Miałem wtedy wielu przyjaciół. Ale jeśli sam nie jesteś pewny, czy chcesz sobie pomóc, to wmawiasz sobie, że problemu nie ma, a innych odtrącasz. Dopóki sam nie dojdziesz do wniosku, że nie dajesz rady, nic nie zdziałasz. A ja to sobie powiedziałem tuż przed wyjazdem do ośrodka, który zresztą od A do Z załatwił mi mój przyjaciel. Poczytałem trochę publikacji, znalazłem też wywiad bodaj z Krzyśkiem Ostrowskim ze Śląska Wrocław, który ma taką klinikę, czy miał wtedy i opowiadał, że to normalne miejsce, które pomaga ludziom, a nie zakład dla świrów. Powiedziałem sobie wtedy, że to już ten moment, kiedy trzeba coś ze sobą zrobić.

Jak w tym wszystkim odnajdywali się pana bliscy?

- Mama była pewnie załamana. Piłkarz na topie, ona często przyjeżdżała na mecze, a potem czytała w gazetach i sąsiedzi mówili, jaka była prawda. Moi rodzice nigdy mi jednak nie dali odczuć, że byłem tragiczny. Zawsze mnie wspierali. Do dzisiaj zresztą. Ludzie potrafią wybaczać i starają się zrozumieć. Np. mój kolega mówi do mnie: "Grzesiek, co było - minęło! Tylko daj mi tę książkę, bo chcę poznać ten mechanizm, jak to u ciebie działało, bo ja tego nie rozumiem. Jak przeczytam, to może będę mógł to wszystko pojąć".

Skąd w ogóle wziął się pomysł na książkę?

- Jak pojechałem na odwyk i przeżyłem to wszystko, to się zastanowiłem: "Kurde... jak ja żyłem przez te lata!". Dało mi to do myślenia. Pomyślałem, że jak ktoś z tych młodych piłkarzy, młodych ludzi to przeczyta, to może się zastanowi, czy warto tak żyć, czy może lepiej iść zupełnie inną drogą, prawdziwie profesjonalnego piłkarza.

Ma sens kolejna książka po autobiografiach Wojciecha Kowalczyka, Grzegorza Szamotulskiego czy Igora Sypniewskiego?

- Jest szczera, uczciwa. To nie ma być książka o innych. Jest o mnie, o tym, co w życiu robiłem. Pokazuje przede wszystkim, czym jest nałóg. Bo teraz każdy twierdzi, że to wymysł piłkarza, który jak nie ma co robić, to idzie do kasyna. A to jest ciężka choroba, o której opowiadam, o tym jak zawładnęła moim życiem. Hazard to nałóg dużo poważniejszy od alkoholizmu. Bo ile jesteś w stanie wypić? Pół litra wódki? Litr? I padniesz. Więcej nie możesz. A kiedy wchodzisz do kasyna, to możesz przegrać dosłownie wszystko. To są choroby śmiertelne. Bo alkohol może wyniszczyć twój organizm, a hazard doprowadzić do myśli samobójczych.

A u pana się one pojawiały?

- Nie. Jestem zupełnie innym typem człowieka. Mimo wszystko potrafię sobie z problemami poradzić.

Ta książka ma ostrzegać. Taki był główny cel?

- Ma pokazać prosty przykład. Nie opowiadałem w niej rzeczy nie wiadomo skąd, tylko takie, które się wydarzyły naprawdę. A mógłbym jeszcze napisać o wielu ludziach i wielu sytuacjach, które się działy. To ma dać do myślenia. Jeśli uda się chociaż jednego na dziesięciu czytających zawrócić ze złej drogi, albo od razu nakierować na tę lepszą, to już będzie dobrze. Czasy się zmieniły. Teraz rodzic dowozi dziecko na trening, chucha, dmucha, nie wypuści go na dwór. A ja się wszystkiego nauczyłem właśnie "na dworze". Sam w innym mieście mieszkałem, kiedy miałem 17 lat. Mogłem robić, co mi się tylko podobało. Nikt mnie nie pilnował, a menadżerów wtedy w ogóle nie było. Teraz taki klub jak Lechia czy Lech ściąga 14-15 latka i musi wziąć za niego pełną odpowiedzialność wychowawczą. Tylko jak słyszę, że dziecko 17-letnie ma w sobotę czas do godz. 3 w nocy na powrót, to o czym my rozmawiamy? To taki młodziak ma dobre wzorce, czy częściej jednak pokusy? Dlatego świata nie odmienię.

Nie boi się pan reakcji środowiska piłkarskiego?

- Mam nadzieję, że środowisko przez chwilę się zastanowi. Bo gdyby w tę książkę włożyć innego zawodnika grającego na najwyższych szczeblach, to niczym by się nie różniła, a może byłaby jeszcze mocniejsza.

Ostro.

- Ale taka prawda. Różniłaby się jedynie nazwiskiem autora. Czasami ta choroba tak wpływa na człowieka, że nie jest w stanie myśleć racjonalnie.

Odbił się pan od dna? Można pomyśleć, że zaczyna pan życie od zera.

- To jest normalne życie. Bez szału, bez specjalnych luksusów. Nikt przynajmniej do mnie nie wydzwania, nikt mnie nie ściga, że mam coś oddać, żadnych lichwiarzy. Kiedyś tak naprawdę żyłem z miesiąca na miesiąc, od złotej karty do złotej karty, albo od lichwy do lichwy. Dzisiaj może dalej nie jest łatwo, ale trzeba walczyć. Mój brat ma trzy działalności i pomagam mu je prowadzić. Już nie mogę żyć przeszłością. Na początku ciężko się przestawić, ale nie masz wyjścia.

Dzisiaj jest pan w stanie stwierdzić, że Grzegorz Król to jeden z największych niespełnionych talentów polskiego futbolu?

- Pewnie tak jest, ale ciężko mi też ocenić, bo za moich czasów, żeby kopnąć piłkę, powiedzmy, w ekstraklasie, to trzeba było mieć inną mentalność i być lepszym niż teraz. Trudniej to było po prostu osiągnąć. Obecnie ktoś, kto trzy razy dobrze poda i ma asystę, jest brany pod uwagę do kadry Polski. Ale z drugiej strony, jeżeli ktoś nazywał cię następcą Włodzimierza Lubańskiego, to coś w tym musiało być. Dziś dochodzę do wniosku, że jedną z najważniejszych cech w sporcie jest silny charakter.



Więcej o:
Komentarze (5)
Były piłkarz Grzegorz Król: Przegrałem karierę, chcę wygrać życie
Zaloguj się
  • cezar85

    Oceniono 27 razy 11

    piep.rzenie o przegranych na własne życzenie

    na zachodzie talentami zajmują się 24h na dobę, żeby im głupoty do głowy nie przychodziły

    za to w Polsce tylko podczas treningów

    później się wypuszcza małolata na miasto z dużą kasą i niczym do roboty

  • Paweł Gierusz

    Oceniono 1 raz 1

    Książka bardzo mocna i wcale nie jest ku "pokrzepieniu serc". To bardziej przestroga. Na stronie MoznaPrzeczytac.pl jest świetna recenzja "Przegranego"

  • bukaj22

    Oceniono 1 raz 1

    Bardzo smutna historia. Oby ta książka i przypadek Pana Króla był przestrogą dla Grosickiego czy Burligi i innych ludzi, którzy zechcą pójść do kasyna.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX