Lechia po kapitalnym meczu zmiażdżyła Jagiellonię. Hat-trick Flavio Paixao

Kolejny fantastyczny mecz na własnym stadionie rozegrali piłkarze Lechii. Podopieczni Piotr Nowaka rozgromili Jagiellonię Białystok 5:1 i awansowali na 8. miejsce w tabeli. Hat-trickiem popisał się w tym spotkaniu Flavio Paixao.
Spotkanie miało kluczowe znaczenie w kontekście walki o pierwszą "8" po sezonie zasadniczym. Oba zespoły znajdują się bowiem w okolicach kreski przedzielającej tabelę na pół. W podbramkowej sytuacji była szczególnie Lechia, która przed tym meczem traciła do Jagiellonii trzy punkty. W wypadku porażki straciłaby ją z pola widzenia i znalazłaby się w bardzo trudnej sytuacji.

Ryzykowna zmiana w bramce

W czterech pierwszych meczach wiosny w bramce Lechii stało dwóch zawodników - najpierw Marko Marić (Podbeskidzie Bielsko-Biała, Korona Kielce), potem Łukasz Budziłek (Piast Gliwice, Zagłębie Lubin). Obaj spisywali się bardzo słabo, każdy z nich miał na sumieniu co najmniej po dwa gole. Trener Nowak zdecydował się więc na pokerową zagrywkę i w spotkaniu z Jagiellonią postawił na 19-letniego Serba Vanję Milnkovicia-Savicia, który zawodnikiem Lechii jest dopiero od trzech miesięcy. Na dodatek w tym czasie dużo czasu spędził na zgrupowaniach młodzieżowych reprezentacji swojego kraju, a w trakcie okresu przygotowawczego wystąpił tylko w jednym sparingu biało-zielonych (45 minut z Olimpią Grudziądz). Co prawda nie jest on kompletnym żółtodziobem na seniorskim poziomie - w sezonie 2014/15 rozegrał 17 ligowych meczów w serbskiej ekstraklasie (w barwach Vojvodiny Nowy Sad), ale i tak jego postawa w spotkaniu z Jagiellonią była jedną, wielką niewiadomą. Ostatecznie Serb spisał się przyzwoicie, inna sprawa, że piłkarze Jagiellonii do wielkiego wysiłku go nie zmusili.

Kompletnie przemodelowana linia pomocy

Po słabszym meczu w Lubinie szkoleniowiec Lechii postanowił również przeprowadzić małą rewolucję w drugiej linii. Przede wszystkim wrócił do systemu 3-5-2 i znów zagrał na pięciu pomocników - rolę wahadłowych skrzydłowych pełnili Paweł Stolarski oraz Lukas Haraslin, natomiast w środku pola operowali Aleksandar Kovacević, Michał Chrapek oraz Milos Krasić. Z Zagłębiem w podstawowym składzie zagrał tylko ten ostatni, pozostali (poza Chrapkiem, który cały mecz przesiedział na ławce rezerwowych) pojawili się na boisku w drugiej połowie. Miejsce w składzie stracili za to Grzegorz Wojtkowiak, Daniel Łukasik, Michał Mak oraz Marco Paixao, który na jednym z treningów odniósł uraz (w ataku zastąpił go przesunięty z drugiej linii brat Flavio).

Lechia jednak jak Barcelona?

Po wygranym 3:1 meczu z Piastem Gliwice Marco Paixao wypalił, że momentami Lechia grała jak Barcelona. Po przegranej w Lubinie kilka dni później niektórzy wypomnieli Portugalczykowi tę wypowiedź śmiejąc się, że biało-zieloni owszem grali jak Barcelona, ale ta z Ekwadoru. Jednak po spotkaniu z Jagiellonią portugalski napastnik, tym razem obserwujący grę kolegów z trybun, spokojnie mógłby powtórzyć swoją wypowiedź. Podopieczni trenera Nowaka wręcz stłamsili Jagiellonię, grając znakomicie zarówno w defensywie (bardzo wysoki intensywny pressing, który procentował wieloma odbiorami jeszcze na połowie rywala), jak i ataku. Na bramkę rywali od początku sunął atak za atakiem, a gospodarze rozgrywali piłkę szybko i bardzo efektownie. W środku pola akcje świetnie przyspieszał Chrapek, na skrzydłach nieuchwytni byli Stolarski i Haraslin, do gry kombinacyjnej udanie włączali się również Flavio Paixao i Grzegorz Kuświk. A nad wszystkim czuwał profesor Milos Krasić. Gra Lechii funkcjonowała jak w zegarku.

Flavio czekał ponad 1000 minut

Festiwal strzelecki zaczął Falvio Paixao, który wykorzystał świetne zagranie Stolarskiego. Dla Portugalczyka był to pierwszy gol w biało-zielonych barwach, a w ogóle na bramkę w ekstraklasie czekał on aż 1043 minuty. Kolejną dołożył pod koniec pierwszej połowy po fenomenalnej akcji Krasicia i Haraslina. Jeszcze piękniejsza kombinacja poprzedziła gola nr 2. Piłkę na połowie rywali przejął Krasić, podał ją do Flavio Paixao, który przytomnie wycofał do Chrapka. Pomocnik Lechii kapitalnie zagrał do Kuświka, który w sytuacji sam na sam efektowną "podcinką" przelobował Drągowskiego.

Żenująca symulka Drągowskiego

W drugiej połowie padły jeszcze trzy bramki - Fiodora Cernycha po błędzie Stolarskiego dla gości oraz Krasicia z rzutu karnego (po faulu Łukasza Burligi na Jakubie Wawrzyniaku) i Flavio Paixao w samej końcówce dla Lechii, sędzia Mariusz Złotek pokazał również czerwoną kartkę - dla pomocnika gości Jacka Góralskiego za drugą żółtą. Jednak najwięcej emocji wywołała sytuacja, która miała miejsce tuż po wspomnianym przewinieniu Burligi na Wawrzyniaku. Kiedy Krasić ustawiał piłkę na 11 metrze w kierunku bramkarza Jagiellonii poleciał jakiś niewielki przedmiot rzucony z trybun. Czy coś trafiło w Drągowskiego początkowo trudno było stwierdzić, ale jak pokazały telewizyjne powtórki była to klasyczna symulka. Jednak Drągowski padł na ziemię jak rażony piorunem i nie podnosił się przez kilka minut. Sugerował nawet konieczność zmiany, ale po konsultacji z trenerem Michałem Probierzem pozostał na boisku i mecz został wznowiony.

Nie zmienia to faktu, że zachowanie osoby, która rzuciła jakimś kawałkiem metalu (zapalniczka?) w kierunku Drągowskiego jest naganne, a gdański klub może zostać ukarany dotkliwą karą finansową.



BIENIUK, ŻEWŁAKOW... KIEDYŚ PODPORY SWOICH KLUBÓW, TERAZ W INNYCH ROLACH