Sport.pl

Sebastian Mila: O Lechii niedługo usłyszy Europa

- Statystki moich meczów przeciwko Lechii są słabe, więc nadszedł czas, żeby je poprawić. Chcę to zrobić dla Śląska, choć to Lechia jest klubem, któremu najwięcej zawdzięczam i w moim sercu ma miejsce na zawsze - mówi pomocnik Śląska Sebastian Mila. Mecz Śląsk - Lechia w sobotę o godz. 17.
Stań się fanem Trójmiasto - Sport.pl na portalu Facebook

Łukasz Pałucha: Co takiego zrobił z wami trener Orest Lenczyk, że od czasu, kiedy przejął zespół, nie przegraliście ani jednego meczu [pięć zwycięstw i sześć remisów]?

Sebastian Mila: Ciężko mi dać prostą odpowiedź. Trener Lenczyk prowadzi nas twardą ręką, ale za trenera Tarasiewicza w drużynie był podobny rygor. Lenczyk chyba po prostu sprawił, że wykorzystujemy to, co potrafimy, ma maksa. Wcześniej mieliśmy dobre momenty, ale teraz trafiamy z formą na każdy mecz. Wspieramy się, w drużynie panuje fajna atmosfera, każdy wchodzący zawodnik wnosi do niej jakość.

Z kandydata do spadku staliście się drużyną, która ma szanse na europejskie puchary. Do trzeciej Legii Warszawa tracicie już tylko sześć punktów.

- Naszym celem nadal jest utrzymanie. Wcale go sobie jeszcze nie zapewniliśmy i musimy zbierać punkty, żeby na koniec nie było jakiejś dramaturgii. O europejskie puchary to walczy Lechia. Zrównała się już z czubem tabeli, awansowała do półfinału Pucharu Polski. Może jak doskoczymy jeszcze bliżej do czołówki, to zweryfikujemy nasze plany.

Jeśli pokonacie Lechię, zbliżycie się do niej na zaledwie dwa punkty. Ale panu jeszcze nigdy nie udało się wygrać z Lechią, jako zawodnik Śląska ma pan dwa remisy i dwie porażki. Może to przez sentyment do Lechii, której nie chce pan skrzywdzić?

- Lechia jest klubem, któremu najwięcej zawdzięczam i w moim sercu ma miejsce na zawsze. Ale naprawdę chcę ją w końcu pokonać! Statystki moich meczów przeciwko Lechii są słabe, więc nadszedł najwyższy czas, żeby je poprawić. Chcę to zrobić dla Śląska. We Wrocławiu odbudowałem się, zadomowiłem, tutaj urodziła się moja córeczka.

Lechia i Śląsk mają ze sobą wiele wspólnego i nie chodzi tylko o przyjaźń kibiców.

- Oba to kluby, przed którymi rysuje się fajna przyszłość, oba są na fali wznoszącej. Mają prywatnych, bogatych właścicieli, niedługo grać będą na nowych, pięknych stadionach. Lechia i Śląsk mają tysiące kibiców, nie tylko w swoich miastach, ale w całym regionie. Myślę, że niedługo usłyszy o nich piłkarska Europa. Tęsknię już za grą na międzynarodowej arenie...

Od czasu pana pamiętnej bramki z rzutu wolnego dla Groclinu Grodzisk przeciwko Manchesterowi City i wyeliminowania Anglików minęło już ponad sześć lat...

- No właśnie... To były piękne chwile. Wcześniej pokonaliśmy przecież Herthę Berlin i o małym klubie z Grodziska pisało się w całej Europie. Potem grałem jeszcze w pucharach w barwach Austrii Wiedeń i Valerengi Oslo, ale to nie było już to samo. Dlatego postawiłem sobie za punkt honoru awans ze Śląskiem do pucharów.

Występując w Valerendze miał pan okazję zmierzyć się z Abdou Traore, piłkarzem Rosenborga Trondheim, który obecnie gra w Lechii. Jak wyglądały te konfrontacje?

- Z bezpośredniego starcia na boisku nie mam zbyt wiele wspomnień, ale tak to już bywa, że w ferworze walki często nie zwraca się uwagi na umiejętności przeciwnika. Ale oglądałem mecze Traore w Lidze Mistrzów. Imponował mi, więc kiedy dowiedziałem się, że będzie grał w Lechii, od razu powiedziałem w klubie, że to będzie gwiazda naszej ligi. I nie pomyliłem się, Traore świetnie sprzedaje swoje umiejętności, to był świetny transfer Lechii.

Tym bardziej że pasuje idealnie do ofensywnego stylu gry, preferowanego przez trenera Tomasza Kafarskiego.

- Kafarski wykonuje w Lechii superrobotę. Jego Lechia gra z polotem, dobrze się to ogląda. Jak każdy zespół Lechia jest jednak do pokonania. Mam nadzieję, że nasz mecz będzie się wszystkim podobał. W ogóle cieszę się, że nasza liga robi się coraz lepsza. Jest coraz bardziej barwna, ma swój urok i jak magnes przyciąga coraz lepszych piłkarzy zagranicznych, rosną nowe stadiony.

Wiąże pan przyszłość z polską ekstraklasą, czy myśli pan jeszcze o grze za granicą?

- Czuję, że muszę jeszcze spróbować sił za granicą, udowodnić samemu sobie, że mógłbym być ważną postacią liczącej się europejskiej drużyny. Tego brakuje mi, żeby spełnić się jako piłkarz. To napędza mnie do treningów.

Niedługo minie 10 lat od czasu, kiedy z reprezentacją Michała Globisza zdobył pan mistrzostwo Europy do lat 18. Jest pan zadowolony z tego, co osiągnął jako piłkarz?

- Nie wszystko potoczyło się, jak bym sobie tego życzył. Popełniłem kilka błędów, podjąłem kilka nietrafnych decyzji. Najgorszą było przejście do Austrii Wiedeń. Miałem wtedy inne propozycje, m.in. ze Spartaka Moskwa i FC Nantes, teraz żałuję, że nie wybrałem któregoś z tych klubów. Ale nie ma co popadać w minorowe nastroje, nie jestem jeszcze piłkarskim emerytem i jeszcze udowodnię, że niektórzy zbyt szybko postawili na mnie krzyżyk.

Na przykład selekcjonerowi Franciszkowi Smudzie, który zdaje się zupełnie nie zauważać pana dobrej formy?

- Trener Smuda jest do mnie uprzedzony. Nie wiem, dlaczego, ale zupełnie nie widzi mojej osoby w reprezentacji [Mila rozegrał w kadrze 28 meczów i strzelił sześć bramek, po raz ostatni wystąpił w niej w 2006 r.], bez względu na to, co zrobię na boisku. Nie ufa mi, ale muszę to zaakceptować. Nie podcina mi to skrzydeł, a tylko motywuje do stawiania sobie innych ambitnych celów.