Trener Arki Gdynia Petr Nemec: W Polsce zrobiono ze mnie zamordystę

Petr Nemec w szczerym wywiadzie opowiada o napiętej sytuacji w Arce Gdynia i swoich metodach szkoleniowych, które nie każdemu się podobają. - W Polsce zrobiono ze mnie zamordystę. A ja nie wiem dlaczego. Dlatego, że wymagam od piłkarzy profesjonalizmu? - mówi.
Maciej Korolczuk: W 12 meczach zdobyliście zaledwie 12 punktów. Zajrzałem do tabeli z poprzedniego sezonu, kiedy prowadził pan Flotę Świnoujście. Pamięta pan, ile mieliście punktów wówczas?

Petr Nemec: Nie.

Dokładnie dwa razy więcej. 24.

- Nie ma co tego porównywać. To był mój czwarty rok pracy w Świnoujściu, w Gdyni jestem trzy miesiące. Tam znałem wszystko, tutaj muszę docierać się ze wszystkim w każdym tygodniu. Tam graliśmy w jednym składzie kilka miesięcy, piłkarze mieli czas, by się poznać i zgrać. W Gdyni w jednym czasie na boisku znalazło się ponad 20 nowych ludzi. Walczyliśmy z tym, ale myślę, że już widać pierwsze efekty.

W jakich elementach?

- Choćby stałe fragmenty gry, po których zdobywamy dużo bramek, pokazują, że nie siedzimy z założonymi rękami. Rozumiem zniecierpliwienie kibiców i dziennikarzy, ale uważam, że tylko przez ciężką i konsekwentną pracę osiągniemy sukces. Początki zawsze są trudne, nikt nigdzie na świecie w trzy miesiące nie zbudował drużyny od podstaw. Zawsze można zmienić trenera, znów wymienić 20 piłkarzy i zacząć od początku. Nie tędy droga.

Ale w Gdyni taki scenariusz jest realizowany od kilku sezonów. Naprawdę pan wierzył, że koncepcja budowania zespołu od zera się powiedzie?

- Gdybym w to nie wierzył, nie podjąłbym się pracy w Arce. Choć z drugiej strony liczyłem, że ze "starej gwardii" zostanie mi więcej piłkarzy. Na początku pracy w Gdyni miałem na treningach Maćka Szmatiuka, Miro Bożoka i przez chwilę Tadasa Labukasa. Gdyby zostali w Gdyni, miałbym gotowy szkielet nowej drużyny. A tak musiałem zaczynać od zera. Miał też odejść Mirko Ivanovski, leżał dwa tygodnie w domu, czekając na Real Madryt i stracił przez to pół miesiąca treningów.

W takim razie ile czasu pan potrzebuje, by powiedzieć z czystym sumieniem, że to Arka Petra Nemeca?

- Nie można tego określić. Jest dużo czynników, które nie do końca zależą ode mnie.

A od czego na przykład?

- Od inteligencji zawodników, od tego, jak szybko zrozumieją, o co mi chodzi. Ja chcę pracować, a niektórzy zawodnicy w Polsce nie są do tego przyzwyczajeni.

W Polsce czy Arce?

- W Arce też. Stąd brała się ciągła rotacja w składzie. W kraju zrobiono ze mnie kata, zamordystę. A ja nie wiem dlaczego. Dlatego, że wymagam od piłkarzy profesjonalizmu? Da pan spokój. Trenujemy tak jak w Europie.

Piłkarze narzekali, że nakazuje pan kopać piłkę, a oni chcą w piłkę grać.

- Bzdura. Też byłem piłkarzem i to piłkarzem technicznym, kochałem grać w piłkę. Nie wiem, dlaczego zostając trenerem, miałbym zmieniać swoje nastawienie do piłki. Żeby grać w piłkę, trzeba mieć siłę. Z samego klepania na boisku niczego nie będzie.

Ma pan leni w drużynie?

- To nie tak. Kiedy zaczynaliśmy pracę w Gdyni, wszyscy piłkarze trenowali na maksa, żeby się pokazać. Potem ci, którzy nie załapali się do wyjściowego, trochę odpuścili, a ci z "11" poczuli się mistrzami świata i też odpuścili. Oczywiście nie wszyscy. To trwało ponad dwa miesiące. Zawodnik jeden mecz gra w podstawowym składzie, potem ławka, później trybuny. Zaczyna myśleć, wyciąga wnioski i znów zaczyna trenować.

Dyskutuj z ludźmi, a nie z nickami - odwiedź profil Trójmiasto.Sport.pl na Facebooku »


Dlatego odesłał pan do rezerw Wojciecha Wilczyńskiego i Michała Płotkę?

- Wojtek i Michał już chyba zrozumieli, dlaczego z nich zrezygnowałem. Czytałem w gazetach ich wypowiedzi i myślę, że wyciągnęli wnioski z tego, co się stało. "Wilku" jest typem piłkarza, który nie może sobie odpuścić. Tak jak Damian Krajanowski. Jak Krajanowski sobie odpuści i zacznie wymyślać, to nie ma Krajanowskiego jako piłkarza.

Rozmawiał pan z Płotką i Wilczyńskim od momentu odesłania do rezerw?

- Nie. Widziałem ich dwa czy trzy treningi, widziałem, że się starają i chcą wrócić do pierwszego zespołu. Pech chciał, że Michał złapał kontuzję. Zresztą z nim był inny problem. Jako kapitan nie przyszedł do mnie ani razu, by porozmawiać o tym, co się dzieje w zespole. W końcu wezwałem go do siebie i usłyszałem, że nie jest przyzwyczajony, by rozmawiać z trenerem w cztery oczy. A ze mną można pogadać o wszystkim. Chodzę z piłkarzami do sauny, na odnowę, gdzie można sobie powiedzieć więcej niż w szatni. Jestem kontaktowym człowiekiem, otwartym na kontakt z każdym z nich. Jeśli będę miał problem z tym, co pan o mnie napisze, to będę pierwszym, który do pana zadzwoni i będzie chciał to wyjaśnić. Tak samo jest z piłkarzami. Jeśli mają problem ze mną, niech mi o tym powiedzą.

A nie mówili?

- Mówili, ale nie mnie, tylko kibicom po meczu w Świnoujściu. Wiem, bo ci sami kibice spotykają mnie na ulicy czy w klubie i wiem to od nich.

Może bunt piłkarzy wynikał z tego, że musieli trenować więcej, a przez ucięte premie i wyjściówki zarabiali mniej?

- Ci, co zarabiali w Arce konkretne pieniądze, już w Gdyni nie grają. Taki Marcin Radzewicz, przychodząc do Arki, po raz pierwszy od pół roku dostał wypłatę.

Widzi pan postęp w pracy nad mentalnością swoich piłkarzy?

- Widzę, choć nie wszyscy jeszcze pracują tak jak powinni. Nie mówię, że zimą znów czeka nas rewolucja kadrowa, ale na pewno z kilkoma piłkarzami się pożegnamy. Nie chcę mówić o nazwiskach, ale na ich miejsce na pewno weźmiemy kilku piłkarzy mniej. Mniej ilościowo, ale więcej jakościowo.

Zdaje pan sobie sprawę, że gdyby nie konflikt zarządu z kibicami to przez słabe wyniki to pan byłby na pierwszej linii krytyki kibiców?

- Ja tej walki nie zacząłem, stoję z boku. Cieszę się z poparcia kibiców i zarządu, ale wymagam od siebie i drużyny więcej. Jestem ambitnym człowiekiem, chcę tylko wygrywać. Wściekam się, kiedy na treningu widzę byle jakie zagranie piłki. Nie zadowala mnie obecne miejsce Arki. Chcę to zmienić jak najszybciej.

Więcej o: