Zemsta będzie słodka? Filip Burkhardt zagra w sobotę przeciwko Arce Gdynia

Jeszcze niedawno kibice skandowali jego nazwisko, a on - mimo że jego dobre mecze można było policzyć na palcach jednej ręki - nie ukrywał, że w Arce czuje się jak w domu. W sobotę zagra przeciwko niej jako piłkarz Sandecji Nowy Sącz. Początek spotkania o godz. 19.45. Transmisja w Orange Sport.
W Gdyni grał u trzech trenerów. Szansę dał mu Marek Chojnacki, sprowadzając go z Warty Poznań. Pytany wówczas o sens zatrudniania piłkarza, który w ciągu czterech sezonów zwiedził aż siedem klubów i w żadnym z nich nie stanowił o jego sile, były trener ŁKS Łódź bronił gracza. Widział w nim jednego z liderów drugiej linii, chciał mu powierzyć jedną z wiodących ról w drużynie. Do składu wprowadzał go jednak ostrożnie, zupełnie tak, jak wyglądała gra 22-letniego wówczas pomocnika. Burkhardt w ciągu całego sezonu głównie wchodził z ławki. Śmielej, ale też tylko do czasu, zaczął na niego stawiać dopiero następca Chojnackiego Dariusz Pasieka.

W międzyczasie w Gdyni trwał proces oczyszczania szatni z piłkarzy, którzy mieli w drużynie najwięcej do powiedzenia. Co rundę z Olimpijską żegnali się kolejni przedstawiciele starszyzny. Nowym ulubieńcem fanów szybko został Burkhardt. To kibice Arki najgłośniej i najdłużej dopominali się, by władze klubu zaproponowały piłkarzowi nową umowę. To na oficjalnej stronie Stowarzyszenia Kibiców Gdyńskiej Arki na początku lipca ukazał się obszerny wywiad z piłkarzem, który tuż po odejściu z Gdyni mówił: "Zabrakło mi zaufania u któregoś z trenerów. Jedyny moment, kiedy czułem takie zaufanie, to końcówka sezonu 2009/2010 i wtedy grałem najlepiej. O to mogę mieć trochę żalu, często zdarzało się, że po dobrym meczu zagrałem gorszy i od razu sadzano mnie na ławkę, podczas gdy inni po trzech słabszych meczach nadal grali".

Wiosną 2010 r. Burkhardt pojawiał się na boisku częściej niż jesienią. Żółto-niebiescy rozpaczliwie walczyli wówczas o pozostanie w elicie. W ostatniej kolejce polegli we Wrocławiu ze Śląskiem (1:2), ale i tak utrzymali się w ekstraklasie.

Mimo sukcesu drużyny, chimerycznemu piłkarzowi ciągle brakowało błysku. Pasieka cierpliwie czekał na jego przełamanie. Ze środka pola przesuwał go na skrzydło, za partnerów dawał mu Bartosza Ławę, Miroslava Bożoka czy Marcina Budzińskiego. Ale Burkhardt wciąż pozostawał w ich cieniu. W całym sezonie nie strzelił bramki, ale w Gdyni został. Do końca umowy pozostawało mu wówczas 12 miesięcy. Gdyby nie to, w następnym sezonie w Arce już by nie grał.

W następnym sezonie, kiedy Ława odszedł do Pogoni Szczecin, w środku pola zrobiła się dziura. Pasieka zalepił ją Burkhardtem i Pawłem Zawistowskim, ale już od pierwszego meczu z Wisłą Kraków wiedział, że Arka nie wytrzyma w takim ustawieniu nie tylko do końca sezonu, ale i rundy. Z Burkhardta obecny szkoleniowiec Cracovii zrezygnował najszybciej. Miejsce w podstawowym składzie stracił tuż po czwartej kolejce i porażce z Zagłębiem Lubin. Do końca sezonu w wyjściowej jedenastce Burkhardt pojawił się już tylko w sześciu meczach. Wiosną, gdy zwolniono Pasiekę, a w jego miejsce przyszedł Frantisek Straka, sytuacja nie uległa zmianie. Burkhardt nadal ugniatał ławkę rezerwowych. Im bliżej było do końca czerwca, tym bardziej topniały nie tylko szanse Arki na ponowne utrzymanie w ekstraklasie, ale i nadzieje piłkarza na pozostanie przy Olimpijskiej.

"Szatnia była podzielona. Nie było atmosfery. Nie wiem, czy da się zrobić atmosferę przy podziałach na kilka frakcji i szatni pełnej obcokrajowców ze wszystkich stron świata" - wyznał w tym samym wywiadzie Burkhardt, tłumacząc przyczyny spadku do I ligi.

Był już wówczas wolnym zawodnikiem. Chciał grać w ekstraklasie, miał propozycje z zagranicy, ale asekurował się, nie wykluczając też gry w I lidze. Na początku sierpnia Arka przegrała w Nowym Sączu z Sandecją 0:3. Dwa tygodnie później Burkhardt podpisał umowę z klubem z Nowego Sącza, a w sobotę po raz pierwszy stanie przeciwko byłym kolegom, których w Gdyni zostało jednak niewielu.

Zanim przeprowadził się do Małopolski powiedział: "Wierzę, że pewni ludzie jeszcze w Gdyni za mną zatęsknią".