Sport.pl

Apel trojmiasto.sport.pl do prezesa PZPN Zbigniewa Bońka w sprawie kary dla Arki Gdynia

Kara dwóch spotkań bez udziału publiczności nałożona na Arkę Gdynia przez Komisję Dyscyplinarną PZPN przypomina zachowanie niekompetentnego nauczyciela w szkole, który wobec wybryków łobuzów z ostatniej ławki, karze całą klasę kartkówką i serią ?jedynek? w dzienniku - uważa Maciej Dzwonnik z Trojmiasto.sport.pl.
Przypomnijmy, Komisja Dyscyplinarna PZPN zdecydowała, że Arka rozegra najbliższe dwa spotkania bez udziału publiczności. Kara jest pokłosiem zachowania części gdyńskich kibiców podczas meczu z GKS Katowice (1:2), w którym w okolicach 75. minuty trybuna "Górka" (siedzą na niej najbardziej zagorzali kibice gdynian) rozświetliła się od płomieni rac, petard i fajerwerków.

O tym, że pirotechnika na polskich stadionach jest surowo zabroniona wiadomo nie od dzisiaj. Wiedzą o tym też kibice z "Górki", którzy pomimo tego przemycili kilkanaście rac i petard. Te zawinięte były ponoć w ogromną sektorówkę, a więc ich wykrycie przez pracowników klubu było praktycznie niemożliwe. O ile o zasadności przepisów zakazujących pirotechniki można dyskutować, to dopóki te przepisy obowiązują, kibice powinni liczyć się z konsekwencjami. Te nadeszły szybko, ale... nie w nich uderzają najmocniej. Są za to zdecydowanie zbyt surowe i nie do końca uczciwe.

Po pierwsze i najważniejsze: decyzja Komisji Dyscyplinarnej PZPN jest sprzeczna z logiką

Ta stanowi bowiem, że za podobne przewinienia powinno się karać w podobny sposób. Wszyscy są ponoć równi wobec prawa, tak? A przecież na meczu Pogoni Szczecin z Legią Warszawa odpalono ponad 100 (!) rac. I co? Czy stadion w Szczecinie zamknięto? Nie. Skończyło się na karze finansowej. Zamknięto z kolei część "Żylety", czyli odpowiedniczki "Górki" na stadionie Legii, ale to była już decyzja wicewojewody mazowieckiego, a nie PZPN. Dla porównania, po starciach pseudokibiców z policją w Szczecinie, jeden z policjantów walczy o to, by nie stracić oka. A w Gdyni? Owszem, było głośno, było też przez chwilę gęsto od dymu, ale było też... mimo wszystko bezpiecznie.

Kolejny przykład. Świeżutki, bo z piątku. Na meczu Wisły Kraków z Lechem Poznań krakowscy pseudokibice odpalili race i rzucali je na boisko (!). W ruch poszły też petardy hukowe oraz seria bluzgów z trybun. Po przerwie zaś na pole karne Wisły spłynęły serpentyny. Sprzątali je piłkarze, a sędzia (dwukrotnie) przerywał mecz. I co teraz? Wszak przewinienia krakowskie są wyraźniejsze od gdyńskich, ale mówi się co najwyżej o zamknięciu jednej z trybun i karze finansowej. A scenariusz z zamknięciem całego stadionu? Mało prawdopodobny.

Po drugie, klub płaci karę za nie swoje winy.

W mojej opinii organizacji meczów w Gdyni nigdy nie można było niczego zarzucić. Wszystkich wejść i wyjść pilnują liczni stewardzi, porządku na trybunach ochroniarze, nad wszystkim czuwa dokładny monitoring (który pseudokibica z racą jednak nie zidentyfikuje, bo ten schowa się przed jej odpaleniem pod sektorówką i ubierze kominiarkę), a otoczenie stadionu zabezpiecza policja. Na stadionie w Gdyni każdy kibic zawsze może czuć się bezpiecznie. Race i petardy na "Górkę" zostały zaś przemycone, ale winowajcy przemytu stracą tylko możliwość "obejrzenia" dwóch meczów. Dla nich to niewielka strata, spod sektorówki i tak niewiele widzieli. Klub straci dużo więcej, bo utrata wpływów z biletów (m.in. z marcowego "meczu przyjaźni" z Cracovią, który szczelnie wypełniłby większość sektorów na stadionie) będzie potężnym ciosem dla dziurawego od pewnego czasu klubowego budżetu. A Arka na całej tej historii mocno straci też wizerunkowo.

Po trzecie, kara uderza też w większość kibiców chodzących na Arkę, ale niekoniecznie na "Górkę".

Czyli na... około 3/4 ogólnej frekwencji. Czy kibice, którzy kupili karnet na trybunę "Tory", czy "Olimpijską", nie powinni czuć się teraz oszukani? Wszak chcą tylko oglądać mecze, zapłacili za to, a teraz ktoś stosuje na nich odpowiedzialność zbiorową? Komisja Dyscyplinarna PZPN zamykając stadion przed tymi kibicami zachowała się jak niekompetentny nauczyciel w szkole, który wobec wybryków łobuzów z ostatniej ławki, karze całą klasę kartkówką i serią "jedynek" w dzienniku.

I wreszcie po czwarte, stracą też piłkarze i trener Petr Nemec.

Drużynie nie idzie ostatnio wcale, w trzech meczach (rozegranych z niżej notowanymi rywalami) gdynianie ugrali zaledwie... punkt. Są już tylko sześć punktów nad strefą spadkową i do niedzielnego meczu wyjazdowego ze Stomilem Olsztyn podejdą z nożem na gardle. Jeśli tam powinie im się noga (co jest dość prawdopodobne), to o spokojną zimę powinni walczyć w meczu z Dolcanem Ząbki u siebie. Ale zaraz, walczyć przy pustych trybunach? Umówmy się, bez dopingu łatwo nie będzie.

Decyzje co do kar w ekstraklasie podejmuje co prawda nie Komisja Dyscyplinarna PZPN, ale Komisja Ligi, za to w zgodzie z przepisami PZPN (cyt. "Komisja działa zgodnie z Regulaminem Dyscyplinarnym PZPN oraz aktami normatywnymi uchwalonymi przez Zarząd spółki i/lub Zarząd PZPN."). Czy podobne przewinienia w grających "obok siebie" ligach nie powinny być więc ukarane w podobny sposób?

Apeluję więc do nowo mianowanego prezesa PZPN Zbigniewa Bońka, aby ten sprzątanie w "Stajni Augiasza", jaką bez wątpienia jest polska piłka, rozpoczął m.in. od porządków w Komisji Dyscyplinarnej i Komisji Ligi. Te dwa organy muszą działać na podobnych zasadach, a kluby na wszystkich szczeblach rozgrywek muszą być traktowane równo. Kary za przewinienia muszą być ujednolicone! Bez tego trudno będzie mówić o normalności i stabilizacji, a tych obu polska piłka potrzebuje obecnie bardzo mocno. Apeluję też o wpłynięcie na Komisję Dyscyplinarną i zmniejszenie kary dla Arki. Bo gdyńskiego klubu, jak opisałem już wcześniej, nie powinno się winić za nie swoje występki. Zwłaszcza jeśli ten przy każdym meczu robi dużo więcej od większości polskich klubów, by takim występkom zapobiec.

Więcej o: