Arka jak Borussia Dortmund? Właśnie straciła "gdyńskiego Piszczka" [WYWIAD Z TRENEREM PAWŁEM SIKORĄ]

- W rundzie jesiennej nie zawsze byliśmy jednością. Starsi zawodnicy powinni więcej współpracować z młodszymi. Szatnia powinna funkcjonować inaczej. To będzie podstawowa rola kapitana. Zabrakło zwykłych rozmów i przysłowiowego wzięcia za klapy. Wiosną chcę tego uniknąć - mówi w rozmowie z trójmiasto.sport.pl trener Arki Paweł Sikora.
Rozmowa z Pawłem Sikorą, trenerem Arki Gdynia

Maciej Korolczuk: Kupiła już pana drużyna?

Paweł Sikora: To się okaże, gdy przyjdą mecze. Na razie mam ten komfort, że przed nami długi okres przygotowawczy. Czy kupiła? Nie wiem, na pewno część z nich mi zaufała, co pokazał ostatni mecz jesieni z ŁKS.

Dla kogo to było wkupne w Arkę? Bardziej dla nich czy dla pana?

- Trudno powiedzieć, bo wówczas nikt nie przypuszczał - łącznie ze mną - że za kilka tygodni zostanę pierwszym trenerem. I chyba tę szansę wykorzystaliśmy zarówno ja, jak i zawodnicy.

Na ile zespół "made by Paweł Sikora" będzie inny od tej drużyny, którą widzieliśmy przez ostatnie półtora roku, gdy szkoleniowcem był Petr Nemec?

- To nie będzie radykalnie inna drużyna, bo na to nie ma ani czasu, ani tym bardziej środków. Mamy ten sam garnitur, który mieliśmy. Teraz trzeba go trochę odświeżyć, może połatać kilka dziur, ale przy rzetelnej pracy można sprawić, by jeszcze nam trochę posłużył. Głęboko wierzę, że uda nam się to osiągnąć.

Porównań do pracy swojego poprzednika nie da się uniknąć.

- Nie uważam, że koncepcja trenera Nemeca była zła. Osiągnęliśmy przecież założony cel. Koncepcja na pewno opierała się na ciężkiej i systematycznej pracy, co ja będę się starał trochę urozmaicić i wprowadzić kilka innowacji. Mamy młody sztab szkoleniowy, który ma sporo ciekawych pomysłów. Będziemy chcieli je stopniowo wprowadzać, ale tylko wtedy, gdy będzie się to odbywać z korzyścią dla drużyny.

Mocno różniliście się z trenerem Nemecem?

- Jesteśmy całkowicie innymi typami ludzi. Wielokrotnie ścieraliśmy się na temat taktyki, doboru zawodników czy choćby prowadzenia treningu. Chociaż były to na pewno spory konstruktywne. Czasem ustępowałem ja, czasem Petr. Uczyłem się od niego pokory i szacunku do ciężkiej pracy. Nigdy nie prowadził treningów z tzw. kapelusza, zawsze był przygotowany do zajęć, ale czego sam nie ukrywał, grał w piłkę w innych czasach i wtedy zawodnicy też inaczej podchodzili do swojego zawodu. Gdy zaczynaliśmy pracę w Świnoujściu, przekonałem go do pracy na komputerze, z którym się już później nie rozstawał. To dla mnie dość trudna sytuacja, bo poza tym, że od wielu lat ze sobą współpracowaliśmy, to byliśmy kolegami, powiedziałbym nawet, że przyjaciółmi. Gdy otrzymałem propozycję objęcia Arki, kilka godzin nie mogłem się zebrać w sobie, by do niego zadzwonić.

Jak zareagował?

- Spokojnie, choć w jego i moim głosie dało się pewnie słyszeć nieco smutku, że nasze drogi się rozchodzą. Chciałem być lojalny wobec niego, ale z drugiej strony rezygnując z pracy w Arce czy nie przyjmując propozycji pozbawiłbym się środków do życia i szansy samodzielnej pracy trenerskiej. Nie wykluczałem też takiej ewentualności, że gdyby przyszedł do Gdyni trener z zewnątrz, to pracowałbym w Gdyni w roli asystenta do końca kontraktu.

Ma pan drużynę, która skoczy za pana filozofią w ogień? Jesień pokazała, że Nemec takiej grupy stworzyć nie potrafił.

- Zdaję sobie sprawę, że w rundzie jesiennej nie zawsze byliśmy jednością. Starsi zawodnicy powinni więcej współpracować z młodszymi. Szatnia powinna funkcjonować inaczej. To będzie podstawowa rola kapitana. Zabrakło zwykłych rozmów i przysłowiowego wzięcia za klapy. Wiosną chcę tego uniknąć, bo musi nas złączyć jeden cel. Już mecz w Łodzi pokazał, że zaszła w szatni pewna zmiana. Dostałem później kilka telefonów od chłopaków, że są pozytywnie nakręceni, że postarają się zmienić. A na to, czy pójdą za mną w ogień, pracuje się latami. Ja dopiero zaczynam.

Na co w pierwszej samodzielnej pracy zwracać pan będzie największą uwagę?

- Chciałbym pracować trochę na zasadzie menedżera. Zaufać ludziom, którzy będą ze mną współpracowali, czyli otaczać się fachowcami w danej dziedzinie, ludźmi, którzy są ode mnie mądrzejsi w swojej specjalizacji, bo ja nie pozjadałem wszystkich rozumów. Chcę mieć jednak nad wszystkim kontrolę, bo to ja będę odpowiadał za efekt tej pracy. Chcę się od nich uczyć, podpatrywać, co robią i jak pracują. Moim konikiem jest taktyka, lubię oglądać Bundesligę, to jak gra Borussia. Może z zachowaniem wszelkich proporcji udałoby się przeszczepić pewne wzorce na nasz grunt?

Gdyńskiego Piszczka, czyli sprzedanego do Pogoni Szczecin Juliena Tadrowskiego właśnie pan stracił.

- Po dwóch meczach wiedziałem, że to dla niego pierwsza i ostatnia runda w Arce.

Mało kto wie, ale to pan był pomysłodawcą sprowadzenia go do Gdyni.

- To prawda. Pamiętałem go z meczów młodzieżowej reprezentacji, które gdzieś kiedyś oglądałem. Poleciłem go w klubie i po kilku tygodniach okazało się, że może u nas grać.

Ile nazwisk liczy pańska lista transferowa?

- Nie jest długa, a teraz, gdy kilku zawodników z niej wypadło, gdy okazało się, że kluby, w których grają, nie chcą z nich zrezygnować, jest jeszcze krótsza. Szukamy piłkarzy na prawe skrzydło, może kogoś do środka, by stworzyć rywalizację na pozycji Radka Pruchnika. Chciałbym, by w środku było więcej kreatywności i tego będę od niego wymagać.

W kilka tygodni chce go pan nauczyć gry do przodu?

- To bardzo inteligentny chłopak, będzie musiał to nadrobić.

Do czego mają służyć wam sobotnie sparingi testowanych piłkarzy z rezerwami klubu?

- To bardziej sprawdzian pod kątem transferów letnich niż zimowych. Każdy, kto nam wpadnie w oko, trafi do notesu i do rozmów o grze w Gdyni wrócimy dopiero po obecnym sezonie. Szukamy też młodych zdolnych pod kątem uzupełnienia drugiej drużyny, bo w tej chwili wyciągnęliśmy z niej wszystkich wartościowych zawodników. Źródło powoli zaczęło wysychać.

Problem w ataku ma wam rozwiązać Łukasz Zwoliński. To piłkarz już gotowy na pierwszą jedenastkę?

- To jeden z najzdolniejszych zawodników w swoim roczniku. Gdybym miał go do kogoś porównać, to jest taki drugi Mateusz Szwoch, ale z lepszymi warunkami fizycznymi. Dwa lata temu w jednym sezonie, licząc ligę i puchary strzelił w sumie 45 bramek. Świetnie gra głową, dysponuje strzałem z obu nóg, potrafi uderzyć z dystansu, ma dobrą dynamikę, potrafi zwieść rywala niekonwencjonalnym zwodem.

Jaka to będzie runda dla Arki i dla pana?

- Mamy taką samą przewagę nad dołem, jak i stratę do czołówki. Będę chciał wygrywać, ale też grać bardziej ofensywnie. Chcę, by nasza gra podobała się kibicom. Jeśli Arka będzie pod moją wodzą grać zbyt defensywnie i przegrywać, wyrok podpiszę sam na siebie. Trzeba jednak do wszystkiego podchodzić z głową i szanować każdego przeciwnika.

Będzie pan chciał wykorzystać fakt, że ta runda aż dla 15 piłkarzy Arki może być ostatnią?

- Oni zdają sobie z tego sprawę. Sytuacja na rynku piłkarskim jest coraz trudniejsza. Znaleźć klub i podpisać dobry kontrakt nie jest łatwe. Ale ja nie zamierzam ich motywować w ten sposób. Preferuję inne metody, czysto sportowe, a nie finansowe.

Jesienią drużynę i trenera Nemeca zgubił zbyt nisko postawiony cel przed drużyną. Będzie chciał pan go zmienić? Wymóc na drużynie walkę o wyższe cele?

- Wraz z Petrem takiego celu sobie nigdy nie stawialiśmy, ale rzeczywiście dla zawodników to było łatwe alibi. Będę chciał to zmienić, bo w mojej ocenie stać nas na miejsca 4-6.

Kibice mogą porzucić nadzieję, że zimą przyjdzie do Arki piłkarz z nazwiskiem?

- Na razie jest za wcześnie, by mówić o konkretach, ale jest szansa, że pojawią się w Cetniewie podczas sparingu z Polonią.