Sport.pl

Rafał Grzelak: Arka Gdynia to była dla mnie jedyna opcja

Rafał Grzelak zaliczył w swojej karierze trzynaście klubów, w tym kilka zagranicznych, miał epizod w reprezentacji Polski, ale ostatnio jego kariera znalazła się na ostrym zakręcie. Na prostą będzie chciał wyjść w Arce Gdynia.
Piotr Wiśniewski: Arka jest trzynastym klubem w pana karierze. Trochę się tego nazbierało.

Rafał Grzelak: To prawda, ale z drugiej strony, w piłkę gram już 14 lat, a to niemało. Rzeczywiście brakowało mi stabilizacji, bo najdłużej w jednym klubie spędziłem 2,5 roku - w Pogoni Szczecin. Zazwyczaj mój pobyt w jednym miejscu ograniczał się do pół roku, roku, maksimum to półtora sezonu. Tak się potoczyły moje losy.

Z Pogonią wiążą się chyba najlepsze lata w pana karierze. Spisywał się pan w niej na tyle dobrze, że wyjechał pan do Portugalii.

- Poza małymi wyjątkami pobyt w większości klubów wspominam pozytywnie. Akurat w Pogoni grałem najdłużej. Trafiłem pod skrzydła prezesa Ptaka, który długo tkwił w Szczecinie. Pewnie gdybym wcześniej zmienił klub, to moje losy potoczyłyby się inaczej. Jednak nie żałuję. A że zebrało się kilkanaście klubów? Odpowiem w ten sposób - cieszę się, że dalej gram w piłkę.

Swego czasu o prezesie Antonim Ptaku wiele się słyszało. Słynął z wielu kontrowersyjnych decyzji. Pan też go tak wspomina?

- Miał swoją wizję Pogoni. Chciał stworzyć w Szczecinie kolonię Brazylijczyków. Pomysł okazał się nietrafiony, a to doprowadziło do rozpadu klubu. Ludzie bogaci mogą z pieniędzmi robić, co chcą. Na pewno dla niektórych takie zachowanie może wydać się dziwne. Ja jedynie mam pretensje do byłego właściciela Pogoni, że tak długo trzymał mnie u siebie, bo już wcześniej pojawiły się oferty zagraniczne.

Skąd dokładnie?

- Z Belgii, z Niemiec, ale to dawne czasy, jak jeszcze byłem młody (śmiech). Wówczas, niestety, nie udało się wyjechać zagranicę. Prezes Ptak zatrzymał mnie, dyktując zaporowe ceny. Co było, to było. Czasu przecież nie cofnę.

Rok 1999 i 2001 to złoty okres młodego Rafała Grzelaka. Wicemistrzostwo, a następnie mistrzostwo Europy do lat 17 i 19 z trenerem Michałem Globiszem. Na skrzydłach szaleli wówczas Grzelak z Madejem. Dziś o tych piłkarzach trochę ciszej. W Arce chce się Pan ponownie przypomnieć?

- Moim celem jest przede wszystkim dobra gra w piłkę. Obojętnie gdzie jestem, zawsze chcę być jak najlepiej przygotowany, bo przekonać do siebie kibiców mogę tylko dobrą grą. To, co było kiedyś, już nie wróci. Minęło 12 lat. To wieczność. Od tego czasu zmieniłem się. Fajnie jednak mieć takie wspomnienia i mieć do czego wracać. Zawsze jest czym się pochwalić synowi.

Przede mną stoi uśmiechnięty i wyluzowany facet. Tak też podchodzi pan do futbolu? Już mniejsza presja?

- Piłkę nadal traktuję bardzo poważnie. Póki gram na wysokich szczeblach, podchodzę do tego serio. Doświadczenie na pewno robi swoje. Poza boiskiem nie zapominam o obowiązkach, mam przecież rodzinę. Z biegiem lat każdy człowiek się zmienia. Nie oznacza to, że w przeszłości się spinałem. Myślę, że cały czas byłem spokojnym, luźnym chłopakiem.

Wychowanek Widzewa Łódź, który grał w lokalnym rywalu - ŁKS. Nie miał Pan w związku z tym problemów?

- To są dawne czasy. Do tej pory znajdą się jednak ludzie, którzy będą mi to wypominać. Na mnie nie robiło to jakiegoś wrażenia.

Boavista Porto. Jak wspomina pan ten klub?

- Dla mnie to był jeden z najlepszych momentów kariery. Żałuję, że problemy finansowe Boavisty po części przesądziły o moim odejściu. Nie jest to miłe uczucie, gdy widzi się, że były klub tuła się teraz gdzieś po trzecich ligach. Sportowo bardzo się w Portugalii rozwinąłem. Mogłem jeszcze bardziej, ale odszedłem.

W tamtych czasach o sile Boavisty decydowali m.in. Polacy - pan i Przemysław Kaźmierczak.

- Miałem bardzo dobry pierwszy sezon, dużo grałem. W kolejnym liczba występów dramatycznie spadła, a to dlatego, że odszedłem w połowie rundy. Cały czas miło wspominam pobyt w Boaviście. Wyniki były przyzwoite, ale ile można grzebać w przeszłości? Lata mijają niespostrzeżenie.

W pańskim CV jest też Skoda Xanthi. Kibice, gdy słyszą o Grecji i Cyprze, to pierwsze, co przychodzi im na myśl, to: słoneczko, cieplarniane warunki. Słowem: żyć, nie umierać. Tak też było?

- Organizacyjnie Skoda prezentowała się bardzo dobrze. W odniesieniu do polskich warunków porównałbym ją do Amiki lub Groclinu. Mała miejscowość, ale wszystko poukładane. Kameralny stadion, finanse zabezpieczone. Do tego dobra baza treningowa. No i oczywiście jak to w Grecji - piękna pogoda (śmiech).

Co przez ostatnie miesiące działo się z Rafałem Grzelakiem?

- Trenowałem dzięki uprzejmości Szkoły Mistrzostwa Sportowego i działaczy Tura Turek w Łodzi. Nie miałem indywidualnych zajęć, ćwiczyłem z zespołem. Brakowało tylko meczów.

Szansa, żeby to nadrobić, nadarza się w Arce.

- Cieszę się, że trafiłem do Gdyni, bo tak naprawdę to była jedyna oferta, jaką otrzymałem, a to dzięki uprzejmości trenera Michała Globisza. Jestem podbudowany tym, że mam gadzie grać i kontynuować karierę. Trzy miesiące bez piłki były trudne. Trochę straciłem.

Czego można się spodziewać po Arce i po panu w rundzie wiosennej?

- Ciężki może być początek. Wracamy po długiej zimie, a dla piłkarzy to nie jest komfortowe. Ze względu na warunki atmosferyczne trenujemy na sztucznej murawie. Nie wiemy, kiedy wyjdziemy na normalne boisko. Trzeba będzie się przestawić. Mam jednak nadzieję, że się wszystko dobrze ułoży.

Czy Grzelak będzie w Arce wiodącą postacią? Podyskutuj na Facebooku Trojmiasto.Sport.pl! »


Więcej o: