Sport.pl

Krzysztof Sobieraj z Arki Gdynia przed meczem z Wartą Poznań: Prezes Łukomska-Pyżalska? To jej mąż pociąga za sznurki

Obrońca Arki Gdynia Krzysztof Sobieraj jeszcze w poprzednim sezonie był zawodnikiem Warty Poznań. Jak wspomina klub pod rządami słynnej prezes Izabelli Łukomskiej-Pyżalskiej? - Mieliśmy do czynienia z fajnym opakowaniem, fajnie sprzedanym w mediach, jednak w środku wcale już tak różowo nie było. Czekoladki nie były pierwszej jakości, Wedel to nie był - mówi Sobieraj.
Piotr Wiśniewski: Mecz z Wartą Poznań wyzwala u pana jakieś dodatkowe emocje?

Krzysztof Sobieraj: Miło wspominam grę w Poznaniu, ale ten mecz nie będzie dla mnie nad wyraz szczególny. Po pierwsze, nie będę grał w tym spotkaniu, bo pauzuję za kartki. Po drugie, w Warcie byłem krótko, bo tylko rok. Nie uważam jednak, że był to dla mnie rok stracony. Powiem więcej - fajnie, że mogłem grać w Warcie.

Panią prezes też tak miło pan wspomina?

(chwila zastanowienia) - Wartę ocenia się przez pryzmat pani prezes, a tak na prawdę, to ona jest w cieniu swojego męża. To pan Jakub Pyżalski pociąga za sznurki. Współpracę z tym panem oceniam pozytywnie. Znaleźliśmy wspólny język. Dał mi odczuć, że jako piłkarza mnie szanuje i ceni. Przynajmniej odniosłem takie wrażenie. Potrafiliśmy porozmawiać po męsku. Czasem podszedł do mnie i w krótkich żołnierskich słowach przekazał: "Krzysztof, weź złap ich za pysk i zagrzej do walki". Za to mnie chyba lubił. Szanowaliśmy się. Choć nie kryję, że z Wartą nie jestem do końca rozliczony...

To znaczy?

- Warta ma wobec mnie zaległości. Niby wszystko fajnie i sympatycznie, aczkolwiek mam lekką zgagę. Państwo Pyżalskich zawsze miałem i nadal mam za ludzi konkretnych. Sądziłem jednak, że w swoich dążeniach będą bardziej zawzięci i wytrwalsi. Jak widać wszystko gdzieś rozbiło się o finanse.

A może nie udźwignęli ciężaru klubu I-ligowego?

- Zdążyłem zauważyć, że pani prezes i jej mąż są "w gorącej wodzie kąpani". Będąc w Warcie przez rok, wiem, że są to ludzie bardzo zdeterminowani w swoich celach. Nie ma dla nich rzeczy niemożliwych. Są bardzo ambitni, ale i niekiedy niecierpliwi.

O czym świadczą ciągłe zmiany zawodników i trenerów. Gdy pan grał w Warcie, było tam kilku szkoleniowców.

- O tym właśnie mówię. Brak cierpliwości rzutował potem na nerwowe ruchy. Nie ma tam miejsca na zaraz, od razu musi być tu i teraz. A może to i zaleta?

Mówi się, że w piłce cierpliwość jest jednak cnotą.

- W ogóle w sporcie cierpliwość i wytrwałość to ważne cechy. Bez nich nic trwałego się nie zbuduje.

Pani Łukomska-Pyżalska jest postacią medialną. Wszędzie jej pełno. Jej wpisy można śledzić chociażby na Twitterze. To pomaga w byciu prezesem?

- Prezesi większości klubów piłkarskich zbytnio się nie wychylają, ale są też tacy, co lubią być na świeczniku. Przykłady z polskiej ligi, gdy prezesi częściej są na pierwszych stronach gazet, raczej nie działają dobrze na klub, piłkarzy. Zobaczmy Józefa Wojciechowskiego czy panią Izabellę. Teraz pojawił się Bogusław Leśnodorski z Legii. Nie wiem, jak inni go postrzegają, ale ja mam wrażenie, że on decyduje o wielu sprawach, siedząc na tylnym siedzeniu. Co ważne - raczej nie miesza się w kompetencje trenerów.

Prezes Leśnodorski to nowatorska postać w polskiej piłce. To on jest pionierem transferów z klubu polskiego do polskiego, co wcześniej wielu osobom nie mieściło się w głowie. Jak by nie patrzeć, ten ruch uatrakcyjnił nieco skostniały rynek.

- Na pewno takim działaniem prezes Leśnodorski mocno punktuje. Wracając jednak do wątku Warty, odniosłem wrażenie, że pani Łukomskiej-Pyżalskiej było aż za dużo w mediach. A wydaje mi się, że to o drużynie powinno się mówić i czytać więcej niż o jej prezesie, a nie na odwrót. Tymczasem w Poznaniu mówiło się i pisało tylko o pani prezes, my, piłkarze, pozostawaliśmy w jej cieniu. Nie chcę w żaden sposób naskakiwać na panią Izabellę, ale czasami czuliśmy się przytłoczeni, czuliśmy się aktorami drugiego planu.

Czyli będąc na boisku, martwiliście się o to, co będzie jutro, zamiast skupić się na kolejnych meczach?

- Pewnie pyta pan o niepewność. Nie, to nie tak. Nasza rozmowa o pani Izabelli cały czas krąży wokół braku cierpliwości. Tu jest pies pogrzebany. W tym miejscu podam przykład Artura Płatka, którego świetnie oceniam jako trenera. Ma bardzo dobry warsztat. To zresztą nie tylko moje zdanie, gdyż był ceniony przez innych piłkarzy. Do dziś, gdy rozmawiam z kolegami z Warty, ciepło się o nim wypowiadają. Często podczas rozmów wspominamy go. Niestety, pozytywny wynik nie szedł w parze z jego oceną, dlatego szybko został zamieciony.

Rozumiem, że ze wszystkich trenerów Warty Płatka wspomina pan najlepiej?

- Zdecydowanie. Jak już powiedziałem, to trener o dobrym warsztacie i niemieckiej mentalności.

A co z pozostałymi? Byli przypadkowi?

- Każdy trener jest inny, czego innego wymaga. To nie tak, że ten jest gorszy czy lepszy. Przede wszystkim trener musi mieć swój plan i koncepcję, a potem wiedzieć, czego wymagać od piłkarzy. Musi umieć egzekwować swoje polecenia. Jasno nakreślić co i jak, umieć dotrzeć do piłkarzy. Jest kilku trenerów, z którymi pracowałem i ich cenię. Wymienione cechy posiadał trener Płatek. Co ważne, umiał to egzekwować. Dlatego trenera Płatka będę bronił. Zwolnienie go było błędem.

Miał być w Arce...

- Ale nie jest i pracuje dla Borussii Dortmund, co tylko świadczy o jego dużych kompetencjach.

Zostając przy temacie prezes Warty. Mówi się, że to ładniejsza wersja Józefa Wojciechowskiego.

- Coś w tym jest.

Chodzi mi o łatwość pozbywania się trenerów i piłkarzy. Ci obecni grają za niskie stawki.

- Nie chcę nikomu zaglądać do portfela. Trzymajmy się jednak faktów. Pani prezes nikogo na siłę nie trzymała. Kto chciał odejść, proszę bardzo. W Warcie pewien etap już się skończył. Z pewnością na decyzje pani Izabelli wpłynęła słabsza postawa piłkarzy. Ja nie unikam odpowiedzialności, bo grałem w tej drużynie, a celu nie zrealizowaliśmy. Nie było awansu i to pociągnęło za sobą spiralę kolejnych ruchów.

Runda jesienna tak naprawdę przelała czarę goryczy. Okazało się, że pieniądze to jednak nie wszystko.

- Bóg wie jakich pieniędzy to znowu w Warcie nie było. Ktoś niepotrzebnie nadmuchał balonik. Mówiono o bardzo wysokich zarobkach, a to nieprawda. W Warcie było normalnie, ale bez większego przepychu. A takie dodatkowe atrakcje jak fitness, siłownia czy obiady, o których tak trąbiła w mediach pani prezes, są wszędzie i dzisiaj to standard. W Arce też dostajemy obiady, a nikt z tym nie leci do mediów. Za to było bardzo dobrze sprzętowo.

Może chodziło, aby dobrze sprzedać to w mediach.

- O tym mówię. Proszę napisać i podkreślić to czarnym drukiem. Mieliśmy do czynienia z fajnym opakowaniem, fajnie sprzedanym w mediach. W środku, a konkretnie w Warcie, wcale już tak różowo nie było. Czekoladki nie były pierwszej jakości.

Czyli przerost formy nad treścią.

- Porównanie z czekoladkami chyba najlepiej to oddaje. Wedla to mieli w Piaście czy Pogoni, u nas było trochę skromniej. Pani prezes wiedziała jednak, co powiedzieć, tak aby fajnie się to sprzedało w mediach. Pod tym co mówię, mogę się podpisać obiema rękami. Obecnie Arka płaci na zbliżonym poziomie co Warta wtedy, a cele są jakże zgoła odmienne...

A jak jest z cierpliwością prezesa Arki, który swoją funkcję obejmował w ciężkich czasach?

- Cierpliwy jest, to na pewno. Pan Pertkiewicz robi w Arce dobrą robotę. Wszyscy wiemy, że nie było mu łatwo. Wiele rzeczy naprostował. Pieniążki mamy na czas, a wcześniej, nawet pół roku temu, było z tym różnie. Pojawiły się kilkumiesięczne poślizgi. My, piłkarze, złego słowa na prezesa nie możemy powiedzieć. Jest osobą, która nie rzuca słów na wiatr.

Nie sądzisz, że was, piłkarzy, kibice oceniają przez pryzmat pieniędzy. Że to fajny zawód, kaska leci...

- Niektórzy piłkarze klub traktują przechodnie. Miejsce pracy zmieniają jak rękawiczki. Unikają walki, nie angażują się w to, co robią. Ja nigdy z ust żadnego trenera nie usłyszałem zarzutu o braku zaangażowania. Co innego umiejętności. Możesz zaspać, spóźnić się, popełnić błąd, a serce nie nadąża za nogami. Nie wyobrażam sobie, żebym mógł olać swoje obowiązki. W każdej pracy musisz się starać. Inna sprawa. Kibice nie zdają sobie sprawy, że my przez 10 lat zarabiamy na całe życie, a przecież nie gramy w Anglii czy Hiszpanii. Pieniądze w polskiej piłce od kilku lat są coraz mniejsze, a w I lidze czy ekstraklasie nie ma aż takich kokosów. Co innego kiedyś, gdy różnice w zarobkach piłkarzy i zwykłego Kowalskiego były gigantyczne. Teraz ktoś po szkole, wykształcony, jest w stanie zarobić kilkanaście tysięcy złotych. Nie zapominajmy, że my gramy w Polsce. W naszym kraju jest nieco inne spojrzenie na piłkę. Są inne realia i mentalność ludzi. Umiejmy spojrzeć na niektóre rzeczy z dozą humoru. Z dystansem. W Polsce przebieramy się za piłkarzy, a tam są gwiazdy. Piłka to fajny zawód? W ten sposób myślałem do trzydziestki. Od kilku lat mój sposób pojmowania tego wszystkiego zmienił się. Fajnie gdy masz 18 lat, rodzice cię utrzymują, jesteś młody i piękny, ale gdy zostaje ci kilka lat gry, perspektywa się zmienia. W sporcie nie jest kolorowo. Są kontuzje, rehabilitacje. Nieraz klub przeżywa trudne momenty. Jestem ciekaw, czy jeden czy drugi kibic, któremu pracodawca nie płaci, dalej wykonywałby wszystkie polecenia bez mrugnięcia okiem. Nie zawsze jest tak różowo i przyjemnie, jak się mówi o nas w mediach.

Trener Arki Paweł Sikora ma odważne podejście do futbolu. Przede wszystkim nie boi się grać ofensywnie. Nie ma też presji. Uważasz, że najbliższe sześć miesięcy to będą miesiące prawdy waszego szkoleniowca?

- Trener Sikora nie ma nic do stracenia, ale ma bardzo dużo do zyskania. Pracuje na swoje nazwisko. Dostał szanse, ma kredyt zaufania. Wszystko w jego rękach. Mam nadzieję, zresztą po tym co widzę, wiem, że robi co może. Z pewnością im bliżej ligi, tym mniej przespanych nocy. Wierzę, że sobie poradzi, i my, starsi zawodnicy, musimy mu w tym pomoc.

Odpalicie już od pierwszej kolejki?

- Wróżką nie jestem, aby to stwierdzić. Na przykładzie ekstraklasy widać, że z formą startową bywa różnie. Nawet długie obozy przygotowawcze czasem nie pomagają w wypracowaniu formy na pierwszą kolejkę. Mają superwarunki, a długo nie mogą odpalić. W sobotę startujemy, a ja wierzę, ba, nawet jestem przekonany, że zrobimy lepszy wynik niż jesienią.

Dziewiąte miejsce to słaba pozycja.

- Rzeczywiście, mamy duży niedosyt. Nasz potencjał oceniam na kilka pozycji wyżej. Nie popadajmy też w skrajność. Nie mamy zespołu na awans, ale spadek też Arce nie grozi. Piąte-szóste miejsce przyjęlibyśmy z uśmiechem i poczuciem dobrze wykonanego zadania. Za trenera Sikory panuje dobra atmosfera w szatni. To wpływa na wzajemne dobre relacje.

A co pan sądzi o największym obecnie talencie w Arce Mateuszu Szwochu?

- Uważam, że jak w tej rundzie odpali, to będzie najlepszym piłkarzem Arki. Tamta runda była dla niego trochę na przeczekanie, a trochę też testem. Potrzebował czasu, a teraz będzie numerem jeden!

A jak pan ocenia sprawę Dariusza Formelli, który tuż przed zamknięciem okienka transferowego odszedł do Lecha Poznań?

- To Darka życie i jego decyzje. Niemniej uważam, że zrobił źle, odchodząc już teraz. Trener Sikora chciał na niego stawiać, widział w nim potencjał. Darek powinien okazać większą wdzięczność, bo kiedyś może prosić, żeby ta ręka, która go chowała, dalej go karmiła. Nie wiem, czy nie spalił za sobą mostów. Sądzę, że Arce zawdzięcza sporo i coś się jej od niego należy. Nie jestem jego ojcem, ale takiej decyzji nie zrozumiem. Życie jest przewrotne, a Darek swoim zachowaniem wykazał brak szacunku do trenerów. Pozostał duży niesmak.

Mecz Warta - Arka odbędzie się w sobotę. Początek o godz. 15.

Jak grać będzie na wiosnę Arka? Podyskutuj na Facebooku Trojmiasto.Sport.pl! »


Więcej o:
Skomentuj:
Krzysztof Sobieraj z Arki Gdynia przed meczem z Wartą Poznań: Prezes Łukomska-Pyżalska? To jej mąż pociąga za sznurki
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX