Sport.pl

Paweł Sikora: Runda jesienna była dla mnie prawdziwą lekcją życia i futbolu [ROZMOWA]

- Nigdy nie użyłem sformułowania, że awans wywalczymy, tylko o niego walczymy. Wierzyłem w zespół, ale zdawałem też sobie sprawę z niedoskonałości. Mimo wszystko pozostajemy w grze. Jesteśmy w czołówce i awans jest sprawą otwartą - mówi trener Arki Gdynia Paweł Sikora w pierwszej części wywiadu podsumowującego rundę jesienną.
Śledź autora tekstu na Twitterze

Piotr Wiśniewski: "40 lat minęło jak jeden dzień..." - tak zaczyna się piosenka ze znanego serialu. Czy dla pana rok pracy w Arce też minął jak w oka mgnieniu?

Paweł Sikora: Dużo szybciej minęło mi pierwsze półrocze pracy z Arką. Ta przedłużona jesień dłużyła mi się w czasie. Pewnie to efekt przekładanych meczów [z GKS Katowice, Górnikiem Łęczna, Termalicą Nieciecza - przyp. red.], przez co musieliśmy skorygować plany.

A może poniekąd na taki odbiór tych dwóch półroczy miała wpływ nerwowa runda jesienna, kiedy w pewnym momencie Arka osiadła na mieliźnie? Czy ten krytyczny stan czegoś pana nauczył?

- Z ostatnich sześciu miesięcy wyniosłem więcej niż sześciu lat funkcjonowania w piłce. To była prawdziwa lekcja życia i futbolu. Nauka, która na pewno nie pójdzie w las. Czuję się mocniejszy. A dlaczego tak było? Na początek postawmy sobie pytanie, jakie cele były zakładane przed startem I ligi i czy udało się je zrealizować. Za priorytet uznaliśmy utrzymanie trzonu drużyny z poprzedniego sezonu. Nie chcieliśmy burzyć czegoś, co tak dobrze funkcjonowało. Gdy udało nam się nie naruszyć szkieletu, przystąpiliśmy do drugiej części planu, czyli wzmocnień. I nagle głośno wszyscy zaczęli mówić o awansie do ekstraklasy... Nie brakowało też głosów, że zwojujemy Puchar Polski.

Po udanym początku sezonu euforia jeszcze bardziej wzrosła, a przecież kilka tygodni wcześniej nie wiedzieliśmy, jaki byt czeka Arkę. Z pomocą przyszło miasto, dzięki czemu udało się spiąć budżet, załatwić bieżące sprawy. Przez jakiś czas groziło nam nawet ryzyko, że w ogóle nie wystartujemy. Jednak Gdynia w porę wyciągnęła pomocną rękę. To też był sukces Arki. Nie mieliśmy pieniędzy, mozolnie kompletowaliśmy kadrę, a ludzie zaczęli już wyrokować, że w Gdyni rodzi się potęga. Chciałbym jednak zaznaczyć, że proces budowy drużyny nie został zakończony. Jesteśmy na etapie pośrednim, wciąż musimy dokładać kolejne cegiełki, żeby to wszystko miało ręce i nogi. Przede wszystkim kierowaliśmy się zdrowym rozsądkiem. Czasem nawet chłodną kalkulacją. Nic nie było robione na łapu-capu. Efekty widać, bo dzięki mądrej polityce udało nam się zbudować dobrą Arkę. W klubie nie ma żadnych kominów płacowych. Wyznajemy zasadę małych kroczków. Nie można od razu wszystkiego brać garściami.

Nigdy nie użyłem sformułowania, że awans wywalczymy, tylko o niego walczymy. Wierzyłem w zespół, ale zdawałem też sobie sprawę z niedoskonałości. Mimo wszystko pozostajemy w grze. Jesteśmy w czołówce i awans jest sprawą otwartą.

Czyli awans do ekstraklasy był celem postawionym na wyrost? W sensie, że powinno się mierzyć siły na zamiary?

- Nie do końca to miałem na myśli. Po prostu I liga jest bardzo nieprzewidywalna, my wystartowaliśmy dobrze, ale potem mieliśmy problemy. Cel celem, niemniej takie same ambicje ma kilka innych klubów. Czasem w takiej sytuacji warto poznać siły swoich rywali. Na tę chwilę widać, że potencjał mojej drużyny jest. I to spory. Budowa zmierza więc w dobrym kierunku. Generalnie jednak w żaden sposób nie może to uśpić naszej czujności. Wzmocnienia są potrzebą chwili. Nieraz w kryzysowym momencie meczu chciałem ożywić zespół, dać pozytywnego bodźca z ławki, ale nie miałem zmienników. Na ławce siedziała głównie młodzież plus niedoświadczeni piłkarze z niższych lig, którzy w trudnych chwilach nie udźwigną na swoich barkach ciężaru odpowiedzialności. Więcej spodziewałem się po Glauberze. W grupie rezerwowych byli też co prawda Michał Rzuchowski, który na tle pozostałych miał już doświadczenie ligowe, i Łukasz Jamróz. Jamróz w ekstraklasie grał jedynie epizody. Błędy u młodych piłkarzy należy zrzucić na karb młodości, ale to nie ich wina. Jest też czynnik szczęścia tak ważny w piłce. Jest coś takiego jak splot szczęśliwych okoliczności...

Bez wzmocnień dalej będziemy grać falami. Przyjdą serie wygranych, coś zremisujemy, potem seria porażek. To w pełni obrazuje potencjał zespołu. W żadnym meczu z udziałem Arki nie można przewidzieć wyniku. Spójrzmy też prawdzie w oczy. Ile było takich spotkań, które wygrywaliśmy pewnie, a rywal nie istniał na boisku?

Ale znajdą się też pewnie pozytywy?

Co mnie cieszy, to wystrzał formy niektórych piłkarzy. Na plus zaliczę formę Arkadiusza Aleksandra, który przechodzi w Arce drugą młodość. Taką serię jak w tej rundzie miał chyba w wieku 18 czy 19 lat. W żadnym meczu nie wypadł z powodu kontuzji, strzelił za to 12 bramek. Inny pozytyw to Piotr Tomasik. Nie pamiętam, kiedy miał tak udaną rundę pod względem zdobytych goli. Mateusz Szwoch w końcu zaczął przypominać piłkarza, który powinien ciągnąć grę swojego zespołu. Duży postęp zrobił Rzuchowski. Kilku piłkarzy, mówiąc kolokwialnie, naprawdę odpaliło. Nie mogę pominąć także Adriana Budki, który przychodził do nas z ekstraklasy. Byłem pozytywnie zaskoczony, że tak szybko doszedł do formy.

Czy Arka w porównaniu do rundy wiosennej poprzedniego sezonu zrobiła krok do przodu?

- Na pewno więcej zawodników weszło na wyższy poziom. Bo do wspomnianych wcześniej piłkarzy dodałbym też ważną postać Arki, czyli Tomka Jarzębowskiego. Dla niego nie ma problemu, że gra na innej pozycji, gdzie musi więcej biegać. Wiosną skok formy mieli jedynie Marcin Radzewicz i Radek Pruchnik. Teraz grają równo, ale już nie tak dobrze. Radzewicz i Pruchnik przyzwyczaili nas do lepszych meczów, kiedy potrafili przesądzić o losach spotkania. Dalej upieram się przy swoim, że dla dobra Arki przydałaby się większa rywalizacja. Nawet pewniacy do składu potrzebują czasem odpoczynku. I "Radza" i "Pruchol" zyskaliby, gdyby mieli za konkurenta do składu wartościowego piłkarza. Niestety, w tej kwestii mam związane ręce. W ostatnich meczach mój zespół praktycznie pracował już "na oparach". Niektórzy grali na resztce sił. Po prostu chcieli dograć rundę do końca i odpocząć. Taki Pruchnik czy Radzewicz grali non stop...

Zmiennik przydałby się chyba też Michałowi Szromnikowi. Brak konkurenta z prawdziwego zdarzenia odbił się na jego formie w końcówce rundy, kiedy zatracił koncentrację.

- Każdy rywalizacja podświadomie działa na piłkarza mobilizująco. Gdzieś głęboko siedzi w człowieku taka myśl, że musi być czujny, bo jest ktoś, kto już czyha na twoje miejsce. Ta runda w wykonaniu Szromnika była dobra. Poza meczem ze Stomilem. W końcówce popełnił błąd i straciliśmy dwa punkty. Powiem więcej, przez Michała nie przegraliśmy ani jednego meczu w lidze. W Grudziądzu na przykład pomyłka zdarzyła mu się w momencie, kiedy jeszcze nic nie było stracone, a my mieliśmy czas, żeby odrobić straty.

Pan dalej wierzy w Marcusa da Silvę, który nie tylko pod względem sportowym zaliczył duży zjazd formy?

- Problem Marcusa jest jeszcze bardziej złożony. Przyczyny nagłego załamania formy staram się tłumaczyć racjonalnie. Nie lubię nikogo skreślać z miejsca. Nawet kilka słabszych meczów nie zmienia mojego podejścia. Uważam jednak, że tyle szans, co dostał ode mnie Marcus, nie miał wcześniej nikt. Naprawdę dałem mu duży kredyt zaufania. Byłem cierpliwy i czekałem na jego przełamanie. Jest też druga strona medalu. Na pozycję Marcusa nie miałem solidnego zmiennika. Miał tam grać Adrian Budka, którego z konieczności przesunąłem na bok obrony. Teraz z perspektywy czasu wiem, że może tam grać Paweł Wojowski. Gdy da Silva jest bez formy, wakat na prawej stronie jest aż nadto widoczny.

A wracając do wątku Marcusa. Ciężko mi wydać jednoznaczną diagnozę, dlaczego gra tak słabo. Pojawiają się różne hipotezy. Nie wiem skąd, zwłaszcza że jeszcze niedawno Marcus ciągnął grę Arki. Może po przyjściu Aleksandra poczuł, że to nie on jest tym pierwszym piłkarzem w ofensywie? Z formą wystrzelił Szwoch i da Silva zrozumiał, że są inni kreatywni piłkarze w drużynie. W ataku nie miał szans rywalizować z Arkiem, na środku pomocy pewniakiem był Szwoch, przeszedł na prawe skrzydło, na swoją nieoptymalną pozycję. Wiem, że lepiej czuje się, grając bliżej bramki, bo ma problemy z grą w destrukcji. Nieraz już z nim rozmawiałem. Sam mi mówił, że coś jest nie tak. Zastanawia się, analizuje, ale im więcej myśli, tym jest gorzej. Mam nadzieję, że to ostatnia taka runda w jego wykonaniu. Przed nami okres przygotowawczy, czyli czas na przemyślenia, poukładanie w głowie pewnych spraw. Może dobrym rozwiązaniem byłoby, gdyby Marcus udał się do psychologa sportowego? Bardzo cenię sobie trening mentalny.

W środę druga część rozmowy z trenerem Arki Gdynia.

Czy Arka w tej rundzie mogła ugrać więcej? Podyskutuj na Facebooku Trojmiasto.Sport.pl! »


Więcej o: