Sport.pl

Krzysztof Sobieraj: Albo się wszyscy utopimy i będzie wielka lipa, albo zwyciężymy razem

- Jedziemy na jednym wózku. Wszyscy - łącznie z trenerem, piłkarzami, działaczami, kibicami musimy sobie pomóc. I albo się wszyscy utopimy i będzie wielka lipa, albo zwyciężymy razem - mówi Krzysztof Sobieraj, obrońca Arki Gdynia.
Obserwuj autora na twitterze - @PiWisniewski

Piotr Wiśniewski: Arka wiosną ma walczyć o ekstraklasę. Jak ocenia pan wasze szanse?

Krzysztof Sobieraj: Teraz to ja tego nie widzę. Kilku chłopaków jest kontuzjowanych, kilku się rozchorowało. Ja sam jeszcze odczuwam skutki choroby, choć ze względu na trudną sytuację kadrową, wróciłem. Słabo to wygląda, ale szczęście w nieszczęściu, że do ligi daleko, jesteśmy w tym okresie, kiedy nie wszystko musi wyglądać super.

Chciałbym przy okazji odnieść się do tego, co my piłkarze i trener mówiliśmy po ostatnim meczu rundy jesiennej. Podkreśliliśmy, że potrzebujemy wzmocnień. Najlepiej dwóch, trzech klasowych piłkarzy. Podtrzymuję to, co powiedziałem, aczkolwiek rozumiem też szefostwo Arki. Ostatnio rozmawialiśmy z kierownictwem i wiemy, jaka jest sytuacja w klubie. W pełni ich rozumiem. Wiem, na czym polega problem, tym bardziej szanuję to, że o pewnych sprawach poinformowali nas otwarcie. Prezes jest odpowiedzialny za finanse klubu, a w tej chwili Arki nie stać na żadne wydatki. Dużo dyskutowaliśmy też na ten temat wewnątrz drużyny.

I?

- Szczerze, to nie dziwię się, jak pada argument, że nikt nie da gwarancji na to, że dany zawodnik nie sprawdzi się w Arce. Czy też to, czy transfer przyniesie wymierne korzyści. Z drugiej strony rywalizacja każdemu z nas przydałaby się. Ale nie ma co rozdzierać szat.

Teraz, gdy wiem, jaka jest sytuacja w klubie, chciałbym przeprosić za swoje słowa po meczu ze Stomilem Olsztyn. Po prostu głupio mi. Ale tak już w życia bywa. Przykładowy Kowalski też nie kupi wypasionej zmywarki marki Bosch, gdy ma starą, ale wciąż działającą. Prawda? Wiem, że ludzie zastanawiają się, czy wypłaty mamy na czas. Tak. Nie ma żadnych poślizgów. Naprawdę działacze robią, co mogą, tym bardziej wielki ukłon w ich stronę.

Docierają do mnie głosy niezadowolenia kibiców. Słyszę od nich różne narzekania na panów z rady nadzorczej, a szczególnie na Piotra Wesołowskiego. Nie zasługują na to, aby spadało na nich tyle pomyj. Robią, co mogą, bez rozgłosu, nie potrzebują do tego mediów. Ale robią. W ciszy, spokojnie. Wracają do naszej sytuacji kadrowej - nie jest różowo, co nie znaczy, że cały czas tak będzie. My na pewno tanio skóry nie sprzedamy. W optymalnym składzie jesteśmy w stanie ugrać dobry wynik. Będzie walczyć do końca. Wierzymy w siebie. Chcemy zrobić coś dla Arki, kibiców, przede wszystkim dla nas samych. Przecież awans to dla nas jedyny ratunek. Będzie bardzo ciężko, ale co z tego? Nie pękamy!

Tak naprawdę to nie ma się czego bać. Personalnie nie odstajecie od czołówki ligi. A jak pan to widzi?

- Pierwszą "11" mamy bardzo mocną. Nie musimy budować nic od zera. Gramy w tym samym składzie co jesienią. Kontuzje i choroby to tylko chwilowy stan, mam nadzieję, że wiosną o tych problemach zapomnimy. Dużo się mówi o młodzieży Arki. Muszę przyznać, że nie czujemy większej presji z ich strony. Trafiła się taka perełka jak Mateusz Szwoch, ale inni wciąż muszą nad sobą pracować. Praca, praca i jeszcze raz praca. Mateusz zmienił się ostatnio. Nauczył się gry z rywalem na plecach. Szkoda, że reszta nie naciska tak mocno. Jak tak dalej pójdzie, to my dziadki grać będziemy do "40". To, że są młodzi nie znaczy, że ktoś im odda miejsce w składzie za darmo. Kiedyś takiej szansy młody piłkarz nawet nie miał. A dziś wielu z młodych trenuje z pierwszym zespołem, gra sparingi. To powinno im dać kopa do przodu. Niestety, realia są inne. Niech docenią to, co mają.

Wymieniając mocne strony Arki, wielu ekspertów mówi o stabilnym składzie. To będzie waszą siłą wiosną?

- Nasze zgranie to duży plus. Musimy szybko odpalić. Jesienią za dużo punktów gubiliśmy u siebie. Z czego to wynikało? Może w naszych głowach utarło się, że kibice nam pomogą i mecz sam się wygra? Ale to nie pomogło. W Gdyni wszyscy się bardziej spinają. Chcą wygrać z Arką na jej terenie. Uważam, że kluczem do udanej rundy będzie dobry start. Na początku czeka nas walka wręcz, w błocie, na grząskiej murawie, jednak liczymy się z tym. Dużą rolę odegra siła i dobre przygotowanie fizyczne. My broni nie złożymy. Chcemy walczyć, aby zostawić po sobie coś dobrego. Każdy z nas chciałby po awansie zostać w Arce. Nie łudzimy się, że nawet w przypadku awansu wszyscy zostaniemy. Z częścią z nas Arka na pewno się rozstanie.... Ale na złość nie będziemy grać gorzej. Mamy określony cel do zrealizowania. Chociaż wierzę, że czasy, kiedy do Gdyni przyjeżdżał pociąg z tabunem piłkarzy, minęły. Powiedzieliśmy sobie, że wiosną będzie gonić czołówkę. Damy z siebie wszystko. Czeka nas cholernie ciężka przeprawa, ale damy z siebie maksa.

A oprócz tego?

- Tworzymy już zgrany kolektyw. Trochę razem pracujemy i to procentuje. Stoimy murem za sobą, atmosfera jest świetna. Nie ma żadnych animozji. Wiem, że kibice doszukują się drugiego dna po moim konflikcie z Tomkiem Jarzębowskim. Wszystkie nieporozumienia już sobie z "Jarzą" wyjaśniliśmy w szatni. Nie ma konfliktu między nami. Boli mnie tylko nasz obecny stan... Ale mówi się, że sukces rodzi się w bólach. Jedziemy na jednym wózku. Wszyscy - łącznie z trenerem, piłkarzami, działaczami, kibicami musimy sobie pomóc. I albo się wszyscy utopimy i będzie wielka lipa, albo zwyciężymy razem.

Na koniec jeszcze dodam, że od czasów Milewskiego, jaki on by nie był, nie było drugiego tak rozsądnego prezesa jak Wojciech Pertkiewicz. To bardzo odpowiedzialny człowiek. W Arce przeżyłem wielu prezesów i wiem, jak to wyglądało. Teraz Arką rządzi uczciwa osoba, a nie jakiś przekrętacz. Wydaje mi się, że większość kibiców nie zdaje sobie sprawy z powagi sytuacji, ciągle krytykując ruchy prezesa. Ci ludzie robią wszystko, żeby klub stał na nogach.



Więcej o: