Arka coraz dalej od ekstraklasy. Porażka z Dolcanem gwoździem do trumny?

Nie tak miał wyglądać mecz Arki o ekstraklasę. Gdynianie musieli wygrać, aby zachować szansę awansu. Tymczasem żółto-niebiescy zafundowali swoim kibicom smutny wieczór. Dolcan wygrał 2:0 po dwóch bramkach Dariusza Zjawińskiego, najskuteczniejszego strzelca I ligi. Ta przegrana może okazać się gwoździem do trumny dla gdynian.
- Dolcan mamy dobrze rozpracowany - mówił przed meczem trener Arki Paweł Sikora. I przeciwko najlepszej ofensywie w I lidze (51 bramek) nakazał swojej drużynie podejść bardzo wysoko. Arka w pierwszych minutach zamknęła Dolcan na własnej połowie, praktycznie ograniczając ofensywne zapędy gości. Dzięki pressingowi założonemu już przed polem karnym Dolcanu gdynianie szybko przedostawali się w okolice bramki Macieja Humerskiego. Arkowcy mieli więcej z gry, dłużej utrzymywali się przy piłce. Zespół z Ząbek wciągnięty na własną połowę jedyne na co mógł liczyć to okazja do kontry. Problem jednak w tym, że Arce brakowało czystych sytuacji strzeleckich. Niestety, nie brakowało za to niezdrowych emocji. W 20. minucie za ostry faul Adriana Łuszkiewicza na Mateuszu Szwochu pokazał piłkarzowi Dolcanu żółtą kartkę. To rozwścieczyło wszystkich zawodników Arki, łącznie z rezerwowymi. Według nich za ten faul Łuszkiewicz powinien zostać odesłany do szatni. Doszło do słownych utarczek i przepychanek, a najbardziej ich skutki odczuli Bartosz Wiśniewski i Marcin Radzewicz (ukarani żółtą kartką). Łuszkiewicz po chwili opuścił boisko po tym, jak trafił łokciem Cichockiego. Dostał za to drugą żółtą, a w konsekwencji czerwoną kartkę. Arka grała więc w liczebnej przewadze. Wcześniej jednak fatalny w skutkach błąd popełnił Mateusz Cichocki, który podał piłkę Dariuszowi Zjawińskiemu, a ten w sytuacji sam na sam ze Szromnikiem pewnym strzałem umieścił piłkę w siatce.

Mimo przewagi jednego zawodnika Arka długo nie mogła stworzyć dobrej okazji. Najlepsze sytuacje gdynianie mieli dopiero w doliczonym czasie gry pierwszej połowy. Najpierw ładną akcję zainicjował Radosław Pruchnik, którą strzałem w sam środek bramki wykończył Szwoch. Po chwili mocno przy słupku uderzył Radzewicz, lecz Humerski nie dał się zaskoczyć.

Antybohater pierwszej połowy Cichocki po przerwie na boisku już się nie pojawił. W jego miejsce wszedł Adrian Budka, który dał arkowcom sygnał do ataku. Siłę rażenia miał także wzmocnić debiutujący w Arce Ukrainiec Igor Tyszczenko. Pierwszy kwadrans drugiej połowy upłynął na próbach ataków żółto-niebieskich. Najlepszą okazję w tym czasie miał Szwoch, który zabrał się z piłką wzdłuż linii pola karnego, uderzył, jednak dobrą paradą popisał się Humerski. Chwilę po tym zdarzeniu siły na boisku wyrównały się. W bezmyślny sposób powstrzymywał rywala Radzewicz, a że miał na koncie żółtą kartkę, musiał przedwcześnie udać się do szatni.

To w żaden sposób nie podcięło skrzydeł gospodarzom, którzy ciągle atakowali. Idealną okazję zmarnował Szwoch. Pomocnik Arki stanął oko w oko z Humerskim i mógł zrobić wszystko, a wybrał najgorszy wariant. Źle uderzył i Humerski spokojnie chwycił piłkę. Po chwili w polu karnym odnalazł się Tomasz Jarzębowski, lecz jego strzał głową po centrze z rzutu rożnego trafił w sam środek bramki.

Ostatnie minuty przypominały bicie głową Arki w mur. Zespół trenera Sikory miał chęci, atakował, momentami nawet całym zespołem, lecz zawsze czegoś brakowało. Konsekwencji, sprytu, a może nawet szczęścia... Kumulacja tych czynników dała przykry efekt - porażkę, która przy wygranej Górnika Łęczna z Kolejarzem Stróże (2:0) bardzo ograniczyła szansę awansu do ekstraklasy.

Bramka Zjawińskiego okazała się gwoździem do trumny. Warto odnotować także katastrofalne zachowanie Szromnika, którego brak zdecydowania wykorzystał napastnik Dolcanu. Zjawiński efektowną podcinką przypieczętował wygraną ekipy z Ząbek.