Spowiedź Pawła Sikory. "Byłbym hipokrytą, gdybym odpowiedział, że wszystko zrobiłem idealnie"

Paweł Sikora w miniony czwartek został zwolniony z Arki Gdynia. W ekskluzywnym wywiadzie dla trojmiasto.sport.pl były już szkoleniowiec żółto-niebieskich spowiada się ze swoich grzechów. Jakie błędy popełnił, co nie zagrało w drużynie i dlaczego Arka przestała wygrywać?
Piotr Wiśniewski: Jest pan osobą pamiętliwą?

Paweł Sikora: Staram się pamiętać tylko dobre rzeczy.

W takim razie jakie ma pan wspomnienia związane z Arką?

- Postaram się zapamiętać same dobre rzeczy. Podczas mojej trzyletniej pracy w Arce nastąpiło dużo zmian. Zmieniali się prezesi, dyrektorzy sportowi, piłkarze. Praktycznie co rundę trzeba było budować drużynę. W wielu momentach brakowało stabilizacji. W okresie kiedy prezesem został Wojciech Pertkiewicz, a dyrektorem Michał Globisz, można było powiedzieć o pomyśle na stabilny zespół. Moją ideą było stawianie na młodych piłkarzy w połączeniu z doświadczeniem. Cały czas brakuje mi w Arce piłkarza z krwi i kości związanego z Gdynią, który na boisku trzymałby wszystko w ryzach. Który byłby mentalnym wodzem w szatni, gdy trzeba by było, to walnąłby pięścią w stół. Dobrej drużyny, która ma funkcjonować dłużej niż jeden sezon, nie da się zbudować na samych najemnikach. 

Tylko jak dochować się takiego piłkarza w sytuacji, gdy każdy zdolny junior Arki przez ukończeniem 18. roku życia ucieka z klubu?

- Mam nadzieję, że ten przepis niedługo się zmieni. Ale to nie jest tylko problem Arki. W ogóle w Polsce jest taka tendencja, że młody i zdolny piłkarz szybko wyjeżdża za granicę. Mając stabilny budżet, łatwiej zatrzymać odpływ młodzieży z klubu. Dobrze znałem sytuację finansową Arki. Mieliśmy problemy typu długi czy obawa o zamknięcie budżetu.

Naprawdę nie ma żadnych złych rzeczy, które pozostały po Arce?

- Na pewno kilka spraw można było rozwiązać inaczej. Ja wyznaję zasadę, że wylewanie żalów jest oznaką słabości człowieka. Złe rzeczy wzmacniają. Do Arki przychodziłem silny, odchodzę jeszcze silniejszy. Na niektóre sytuacje już się uodporniłem.

Dyrektor sportowy Arki Czesław Boguszewicz na pierwszej konferencji Piotra Rzepki przyznał, że dobry trener musi przynajmniej trzy razy wylecieć z pracy. Zatem przed panem jeszcze minimum dwie dymisje...

- W zawodzie trenera jest chyba więcej tych przykrych momentów, a zwłaszcza w Polsce. Po wygranym meczu jest chwila radości, ale potem trzeba już myśleć o kolejnym spotkaniu. To praca stresogenna. U nas zmiany trenerów często są po to, aby zaspokoić frustrację kibiców i opinii publicznej, a często problemy leżą gdzie indziej. To, dlaczego zespoły przegrywają, to są problemy bardzo złożone.

Piłkarze Arki to trudna grupa zawodowa?

- W każdej szatni jest ciężko. Szatnia to zbiór indywidualności i przekrój różnych osobowości. Łatwo się prowadzi zespół, który wygrywa. Dobrego trenera poznaje się jednak po tym, jak zachowuje się w szatni w momencie kryzysowym, kiedy nie ma wyników i trzeba niektóre rzeczy na nowo poskładać. Taką sytuację przeżyłem w październiku poprzedniego roku - nomen omen też po meczu z Dolcanem Ząbki. Zastanawiano się, jak rozwiązać kryzys, otrzymałem zaufanie działaczy. A ja zaufałem piłkarzom. Wygraliśmy cztery kolejne mecze z rzędu.

To dlaczego wtedy się udało, a teraz nie?

- Widzę, że dąży pan do jednej odpowiedzi (śmiech). Po prostu wtedy miałem i czułem wsparcie wszystkich ludzi. A my w ciężkim momencie pokazaliśmy, że jesteśmy silnym zespołem. Takie zaufanie przełożyło się na pracę, atmosferę w szatni i oczywiście na wyniki. Czy zmiana trenera w Arce była słuszna? Czas pokaże. Efekty tej decyzji poznamy na koniec sezonu.

Piłkarze byli cały czas fair wobec pana?

- Nie ma chyba trenera na świecie, który lubi się ze wszystkimi piłkarzami. Jak w życiu. Z jednymi żyje się lepiej, z innymi nie. Mądrość polega właśnie na odpowiednim zarządzaniu ludźmi. Piłkarze przede wszystkim mają profesjonalnie podchodzić do pracy, za którą dostają pieniądze. Mogą mnie nie lubić, ale określone założenia muszą realizować. Nie pamiętam sytuacji, aby któryś z piłkarzy Arki odpuszczał treningi. Często do treningu podchodziliśmy bardzo indywidualnie, bo takie są standardy w dzisiejszej piłce.

Po meczu z Dolcanem Mateusz Szwoch i Krzysztof Sobieraj między słowami mówili o braku pomysłu na grę. To poważny zarzut.

- W następnym wywiadzie Mateusz sprostował swoje słowa. Nie chodziło o pomysł na grę zespołu, ale o ich indywidualne pomysły, jak sobie poradzić. Sam Szwoch miał dwie sytuacje. I gdyby je wykorzystał, to dziś rozmawialibyśmy w innych okolicznościach. Do momentu straty pierwszej bramki zamknęliśmy Dolcan, który nie potrafił wyjść z własnej połowy. Nie mógł wymienić trzech celnych podań. Fakt, przeciwnicy mądrze się bronili. Ale sztuką jest się bronić, a jeszcze większą sztuką umieć atakować. Ja cały czas optowałem za grą ofensywną. Atak pozycyjny nie zawsze nam wychodził, jednak staraliśmy się grać otwartą piłkę. Rola trenera polega na dobraniu takiej taktyki zespołu, która pozwoli stwarzać sytuacje do strzelenia bramki. Dalej to już kwestia indywidualnych umiejętności.

Czyli w decydujących momentach piłkarze Arki zawiedli mentalnie? Choć mam też wrażenie, że w kluczowych momentach doświadczeni zawodnicy nie pociągnęli zespołu jak trzeba.

- Na pewno potrzebna jest głębsza analiza. Myślę, że awans zaczął się oddalać w Rybniku. To, w jaki sposób traciliśmy bramki, to kuriozum. Gole padły po naszych indywidualnych błędach. Sytuacja powtórzyła się z Dolcanem. Pierwsza bramka zaważyła na naszej porażce. Drugi gol Zjawińskiego był efektem tego, że się odkryliśmy. Być może nie wszyscy udźwignęli ciężar odpowiedzialności, być może zabrakło umiejętności. W żadnym meczu przeciwnik nas nie zdominował. Zespół został przygotowany bardzo dobrze motorycznie. Kilka tygodni graliśmy systemem środa - sobota, łącząc puchar z ligą. W tym okresie mieliśmy bodajże 8-9 kontuzjowanych zawodników, z czego 99 proc. to kontuzje mechaniczne. W dodatku większość meczów graliśmy wysokim pressingiem przez 70 - 80 minut. Mało zespołów na świecie jest w stanie wytrzymać całe 90 minut w takim pressingu - chyba tylko Atletico Madryt.

Piłkarze po przegranych meczach mówili, że od 70. minuty "odcinało im prąd". To nie jest efekt złego przygotowania?

- Nie. Jest to stały slogan po przegranym meczu. Szukanie alibi. A słyszał pan kiedyś od piłkarza po przegranym meczu: "Zabrakło mi charakteru albo umiejętności"?. Niech pan uwierzy, z tym "odciętym prądem" spotykają się wszyscy trenerzy. Po wygranych zawsze "prąd jest" (śmiech). Od początku rundy wiosennej mieliśmy praktycznie tylko dwa pełne mikrocykle treningowe. Zawodnicy przygotowywali się do następnych meczów cyklem meczowym. Była tylko regeneracja, analiza i kolejny mecz. Organizmy naturalnie adaptują się do wysiłku, grając co trzy dni.

A pan ma sobie coś do zarzucenia? Na osiem ostatnich meczów pod pana wodzą Arka wygrała raptem dwa. Nie miał pan momentu zwątpienia?

- Byłbym hipokrytą, gdybym odpowiedział, że wszystko zrobiłem idealnie. Zawsze myślałem pozytywnie, zwłaszcza że szansa na awans cały czas była. W ostatnim sezonie w podobnej sytuacji były Cracovia i Zawisza Bydgoszcz, które ostatecznie awansowały do ekstraklasy. Często po przegranym meczu miałem dylemat, czy dobrałem odpowiednią taktykę, odpowiednich ludzi lub czy dokonałem dobrych zmian. Chcieliśmy grać atakiem pozycyjnym, który cały czas doskonaliliśmy. Cały czas twierdzę, że Arka musi mieć swój własny, rozpoznawalny styl. Ja jako trener chcę też być rozpoznawalny po swoim stylu pracy. Lubię grę ofensywną. Czasami to nie styl zawodzi, ale jego wykonawcy. Nie należy się poddawać i szukać zmian stylu, ale go doskonalić i pracować nad jakością zawodników.

Może taki wstrząs był potrzebny drużynie? Mówi się, że łatwiej zmienić trenera niż 20 zawodników.

- Taniej. Tylko co ludzie rozumieją pod pojęciem wstrząs?

Na przykład przemówić do piłkarzy po męsku i trzymać ich twardą ręką.

- W szatni odbyliśmy dużo nieprzyjemnych rozmów. Padały różne niecenzuralne słowa. Rozmawialiśmy na forum zespołu, indywidualnie. Może na boisku wydaje się, że jestem człowiekiem spokojnym, ale w szatni jest inaczej, zapewniam.

Właśnie inny zarzut pod pana adresem jest taki, że nie żyje pan meczem. Podczas gdy Robert Podoliński, trener Dolcanu, biega, gestykuluje, podpowiada piłkarzom, a pan spokojnie siedzi na ławce.

- Pierwszą połowę zawsze siedzę z asystentami w spokoju i analizuję, co można zmienić, skorygować i poprawić, aby w przerwie przekazać konstruktywne wnioski zawodnikom, zmienić to, co nie funkcjonuje. Przerwa to jedyny moment, kiedy można przekazać informację wszystkim piłkarzom. Jeżeli człowiek jest zbytnio zaaferowany tym, co dzieje się na boisku, traci odpowiednią perspektywę oceny sytuacji. Każdego rywala starałem się rozszyfrować. Zwłaszcza w pierwszej części meczu. Jest to jakaś gra trenerska. Po wygranych meczach, kiedy siedziałem, nikt nie poruszał tego tematu. Ale oczywiście jeśli uznam, że przynosi to efekty, będę starał się to zmienić. Jestem jeszcze młodym trenerem, który ciągle zdobywa doświadczenie.

Z czego wynikały głupie straty bramek? Powtarzało się to ciągle. Z drużynami z dołu tabeli wywalczyliście raptem cztery punkty. Bardzo mało.

- Starałem się być konsekwentny i rotować składem. Piętą achillesową Arki była prawa strona. Wypadło nam kilku piłkarzy. Glauber, solidny Sławomir Cienciała. Graliśmy praktycznie bez nominalnego prawego obrońcy. Z konieczności musiał tam grać Mateusz Cichocki czy Adrian Budka, który jest jednak zawodnikiem o inklinacjach ofensywnych i w obronie się nie sprawdzał. Potwierdził to mecz w Stróżach. Dlatego wolałem postawić na Cichockiego, który...

...popełnił wielbłąda w meczu z Dolcanem Ząbki.

- Dwa. Bo z Rybnikiem też miał udział. Może zjadła go presja. To był ważny mecz, a on jest jeszcze młody, perspektywiczny. Musi się sporo nauczyć. 

Co się stało z Bartoszem Ślusarskim, który gdy przychodził do Arki, był w gazie, a potem zgasł? I dlaczego tak obstawał pan przy grze z jednym napastnikiem?

- Miałem dwóch potencjalnych napastników, ale początek rundy pokazał, że Alek (Arkadiusz Aleksander) jest bez formy. Odpalił za to Mateusz Szwoch, który na pozycji "10" dał dużo więcej niż Aleksander. Bartek przyjechał do nas po okresie przygotowawczym, rozpoczął na świeżości, później go przycięło. Jak wspominałem wcześniej, przez kilka pierwszych tygodni nie trenowaliśmy, tylko funkcjonowaliśmy w rytmie meczowym. Zabrakło mu odpowiedniego przygotowania w okresie przygotowawczym. W tym czasie zespół przetrzebiły kontuzje. W pewnym momencie miałem aż dziewięciu kontuzjowanych. Nie mogłem też za bardzo rotować składem, przez co piłkarze podstawowi dużo grali.

Wiem, że wszyscy liczyli na Bartka. Do Arki przyszedł jako gwiazda I ligi. Miał różne momenty. Wracając do kontuzji. Brakowało mi Marcusa, który rywalizowałby z Aleksandrem. Marcus po powrocie z urlopu odpoczął mentalnie. Wrócił odmieniony i nagle poważna kontuzja. Dużo dałby Igor Tyszczenko, gdyby był zdrowy. Obu jednak dopadły kontuzje mechaniczne. Bardzo fajnie odpalił za to Paweł Wojowski.

Chciał pan ciągnąć ten wózek do końca? Przecież po meczu z Dolcanem docierały do pana różne informacje.

- Wierzyłem, że dostanę kolejną szansę choćby przez pryzmat tego, jak wyszliśmy z kryzysu w rundzie jesiennej. Nie czułem, że straciłem kontrolę nad zespołem. No ale po meczu z Dolcanem były przewidziane inne ruchy.

I pan wiedziałby, co zrobić?

- Miałem swój pomysł, ale dziś nad sytuacją musi zapanować Piotr Rzepka.

Co dalej z panem?

- Do końca czerwca mam ważny kontrakt z Arką. Udam się na krótki urlop, a potem będę czekał na kolejne wyzwania. 

Pozycja "Arka" w CV wygląda dobrze.

- Arka jest najbardziej medialnym klubem w I lidze. Zawsze będzie ważna w moim trenerskim dossier. Nie planowałem i nie chciałem zostawić Arki w kryzysowym momencie. 

Problem Arki jest chyba głębszy, niż się z pozoru wydaje.

- Zawsze szuka się jednej przyczyny, a podłoże problemów jest szersze. Pewne rzeczy się nawarstwiły. Na kilku płaszczyznach można było lepiej się zachować. Budowanie czegoś od podstaw wymaga ofiar. Efekty przychodzą dopiero po czasie. Prezes Pertkiewicz stworzył odpowiedzialny model funkcjonowania klubu. Arka powoli wychodzi na prostą, ale ucierpiał przez to wynik sportowy. Nie zawsze transfery za pięć dwunasta sprawdzają się. Owszem, dały nam one pole manewru, ale było to obarczone dużym ryzykiem. Na pewno wyciągnę wnioski.

Co teraz zrobiłby pan inaczej?

- Mądry Polak po szkodzie, a trener po meczu. Wiem, że z perspektywy czasu inaczej zachowałbym się w niektórych sytuacjach. Łatwo mówić i krytykować coś po, a dlaczego takich rad nikt nie daje przed meczem? My, trenerzy, musimy przewidywać pewne rzeczy na długo przed.

W słabym momencie wyjechał pan na kurs trenerski do Hamburga. To rodziło pole do spekulacji, dlaczego w kluczowej sytuacji pozostawił pan zespół.

- Wolałbym zostać wtedy z zespołem. Kurs UEFA PRO jest pod egidą konwencji UEFA. Wymagana jest 100-proc. frekwencja, aby go zaliczyć i otrzymać licencję do pracy. Trener Mariusz Rumak i inni też tam musieli być i opuścili swoje zespoły. Pytanie czy to źle, że trenerzy się dokształcają? Jeśli ktoś zarzuca mi celową nieobecność, to powinien zastanowić się, po co to robi i czy zna daną sytuację... Czasem krytykując, warto najpierw zapoznać się, jak jest naprawdę. Nie komentowałem tych rzeczy. Nie lubię rozmawiać o głupotach. Jak ktoś pisze w portalu ogólnodostępnym dla kibiców, to mógłby zachować choć resztki obiektywizmu.

Jak układała się panu współpraca z Michałem Globiszem?

- To był modelowy wzór współpracy. To była nauka, jak być dobrym trenerem i dobrym człowiekiem. Wiele decyzji podejmowaliśmy wspólnie. Bardzo zależało nam na rozwoju i mądrym wdrażaniu młodych piłkarzy do kadry pierwszego zespołu. W klubie funkcjonowały odpowiednio dobrane priorytety sprzyjające rozwojowi młodych zawodników. Nazwałbym to zdrowym krwiobiegiem w Arce. Postawiliśmy na wielu wychowanków. Chciałbym mu podziękować za wszystko. Chciał być z nami do końca, niestety uniemożliwiła mu to ciężka choroba. Jego brak to duża strata dla Arki. Mam nadzieję i życzę mu z całego serca powrotu do zdrowia i pracy.

PRZEGRANY DEBIUT RZEPKI. A JAK ZACZYNALI JEGO POPRZEDNICY W ARCE?