Sport.pl

Janusz Kupcewicz: Mniejszy budżet nie usprawiedliwia gry Arki [ROZMOWA]

- Pamiętam słowa dyrektora Boguszewicza jeszcze z poprzedniego sezonu. Mówił wtedy: "Jeśli Arka nie awansuje, to mamy drugi wariant". Odpowiedziałem: "Pewnie za chwilę będziesz miał trzeci, a potem czwarty...". I jak się okazało, plany spaliły na panewce. Gra Arki rozczarowywała, a złożyło się na to kilka czynników. Myślę, że ogólny obraz zaciemniły letnie sparingi - mówi w rozmowie z trojmiasto.sport.pl były piłkarz i legenda żółto-niebieskich Janusz Kupcewicz.
Piotr Wiśniewski: Rozmowę z panem zacznę dość nietypowo, bo od polityki.

Janusz Kupcewicz: Dopiero zaczynam swoją przygodę z polityką. Uważam, że do polityka jeszcze mi daleko.

Musi być pan zadowolony z poparcia w Gdyni. Ponad 9000 głosów do sejmiku wojewódzkiego. Kto by się spodziewał?

- Nawet dla mnie to ewenement. Nie sądziłem, że tyle osób może na mnie zagłosować. To po pierwsze. Druga sprawa jest taka, że PSL pierwszy raz w historii tego okręgu [okręg numer dwa obejmującym Gdynię i Sopot oraz powiaty wejherowski i pucki - przyp. aut.] wprowadził swojego przedstawiciela do sejmiku. Mam z tego dużą satysfakcję. Z pewnością wiele głosów dostałem od starszych kibiców Arki. Także od pozostałych gdynian. Sąsiedzi mówili mi, że szli na wybory całymi rodzinami i postawili krzyżyk przy moim nazwisku. Zadziałała poczta pantoflowa. Bardzo dużo głosów dostałem w szkole, w której uczę.

Czyli pański wynik to bardziej przejaw sympatii dla pana niż poparcie PSL?

- Trudno mi powiedzieć, czym kierowali się ludzie, stawiając akurat na mnie. W szkole rodzice uczniów mogli kierować się tym, jakim jestem nauczycielem, jak się zachowuję. Może wpływ na taką decyzję miał mój sposób życia. Myślę, że to mogło przeważyć.

Będzie pan w sejmiku promował pomorski sport i wspierał Arkę?

- Chciałbym jeszcze podkreślić, że nie bez znaczenia było poparcie prezydenta Gdyni Wojciecha Szczurka, który osobiście mnie wspierał. Jeśli chodzi o sport, to będę służył całemu Pomorzu. Wybierała mnie nie tylko Gdynia, a również Sopot, Rumia, Reda, Wejherowo, Puck i cały Półwysep Helski. To, że Arka jest bliska memu sercu, wie każdy. Jednak zamierzam wspierać cały region pomorski. Muszę zachować przy tym trzeźwy umysł i zachować obiektywizm.

A jak oceni pan postawę Arki w rundzie jesiennej?

- Bardzo żałuję, że nie zachował się trzon drużyny z poprzedniego sezonu. Według mnie to była najmocniejsza drużyna Arki w ostatnich latach. Z rozmów z prezesem Wojciechem Pertkiewiczem wiem, że gros z tych piłkarzy nie chciało zostać. Niektórzy dostali oferty z ekstraklasy i nie dziwię się, że odeszli. Nie lubię sytuacji - a takie się w Polsce zdarzają i z tego co mi wiadomo, było też tak w Gdyni - jak zawodnik nieodpowiednio przykłada się do swoich obowiązków. Myśli: "A za dwa miesiące koniec kontraktu i odchodzę". Gdzie tu przywiązanie do barw? Arka musiała budować zespół od podstaw. Za tworzenie nowej drużyny wzięli się dyrektor sportowy Czesław Boguszewicz i trener Dariusz Dźwigała.

I ten ostatni zawiódł? Czy wina rozkłada się na obu panów?

- Pamiętam słowa dyrektora Boguszewicza jeszcze z poprzedniego sezonu. Mówił wtedy: "Jeśli Arka nie awansuje to mamy drugi wariant". Odpowiedziałem: "Pewnie za chwilę będziesz miał trzeci, a potem czwarty...". I jak się okazało, plany spaliły na panewce. Nie można obarczać winą tylko trenera Dźwigały. Gra Arki rozczarowywała, a złożyło się na to kilka czynników. Myślę, że ogólny obraz zaciemniły letnie sparingi. Arka grała z poważnymi rywalami, co prawda bramek nie strzelała, ale spisywała się dobrze i niektórzy pomyśleli, że to dobry prognostyk przed ligą. Jak dla mnie to nie jest zespół, który byłby w stanie powalczyć o ekstraklasę. Środek tabeli to maks. 9. miejsce jest adekwatne do aktualnych możliwości i umiejętności drużyny.

Dyrektor Boguszewicz tłumaczył się, że miał ograniczone pole manewru, gdyż na transfery miał 30 proc. mniej niż w zeszłym sezonie. Ale czy wszystko trzeba sprowadzać do braku pieniędzy?

- Za Arką cały czas ciągną się pewne zaszłości. Wiem, że wszystkie długi są regularnie spłacane. Nie wiem dokładnie, jakie to kwoty, bo nie ja jestem od tego. I zgodzę się, że nie można szukać usprawiedliwień, podnosząc argument finansowy. O tych 30 proc. pierwszy raz słyszę. Jeśli rzeczywiście tak jest, to odpowiem w ten sposób: jak zatem radzi sobie Flota, której piłkarze nie dostają pieniędzy i jeszcze wykładają ze swojej kieszeni, aby być na treningu? A jak Stomil Olsztyn z dużo niższym budżetem? Nawet jeśli budżet Arki był okrojony o te 30 proc., to i tak dysponuje budżetem spokojnie na piąte, szóste miejsce.

Co zatem nie zagrało, oprócz tego, że drużyna została źle przygotowana fizycznie, o czym już powoli mówią wszyscy w klubie?

- Nie chcę zwalać wszystkiego na Darka Dźwigałę. Grzesiek Niciński ma o tyle dobrą sytuację, że dostał w spadku ten sam zespół, lecz dostał innych współpracowników. Jest nowy dyrektor sportowy Edward Klejndinst. Wrócił Michał Globisz. Nie trzeba chyba mówić, jak jego pozytywne nastawienie ma wpływ na Arkę. Atmosfera w drużynie jest zupełnie inna.

Inna niż kiedy?

- Niż za czasów Pawła Sikory. Z tym że zespół nie psuł się od środka. To nie wina piłkarzy czy ówczesnego trenera. Mam na myśli Czesława Boguszewicza i jeszcze innego pana. Zawsze myślałem, że dyrektor sportowy jest od tego, aby służyć radą, wspierać trenera, rozmawiać z nim czy umówić się na kawę i przedstawić swoje zdanie. A nie wchodzić do szatni, nakazywać grać piłkarzom tak, a nie inaczej. To podważanie autorytetu trenera. Nie mówię też, że z trenerem Sikorą Arka by awansowała. Niemniej jeśli trenera rozlicza się z wyników, to powinien on mieć wolną rękę. Obecnie pracujący ludzie w Arce jadą już na jednym wózku.

W Arce postawiono na ludzi stąd, związanych z Gdynią. Dlatego też coraz głośniej mówi się o tym, że znajdzie się w klubie także miejsce dla pana jako skauta.

- Rozmawiałem już wcześniej z prezesem Pertkiewiczem. Kolejną rozmowę odłożyliśmy na po świętach. Miałbym odpowiadać za skauting w mniejszym zakresie. Skupiłbym się na wyszukiwaniu chłopaków w województwie pomorskim. Walecznych, chcących zaistnieć w zawodowym futbolu. Głównie chodzi o 20-, 21- i 22-latków. Chcę pracować w Arce. Na każdym kroku powtarzam, że jestem arkowcem. A moje - krytyczne czy mniej krytyczne - opinie wynikają z dobrej woli, z tego, że jako kibic chcę dobrze dla Arki. Po prostu mam pretensje do działaczy, że wszystkie pieniądze za ery Ryszarda Krauzego zostały roztrwonione. Stąd też moje uwagi do szefa rady nadzorczej Piotra Wesołowskiego. Pieniądze nie zostały odpowiednio spożytkowane. Zamiast zainwestować w awans, poszły na wypłaty dla działaczy.

Znany jest już pan z krytyki wielu działań Arki.

- Bo chciałbym w końcu derbów Arka - Lechia na pięknych stadionach w Gdańsku i w Gdyni. Mimo, że kibice się nie znoszą, to nie ma piłkarza, który nie chciałby wystąpić w takim meczu przy komplecie publiczności.

Rozumiem, że pana powrót do Arki wiąże się z tym, że w klubie nie ma już Czesława Boguszewicza?

- Tak. Jakoś Czesław Boguszewicz nie przejawiał ochoty, żebym wrócił do klubu. Teraz dużą rolę w tym, że - jeśli - zacznę współpracować z Arką, odegrał Michał Globisz, z którym znamy się od lat. Rada Nadzorcza przychyliła się do jego prośby. Od razu zaznaczę, że nie jestem w Arce dla pieniędzy, bo mówimy o stosunkowo niewielkiej kwocie, którą miałbym otrzymywać.

Pamiętam, ile pan zarabiał wcześniej, gdy razem z Tomaszem Koryntem wyławialiście młode talenty do Arki. Były to - używając kolokwializmu - drobne.

- Nie chcę rozmawiać o pieniądzach. Zakładając, że od stycznia podpiszę z Arką umowę-zlecenie, finanse schodzą na drugi, jeśli nawet nie trzeci plan. Nie jest to ani dużo, ani mało. Powiedzmy przeciętne zarobki nauczyciela.

Można by tak wymieniać piłkarzy z letniego okienka, którzy się nie sprawdzili. Jednak najbardziej zawiedli Grzegorz Lech, Antonio Calderon, Aleksander Jagiełło, Paweł Abbott...

- Piłka to gra zespołowa. Jak zawodzi jeden, to zawodzi cały zespół. Dajmy na to jeden piłkarz straci piłkę w środku pola, ale jest za nim jeszcze pięciu, którzy mogą ten błąd naprawić. Do tego bramkarz. Wszyscy zawodnicy powinni się uderzyć w pierś. Łatwo skrytykować jednostkę. A my Polacy potrafimy to robić jak nikt inny. Wszyscy są winni tylko nie my. Najlepiej obrazuje to sytuacja, gdy po przegranym meczu 0:3 wypijemy po kilka piw i wychodzimy na 4:3 (śmiech).

Czyli ocena drużyny nie może być dobra?

- Po przyjściu Globisza i Witta atmosfera się uspokoiła. Efektem tego były cztery zwycięstwa z rzędu. Jakby nie patrzeć to sukces tej drużyny, a zwłaszcza wygrane na wyjeździe z Wisłą Płock (1:0) czy Olimpią Grudziądz (3:0). Z drugiej strony Arka przegrywała też wysoko z Termaliką Nieciecza (2:4) i Zagłębiem Lubin (0:4).

Kibice złośliwie mówią, że w bramce Arki stoi ręcznik. Nie za krytyczna to ocena?

- Myślę, że zimą Arka powinna szukać bramkarza. Mogę oczywiście wyrazić jedynie swoje prywatne zdanie. Dlatego szkoda mi Michała Szromnika, na którego kibice także narzekali. Jemu też zdarzały się "babole". Uważam, że ten chłopak ma papiery na to, żeby zaistnieć na arenie międzynarodowej, nie tylko w Szkocji.

Zimą szykują się spore zmiany w kadrze. Czyli wracamy do punkty wyjścia, a więc rewolucji...

- I tutaj dochodzimy do całego sedna. Przykład Lechii pokazuje, co "dobrego" wynika z rewolucji. Nie będę rozwodził się o problemach Lechii, jednak - jak dla mnie - te zmiany właścicielskie niczego dobrego nie wniosły. W Gdańsku powinni postawić się swoich ludzi, a nie jakichś menedżerów z zewnątrz. Ci ludzie patrzą na Lechię przez pryzmat zarobku. W Arce zostało wymienionych kilkunastu piłkarzy. Nurtuje mnie też inna kwestia. Czy przynajmniej 4-5 piłkarzy z nowego zaciągu jest w stanie grać wiosną na wysokim poziomie? Czy są gwarantem jakości? Takiej, że Arka bez wahania przedłuży z nimi kontrakt. Zespół musi mieć swój szkielet. Wiem jednak, że piłkarze z drużyny Pawła Sikory nie wyrazili zgody na dalszą grę w Arce. Z tamtego zespołu zostawiłbym czterech, pięciu piłkarzy i dobrał do nich kilku młodych. A Arka ma skąd przecież brać młodzież. Gra w niej wielu reprezentantów Polski.

Mateusz Szwoch dobrze zrobił, odchodząc od razu do Legii Warszawa? Nie za duży przeskok?

- Szwoch i wcześniej Formella rzucili się na głęboką wodę. Choć Mateusz grywa w Legii, to mam wątpliwości, czy się przebije do składu na dłużej. To samo z Formellą. Obaj powinni być wypożyczeni do słabszych klubów, gdzie by się ograli. Denerwuje mnie, gdy słyszę, że piłkarz w wieku 19 lat jest młody i ma czas. Ręce opadają. Jak ktoś potrafi grać w piłkę, to nie trzeba czekać, aż skończy powiedzmy 24 lata.

Obserwuj autora na Twitterze - @PiWisniewski

Weterani wciąż w cenie. Ława, Saganowski, Głowacki, Sobolewski, Zieńczuk i inni


Więcej o: