Sport.pl

Od "A jak Anastasi" do "Z jak za kulisami", czyli alfabet trójmiejskiego sportu A.D. 2014

W trójmiejskim sporcie nie sposób się nudzić. Wielkie mecze, zabawne sytuacje, irracjonalne zachowania czy nietrafione transfery. Co najbardziej zapadło nam w pamięć w 2014 r.? Trojmiasto.sport.pl prezentuje alfabet z subiektywnym przeglądem tego, co najważniejsze w ostatnich 12 miesiącach. A działo się sporo!
Obserwuj autora na Twitterze - @PiWisniewski

A jak Andrea Anastasi

Nie możemy nie zacząć naszego alfabetu od włoskiego szkoleniowca Lotosu Trefla. Anastasi jest nie tylko bardzo dobrym warsztatowcem, ale i świetnym motywatorem. Jest jak trener psycholog. Nikt nie potrafi tak wpłynąć na zawodników jak on. Odmienił oblicze, a w zasadzie zbudował gdański zespół od początku, na tyle, że Lotos Trefl stał się czołową drużyną PlusLigi, która bije polskich mocarzy. Zadania nie miał łatwego, przyszedł po kompletnej klapie - 10. miejscu Lotosu w poprzednim sezonie. Ale stworzył team kompletny, który jest na bardzo dobrej drodze, aby powalczyć o medale.

B jak Benfica Lizbona

To był jeden z tegorocznych hitów w polskiej ekstraklasie. Nikomu wcześniej bliżej nieznany Paweł Dawidowicz, który przebojem wdarł się do pierwszej drużyny biało-zielonych, znalazł się w orbicie zainteresowań Borussii Dortmund, by ostatecznie trafić do stolicy Portugalii. Nastoletni jeszcze zawodnik (w dniu podpisania kontraktu z Benficą kończył 19 lat) związał się z utytułowanym klubem aż pięcioletnią umową. Na razie nie było mu dane przebić się do pierwszego składu Benfiki, bo pierwsze szlify zbiera w rezerwach. Lechia zarobiła na tym transferze 1,5 mln euro plus bonus zależny od liczby meczów rozegranych przez Dawidowicza w barwach klubu z Lizbony. "Hiena" dostał nawet powołanie od selekcjonera polskiej reprezentacji Adama Nawałki na towarzyski mecz z Litwą w Gdańsku.

C jak czwarte miejsce

Dla sportowców to miejsce najgorsze z możliwych, jednak dla Lechii taka pozycja oznaczała najlepszy wynik w ekstraklasie od blisko 60 lat! Biało-zieloni otarli się o europejskie puchary (dwa punkty straty do Ruchu), zabrakło dosłownie kropki nad "i". Cokolwiek by jednak mówić, takie miejsce ujmy klubowi nie przynosi. Obecnie tak wysoką lokatę kibice gdańskiej drużyny przyjęliby chyba z pocałowaniem ręki. Co innego Arka, dla której czwarte miejsce oznaczało brak awansu do ekstraklasy. Miał być sukces, a skończyło się na wielkim zawodzie. Czkawka sezonu 2013/2014 odbija się w Gdyni do dziś.

D jak drużyna

Mamy w Trójmieście kluby piłkarskie (Lechia i Arka), mamy też rugbistów (Arka, Lechia, Ogniwo Sopot), odradza się nawet hokej (MH Automatyka Stoczniowiec); są drużyny w piłce ręcznej (Wybrzeże Gdańsk, Vistal Gdynia, Łączpol AZS AWFiS Gdańsk), koszykarskie (Asseco Gdynia, Trefl Sopot, Basket Gdynia), a nawet w futbolu amerykańskim (Seahawks Gdynia, Seahawks Sopot). Jest także Atom Trefl Sopot, który rok w rok zdobywa medale w lidze, ale najwięcej w ostatnim czasie mówi się o siatkarzach Lotosu Trefla Gdańsk. To oni znaleźli się na ustach wszystkich. Stali się rewelacją PlusLigi. Rok zakończyli w wielkim stylu (14 zwycięstw w 16 meczach), urwali punkty wszystkim zespołom z "wielkiej czwórki" i stali się kandydatami do podium. A ponoć sukces tkwi w szczegółach. W przypadku Lotosu Trefla jest to drużyna. Tutaj nie ma słabych punktów. Siłą gdańszczan jest świetna atmosfera i... pokora. W końcu znane porzekadło mówi: "Ciszej jedziesz, dalej zajedziesz".

E jak ewentualny sukces

O ile rok 2014 był bardzo udany dla polskiego sportu (igrzyska olimpijskie w Soczi, sukcesy kolarzy, zwycięstwo polskich piłkarzy z Niemcami, mistrzostwo świata w siatkówce mężczyzn), o tyle minione 12 miesięcy dla trójmiejskich sportowców nie było pasmem sukcesów. W sportach drużynowych na podium stanął Atom Trefl, ale trzecie miejsce - przy założeniu, że celem był finał - można potraktować jedynie jako umiarkowany sukces, oraz Vistal Gdynia i Trefl Sopot (brązowy medal). Siatkarze zajęli 10. miejsce, Arka nie dostała się do ekstraklasy, Lechia do końca walczyła o puchary, Asseco odpadło w pierwszej rundzie play-off. Za sukces należy też uznać awans gdańskich szczypiornistów do PGNiG Superligi.

F jak frekwencja

Czego jak czego, ale frekwencji trójmiejskim klubom może zazdrościć każdy. Obiekty w Gdyni (Stadion Miejski), Gdańsku (PGE Arena) i na granicy dwóch miast (Ergo Arena) są chętnie odwiedzane przez kibiców. Arka w poprzednim sezonie miała najwyższą frekwencję w I lidze, Lechia była pod tym względem w czołówce, na mecze Atomu Trefla chodzi spora grupa kibiców, a sukcesy siatkarzy sprawiły, że ogląda ich po 4-5 tys. kibiców. Rekordowym zainteresowaniem cieszyły się zwłaszcza mecze zespołu Anastasiego z Zaksą Kędzierzyn-Koźle i Asseco Resovią Rzeszów. Oczywiście jest jeszcze sporo do poprawy, zwłaszcza w Arce i Lechii, jednak cokolwiek by mówić, to wynik w pierwszej kolejności rzutuje na odbiór społeczny drużyny. Bo polski kibic - w zdecydowanej większości - tak już ma, że lubi oglądać zwycięstwa swoich drużyn i gdy jego ulubieńcy są w czubie tabeli.

G jak gdańsko-gdyńska gościna

To, że Trójmiasto jest fajnym miejscem do życia, wie niemal każdy. Rześkie powietrze, plaża, morze, wiele atrakcji etc. Nie dziwi więc fakt, że rokrocznie wielu turystów tutaj przyjeżdża i wraca zadowolonych. Z gościny trójmiejskich klubów korzystały też drużyny piłkarskie. I akurat w tym przypadku nie jest to powód do dumy. Zarówno Lechia, jak i Arka traciły wiele punktów na własnych stadionach, a przecież grają na pięknych obiektach. O ile Lechii w pierwszym półroczu 2014 r. jeszcze w miarę szło na PGE Arenie, o tyle w tym sezonie znów wróciły dawne demony (trzy wygrane na dziewięć możliwych, czyli zaledwie 33 proc. skuteczności!). W efekcie miniony rok na własnym stadionie biało-zieloni kończą bilansem siedmiu zwycięstw, czterech remisów i sześciu porażek. Nieco lepiej - ale też bez rewelacji - wygląda na tym tle Arka. Żółto-niebiescy w 2014 r. zdołali wygrać u siebie osiem razy, pięć razy zremisować i cztery razy przegrać. W przypadku Arki fatalny był zwłaszcza początek obecnego sezonu. Zespół jeszcze wówczas Dariusza Dźwigały rozdawał punkty u siebie każdemu potrzebującemu.

H jak halowe mistrzostwa świata

Bez dwóch zdań najlepsza impreza, jaka w 2014 r. odbyła się w Trójmieście. Sopot i Ergo Arena stanęły na wysokości zadania, organizując zawody na najwyższym światowym poziomie. W hali na granicy Sopotu i Gdańska pojawiły się największe gwiazdy lekkoatletyki na czele z Polakami. I tak: w Ergo Arenie kibice mogli zobaczyć m.in. Tomasza Majewskiego, Annę Rogowską, Adama Kszczota, Marcina Lewandowskiego czy Bernarda Lagata, płotkarkę Sally Pearson, wieloboistę Asthona Eatona, sprinterkę Shelly-Ann Fraser Pryce, skoczka wzwyż Iwana Uchowa. To podczas tej imprezy ustanowiony został nowy rekord świata amerykańskiej sztafety 4 x 400 m, która sięgnęła po złoto z wynikiem 3:02.13. HMŚ w Sopocie zostały wysoko ocenione przez przedstawicieli IAAF, jak również ze strony prezydentów krajowych federacji lekkiej atletyki. Miasto i komitet organizacyjny otrzymały szereg gratulacji wielkiego sukcesu sportowego i organizacyjnego. A prestiżowy portal all-athletics.com uznał, że 15. edycja halowych mistrzostw świata była najlepszą imprezą 2014 r. w kategorii zawodów pod dachem oraz wielobojowych.

I jak irracjonalne zachowanie

"Pomysłów na Lechię mam mnóstwo, ale co z tego, skoro nie mam do nich wykonawców. Nie chodzi tu o to, że Lechia ma słabych piłkarzy. Po prostu na niektórych pozycjach brak jest rywalizacji. Tak jest np. na lewej obronie i jeszcze na dwóch, trzech pozycjach". Pamiętacie te słowa? Wypowiedział je trener Tomasz Unton po przegranej 1:2 z Koroną Kielce. Ten mecz i przytoczona wypowiedź okazały się gwoździem do trumny młodego szkoleniowca. Wyszedł jego brak doświadczenia. Wcześniej, przed meczem z Legią, też dał się ponieść emocjom, kiedy na treningu dziennikarze usłyszeli od niego mocne słowa, a kilka dni później Unton wyparł się tego, co powiedział, twierdząc, że słowa zostały przekręcone. Po wspomnianym spotkaniu z Koroną publicznie zbeształ go szkoleniowiec gości Ryszard Tarasiewicz.

J jak "Jak on to zrobił?!"

Mimo że Lechia swoją grą nie zawsze rozpieszczała kibiców, na PGE Arenie rzadko wygrywała, męczyła się również na wyjazdach, to udziałem lechistów było wiele pięknych bramek (więcej TUTAJ). Piotr Wiśniewski, Stojan Vranjes, Antonio Colak. Jednak najefektowniejszego gola drugiego półrocza strzelił Piotr Grzelczak, czyli człowiek wolej. Lecz tym razem Grzelczak zasłynął uderzeniem w górny róg słabszą, prawą nogą w meczu z GKS Bełchatów (1:1). Co to był za gol!

K jak karuzela trenerska

Dziewięciu - to zatrważająca liczba trenerów, którzy przez 12 miesięcy przewinęli się przez szatnię Lechii i Arki! Aż pięciu szkoleniowców prowadziło w tym czasie biało-zielonych: Michał Probierz, Ricardo Moniz, Joaquim Machado, Tomasz Unton oraz Jerzy Brzęczek. Najdłużej z nich wszystkich, póki co (nie wiemy, ile wytrwa na stanowisku Brzęczek), pracował Michał Probierz - 10 miesięcy. Z tym że on przejął drużynę jeszcze w 2013 r. Wiele zmian od stycznia do grudnia zaszło także w Arce. Najpierw pod koniec poprzedniego sezonu, gdy gdynianie stracili szansę awansu do ekstraklasy, Pawła Sikorę zastąpił Piotr Rzepka. W nowym sezonie drużynę powierzono Dariuszowi Dźwigale. Ten jednak bilans miał fatalny i po meczu z Chojniczanką Chojnice musiał pakować walizki. Od tego czasu stery w Gdyni przejął arkowiec z krwi i kości Grzegorz Niciński. W klubie zapewniają, że to opcja na lata, jednak takie deklaracje, patrząc przez pryzmat ostatnich 12 miesięcy, wcale nie muszą mieć pokrycia w rzeczywistości.

L jak Lewandowski Robert

Gdańsk, 7 czerwca 2014 r. Stadion PGE Arena. Mecz Polska - Litwa. W towarzyskim spotkaniu na jednej z aren Euro 2012 biało-czerwoni odnieśli wymęczone zwycięstwo nad słabą Litwą. Gra Polaków długimi fragmentami nie układała się, do przerwy lepsi byli rywale, ale w drugiej połowie po bramkach Arkadiusza Milika i Roberta Lewandowskiego Polacy wygrali 2:1. Mało kto wówczas się spodziewał, że będzie to początek sukcesów drużyny Adama Nawałki, która tak świetnie spisywała się w jesiennej fazie eliminacji do mistrzostw Europy (10 punktów w czterech meczach). To wtedy zaczęła się rodzić drużyna, a punktem zwrotnym drużyny Lewandowskiego i spółki był właśnie mecz z Litwą. Od tego też czasu zmieniła się też rola "Lewego" w kadrze. Stał się bardziej wszechstronnym piłkarzem w reprezentacji, a z jego pomocy korzystali inni, strzelając jakże ważne bramki z Niemcami.

Ł jak ładne dziewczyny

Cieszy się nasze oko, gdy na meczach trójmiejskich drużyn pojawiają się przedstawicielki płci pięknej. To one dodają kolorytu trybunom. To o ich uśmiech walczą fotografowie. To ich uroda często rozprasza sportowców. O ile widok kobiet na spotkaniach koszykarskich czy siatkarskich nie jest niczym nowym, o tyle wciąż jest to rzadkie zjawisko na meczach piłki nożnej. Za to jednak mamy wspaniałe cheerleaderki - i te w Gdyni, i te w Sopocie. Cheerleaders Gdynia stały się tak znaną marką, że trudno bez nich wyobrazić sobie jakikolwiek mecz Asseco. Na koniec mały apel: Pięknie panie, zapraszamy na mecze. Naprawdę warto!

M jak Moniz Ricardo

O mały włos, a wprowadziłby Lechię do europejskich pucharów. Do trzeciego miejsca gdańskiej drużynie zabrakło raptem dwóch punktów. Gdyby zamiast remisów 0:0 z Zawiszą Bydgoszcz i 2:2 z Wisłą Kraków biało-zieloni wygrali któryś z tych meczów, dziś w Gdańsku żyłoby się pucharami, a pewnie i sam Holender nie skorzystałby z propozycji pracy w TSV 1860 Monachium. Mimo że holenderski szkoleniowiec prowadził biało-zielonych tylko w 10 spotkaniach, pozostawił po sobie bardzo dobre wrażenie. Ba, w końcu wprowadził zespół do grupy mistrzowskiej, miał dodatni bilans (pięć zwycięstw, trzy remisy i dwie porażki). Co więcej, czwarte miejsce na finiszu rozgrywek to najlepszy wynik Lechii w ekstraklasie od 56 lat!

N jak nadzieja

Nadzieja ponoć umiera ostatnia. Wierzymy, że przyszły rok będzie dla trójmiejskich sportowców dużo lepszy od poprzedniego. Bo licząc pojedyncze sukcesy w sportach drużynowych, powodów do radości nie mieliśmy za wiele. Oczekujemy, że na podium stawi się większa reprezentacja Gdańska, Sopotu i Gdyni. W 2014 r. cieszyliśmy się z pudła siatkarek, piłkarek ręcznych i rugbistów. Oczywiście nie mówimy o sukcesach większego formatu, jak reprezentacja czy igrzyska olimpijskie, tylko o naszym urokliwym Trójmieście. Zatem sportowcy, trzymamy kciuki!

O jak okno transferowe

Lechia była królową letniego polowania. Do Gdańska ściągniętych zostało ponad 20 piłkarzy, co najmniej kilku o uznanych nazwiskach, ale większość tych ruchów okazała się nietrafionym pomysłem. Zespół, który miał walczyć o europejskie puchary, od początku sezonu zawodził, w efekcie walczy teraz o dostanie się choćby do grupy mistrzowskiej. Sytuacja biało-zielonych jest nieciekawa, co tylko pokazuje, jak dużym ryzykiem obarczona jest rewolucja personalna. Przecież to jakość, a nie ilość gwarantuje wysoki poziom. O tej starej zasadzie ktoś najwidoczniej w Lechii zapomniał.

P jak Pieszczek Krystian

Jego przypadek pokazuje, że w profesjonalnym sporcie - jak i w biznesie - nie ma miejsca na sentymenty. Długo trwało, zanim wychowanek Wybrzeża Gdańsk podpisał nowy kontrakt z gdańskim klubem. Jeszcze w lutym trwał o to spór, w który zaangażowany był sam żużlowiec, prezes GKŻ Tadeusz Zdunek oraz menedżer Wybrzeża Gdańsk Andrzej Terlecki. Warto przypomnieć, że w styczniu obie strony dialog prowadziły za pomocą oświadczeń. Ostatecznie 21 lutego Pieszczek złożył podpis pod nową umową. Porozumienie na linii Pieszczek - Wybrzeże zostało zawarte krótko po tym, jak GKSŻ wydała orzeczenie, na mocy którego kontrakt juniora gdańskiej drużyny z GKŻ Wybrzeże Gdańsk (stowarzyszeniem, z którego był wypożyczony do spółki - przyp. red.) jest ważny. Jednak nie uspokoiło to sytuacji. W maju po meczu Renault Wybrzeże Gdańsk - Unia Leszno doszło do przepychanek pomiędzy członkami teamów Artura Mroczki, Krystiana Pieszczka oraz Thomasa H. Jonassona, a klub zapowiedział surowe kary. Chwilę po tym incydencie Pieszczek wydał oświadczenie, w którym przyznał, że nie stać go na jazdę na żużlu. Co więcej, pod koniec rozgrywek klub nie miał pieniędzy, by płacić 19-latkowi za starty, dlatego żużlowiec był w końcówce sezonu odstawiony od składu. Lecz już wcześniej było przesądzone, że odejdzie. W 2015 r. będzie reprezentował barwy Falubazu Zielona Góra.

R jak #róbmyswoje

Żyjemy w dobie mediów społecznościowych, dlatego nikogo nie powinny dziwić wszechobecne hasztagi, czyli popularne #. W social mediach znakomicie czuje się szkoleniowiec Lotosu Andrea Anastasi, który stał się królem Twittera. Włoski szkoleniowiec jak nikt potrafi sukces prowadzonej przez niego drużyny przekuć w sprawny PR w sieci. Hasłem #róbmyswoje Włoch rozpoczął pracę w Lotosie. I co jakiś czas - mimo kolejnych zwycięstw - powtarza te słowa, zdejmując w ten sposób presję ze swoich zawodników. Bo klucz tkwi w koncentracji i skupieniu. Bez tego trudno o sukcesy.

S jak stracona szansa

Miała być ekstraklasa (Arka), było blisko pucharów (Lechia) i trzeci finał z rzędu (Atom Trefl). Skończyło się natomiast miejscem tuż za podium (Arka i Lechia) oraz przegranym półfinałem z Impelem Wrocław (Atom) i ostatecznie brązowym medalem, choć celem było co najmniej drugie miejsce na podium. Ale może co się odwlecze, to nie uciecze? Sopocianki w tym sezonie nastawione są na finał. Gorzej z Arką, która przebudziła się po nieudanym początku sezonu. A Lechia? Zimą kolejne transfery...

T jak to już jest koniec

Od razu zaznaczę, że nie mam w tym miejscu na myśli piosenki Elektrycznych Gitar, tylko koniec pewnego etapu w życiu. W marcu buty na kołku zawiesił Jarosław Bieniuk, który w Lechii grał przez dwa lata. - Moje marzenie się spełniło, bo na koniec mojej przygody z piłką mogłem wrócić do Gdańska i zagrać w Lechii w ekstraklasie na nowym stadionie - mówił Bieniuk, a swoją decyzję argumentował obowiązkami rodzinnymi. Z Lechią nie rozstał się jednak na zawsze. Pod koniec października wrócił do klubu w nowej roli - został pełnomocnikiem zarządu ds. sportowych.

U jak upadek żużla w Gdańsku

Sytuacja Wybrzeża Gdańsk to sekwencja wydarzeń przypominających cyrk... tyle że na kółkach. To, co działo się z klubem w ekstralidze i zaraz po spadku, odbiło się głośnym echem w żużlowym światku. Nie dość, że gdańszczanie skompromitowali się w ekstralidze, z której spadli z hukiem, to co chwilę mieli problemy ze swoimi zawodnikami. Ci pozywali klub do sądu, nie stawiali się na treningach czy też odmawiali udziału w meczach. Konsekwencją tych wydarzeń było nieprzyznanie licencji Wybrzeżu na starty w sezonie 2015. Miało to związek z niezrealizowaniem przez gdański klub planu naprawczego. Istniała groźba, że zespół nie wystartuje w żadnej z lig. W dodatku nowy prezes Stowarzyszenia GKŻ Wybrzeże Tadeusz Zdunek zażądał od byłego prezesa klubu Roberta Terleckiego ponad 170 tys. zł odszkodowania za to, że ten złamał regulamin finansowy w sezonie 2013. W połowie grudnia zapaliło się zielone światełko dla Wybrzeża. Jak poinformował Polski Związek Motorowy, Wybrzeże ma otrzymać warunkową licencję na starty w II lidze. Z zaznaczeniem, że ma dwa miesiące, aby dojść do porozumienia z żużlowcami w sprawie spłat zadłużenia.

W jak właściciel Lechii

Ileż niedomówień, niejasności i plotek powstało po przejęciu Lechii przez Franza Josefa Wernze, który zaprowadził nowe porządki w klubie. Do dziś wiele osób zastanawia się, kto w rzeczywistości kryje się pod pojęciem "większościowy właściciel gdańskiej drużyny". Wernze wprowadził do klubu swoich ludzi. Prawą ręką mianował Adama Mandziarę (w Gdańsku pojawił się także 47-letni Niemiec Dirk Willers), który z czasem - po rezygnacji Dariusza Krawczyka - został prezesem klubu. Jednak nie on jest największą zagadką w Lechii. Zastanawia co innego - kto odpowiadał za politykę transferową, która doprowadziła do tego, że do drużyny dołączyło ponad 20 piłkarzy?! Wybory pana Wernze i decyzje jego ludzi nie wszystkim się podobały. Chodzi przede wszystkim o wspomnianego Krawczyka, który jak przedstawiciele akcjonariuszy mniejszościowych nie zgodził się na zatrudnienie w roli trenera Lechii Tomasza Hajty. Spory wewnątrz klubu doprowadziły także do odwołania dyrektora sportowego Andrzeja Juskowiaka, który został wybrany przez stary zarząd. Dziwna polityka i przepychanki źle wpływały na morale drużyny, a to z kolei napędziło prawdziwą karuzelę, na którą wpadali i z której wypadali kolejni trenerzy (o tym więcej w innym miejscu).

Z jak za kulisami

Równie ciekawie, a nawet ciekawiej niż na boisku bywa czasami w salach konferencyjnych lub w mix-zonach. Tam czasami z ust trenera czy zawodników można usłyszeć rozbrajające słowa. Tylko że ta szczerość bywa różnie odbierana. Kilka pikantnych cytatów usłyszeliśmy od szkoleniowców i sportowców z Trójmiasta. W ten sposób lubił przemawiać choćby Michał Probierz, nerwy puszczały również Pawłowi Sikorze (jego słynna konferencja, w której nie szczędził krytyki dziennikarzom), a niebanalnych określeń potrafi używać również trener Trefla Darius Maskoliunas. Generalnie każda drużyna ma swojego "złotoustego", którego słowa są łakomym kąskiem dla redakcji sportowych. Szczere wypowiedzi tylko potwierdzają, że emocje w sporcie się nieodzownym elementem.

TRÓJMIEJSCY SPORTOWCY W SOCIAL MEDIACH


Więcej o: