Sport.pl

Krzysztof Sobieraj: Ja synem Stawowego? Mój tata ma na imię Jerzy, a nie Wojciech

Pierwszą stratę punktów w rundzie wiosennej piłkarze Arki przyjęli ze sporym niedosytem. Przeciwko Widzewowi gdynianie mieli kilka stuprocentowych sytuacji, ale piłka za nic w świecie nie chciała wpaść do bramki Macieja Krakowiaka.
Efektowne zwycięstwa Arki z GKS-em Tychy (4:0) oraz ze Stomilem Olsztyn (4:1) rozbudziły apetyty w Gdyni. Jednak imponująca strzelecka seria zespołu Grzegorza Nicińskiego trwała raptem dwa mecze. Z Widzewem gdynianie mieli już rozregulowane celowniki.

- Z przebiegu spotkania zasłużyliśmy na zwycięstwo. Mamy spory niedosyt, bo stworzyliśmy kilka dobrych sytuacji bramkowych. Sam miałem okazję po rzucie rożnym, gdy uderzyłem na siłę i piłka wylądowała na słupku - żałował po meczu kapitan Arki Krzysztof Sobieraj w rozmowie z Arka-TV.

- Cóż. Nic nie chciało wpaść. Szkoda. Chcieliśmy bardzo wygrać i była ku temu okazja. Niepokoi tylko, że w ostatnich 10 minutach zaczęliśmy grać w dwa ognie, trochę bez głowy, narażając się na kontry. Widzew prowadził grę. Ale taki styl prezentują drużyny trenera Stawowego. Byliśmy nastawieni na taką grę. Nic nas nie zaskoczyło - dodał Sobieraj, który w przeszłości był w dobrej komitywie z obecnym szkoleniowcem Widzewa. Powszechnie - pół żartem, pół serio - mówiło się o nim nawet "synek Stawowego". Lecz 33-letni zawodnik inaczej widzi sprawę.

- Słyszę głosy zewsząd, że jestem synem trenera Stawowego. Odpowiem tak - mój tata ma na imię Jerzy, a nie Wojciech. Był kiedyś taki moment, kiedy szukałem klubu i potrzebowałem pomocy. Trener Stawowy jednak nie odbierał ode mnie telefonu. Uważam jednak, że to bardzo dobry trener, i nie wiem, dlaczego nie pracuje w najlepszych polskich klubach - przyznał kapitan Arki.

PRZEJRZYSTOŚĆ FINANSOWA, WIZJA ROZWOJU, KORPORACYJNOŚĆ - LEPSZE CZASY W ARCE?


Więcej o: