Zagubiony styl Arki. Żółto-niebiescy wciąż szukają siebie

Sytuacja Arki robi się coraz trudniejsza. Trener Grzegorz Niciński w ostatnich 21 meczach może "pochwalić się" jedynie czterema zwycięstwami gdynian. Ciężko w tym wszystkim znaleźć też konkretny styl charakteryzujący piłkarzy "Nitka".
Liczby nie kłamią. Grzegorz Niciński za sterami Arki nie może pochwalić się niczym specjalnym. Choć początek 2015 roku był naprawdę obiecujący (osiem pierwszych meczów ligowych bez porażki), to passa bez przegranej oparta była przede wszystkim na pięciu remisach. Z kolei w ostatnich 21 meczach żółto-niebiescy tylko czterokrotnie schodzili z boiska wygrani. A to - jak na zespół z aspiracjami zdecydowanie ponad przeciętnymi w I lidze - wynik katastrofalny. Do niedawna też przecież (do wygranego meczu w Płocku z Wisłą 2:0) Arka miała serię dziesięciu kolejnych spotkań ligowych bez zwycięstwa! Trwało to od 21 marca. Wydaje się, że w tym wszystkim nie może być mowy o przypadku.

Gra Arki za kadencji jej byłego piłkarza nie wyróżnia się niczym konkretnym. Bo w czym gdynianie się specjalizują? W ataku pozycyjnym? W grze z kontry? W strzałach z dystansu? A może w kombinacyjnym rozegraniu pod bramką rywala? Tak naprawdę nikt tego nie wie.

- Jest pomysł na tę drużynę i zawsze był - wielokrotnie powtarzał Niciński, gdy zarzucono mu brak pomysłu na grę piłkarzy.

Problem w tym, że tego pomysłu, koncepcji i długofalowego myślenia nie widać. O ile jeszcze zespół pod wodzą Nicińskiego osiągał dobre wyniki po momentami naprawdę dobrej grze, o tyle z czasem okazywało się, że tego typu "wybryki" są i będą krótkotrwałe. W jednym meczu środkowy pomocnik Michał Nalepa nastawiony jest tylko na strzały z dystansu, zaś trzy dni później na koronkowe wejście z piłką w pole karne. Przez pierwszą połowę drużyna konstruuje akcje podaniami po ziemi, by po przerwie dużo częściej posyłać górne piłki na napastników. Trudno w tym wszystkim znaleźć wspólny mianownik i konsekwencję.

Kibice w Gdyni Arkę z własnym stylem nie widzieli też pewnie od czasów charyzmatycznego Wojciecha Stawowego i występów w ekstraklasie, czyli dziewięć lat temu. Ten powiedział: "koniec z długimi piłkami granymi od obrony do ataku z pominięciem linii pomocy! Od dzisiaj gracie tylko po ziemi!". I zawodnicy tak czynili. Kiedy z kolei Stawowy wymyślił, by w ataku drużyna grała w ustawieniu 4-3-3, a w destrukcji 4-5-1, to konsekwentnie wpajał to piłkarzom, a ci jego założenia wypełniali. I to się sprawdzało, bo dzięki niemu Arka zajęła wówczas jedenaste miejsce w ekstraklasie z dorobkiem 40 punktów i aż 17 przewagi nad strefą spadkową. Wszystko jednak ciągle na poziomie ekstraklasy, bo na jej zapleczu Stawowy sobie już kompletnie nie poradził.

Wiadomo, I liga to kompletnie inna bajka, lecz nikt nie powiedział, że i tam nie można konsekwentnie punktować większości rywali, tak jak choćby w ubiegłym sezonie Zagłębie Lubin. A mając tak silną w tych warunkach kadrę jak Arka, trudno zaakceptować nad wyraz widoczne wahania formy.

Nieśmiało (jak na razie) wśród mediów podnoszą się głosy o zwolnieniu Nicińskiego. Ciężko w tym sezonie myśleć nawet o słynnym już w Gdyni celu, czyli top 5, jeśli zespół nie będzie się wyróżniał niczym specjalnym od reszty stawki. Póki co, ginie w szarości tej ligi, która - biorąc pod uwagę jej tegoroczny równy i, niestety, bardzo przeciętny poziom - w tym sezonie nie pozwoli odskoczyć do góry żadnemu potentatowi. Chyba że zespół do awansu będzie charakteryzował konkretny styl.

Ile w tym wszystkim wytrzyma jeszcze zarząd gdyńskiego klubu? Ewentualne przekonania o stabilnej pozycji trenera, jeśli takowe się pojawią, będzie można schować do szuflady. Nie tak dawno zapewniano przecież, że nietykalny w Lechii jest Jerzy Brzęczek. Dzisiaj to już człowiek bezrobotny.

KRZYSZTOF SOBIERAJ: BRAKUJE NAM KLASOWEGO NAPASTNIKA I BOLEŚNIE TO ODCZUWAMY