Wizjoner Klejndinst, czyli jak dyrektor sportowy Arki przewidział jesień w I lidze [PODSUMOWANIE]

Były wzloty i upadki, chociaż znacznie więcej tych pierwszych. Żeby jednak na dobre mówiono o sukcesach, Arka musiała przejść wyboistą drogę pełną kamieni. Na niej potknął się Grzegorz Niciński, ale podnieśli go działacze klubu i bronili z całych sił. Wszystko przewidział dyrektor sportowy Edward Klejndinst.
- Arka personalnie wygląda dobrze. Myślę, że powinniśmy mocno zaakcentować naszą obecność w I lidze i znaleźć się w gronie pretendentów do awansu. Jestem przekonany, że w niedługim czasie ta drużyna będzie prezentować się na miarę ekstraklasy - mówił przed sezonem dyrektor sportowy Arki Edward Klejndinst.

Teraz, wracając do tych słów, wymownie się uśmiechamy. Arka przed sezonem wyglądała personalnie naprawdę dobrze. Miała zaznaczyć swoją obecność w lidze i liczyć się w walce o awans. W niedługim czasie mieliśmy oglądać zespół grający na miarę ekstraklasy. Coś się nie sprawdziło?

Mamy grudzień. Od rozpoczęcia sezonu minęły równo cztery miesiące. Tyle też mniej więcej upłynęło czasu od powyższych słów dyrektora sportowego Arki. Jakby nie spojrzeć, okres bardzo krótki, a meczów na poziomie ekstraklasy w wykonaniu gdynian było już kilka. Drużyna kurczowo trzyma się też prowadzącej w wyścigu po elitę Wisły Płock i nogami stara się zrzucić w przepaść tych, którzy do tej walki chcą się dołączyć. Jaka to była jesień dla Arki? Pytanie retoryczne. A czy ktokolwiek w ogóle spodziewał się takiej rundy? Jedna osoba na pewno.

Trzeba spaść z wysoka, żeby znowu wejść na szczyt

Terminarz nie rozpieszczał żółto-niebieskich już od pierwszej kolejki. Spadkowicz Zawisza Bydgoszcz, pretendent Wisła Płock, GKS Katowice i wracający do łask Zagłębie Sosnowiec - taki początek zwiastował raczej konieczność gonitwy czołówki już po paru grach. Były wzloty i upadki, chociaż znacznie więcej tych pierwszych. Żeby jednak na dobre mówiono o sukcesach, Arka musiała przejść wyboistą drogę pełną kamieni. Na niej potknął się Grzegorz Niciński, ale podnieśli go działacze klubu i bronili z całych sił.

- Powiem tak. Obecnie nie ma tematu zmiany trenera Nicińskiego. Czekamy na to, co będzie w następnych spotkaniach - ucinał wówczas spekulacje Klejndinst.

Po fantastycznym początku (wygrane w Płocku 2:0 i u siebie z GKS-em 1:0 oraz remis 1:1 z Zawiszą) gdynianie złapali poważny regres formy. Piłkarze Nicińskiego zebrali tęgie lanie (2:4) w Sosnowcu, by później oddać trzy punkty w Gdyni Wigrom (0:2). Z tarczą z Trójmiasta trzy dni później wracał też MKS Kluczbork, który wykonał swoją robotę, remisując 1:1. A potem znowu tylko punkt (2:2) z Pogonią Siedlce. To był więc czas, kiedy "Nitkowi" zaczęto powoli uchylać drzwi wyjściowe z Arki. Ale nikt nie kazał mu wychodzić.

Żółto-niebiescy byli nieskuteczni, a błędy w obronie pojawiały się za często. Chociaż porażki nie były kwestią koszmarnej gry, to jak mawiał sam trener Niciński: "Chcę, żeby rozliczano mnie z wyników". A te robiły się coraz bardziej wrogie w stosunku do szkoleniowca.

Prezes wytrzymał, dyrektor też

To był kluczowy moment. Kto wie, czy nawet nie najważniejszy w całym sezonie. Po serii bez zwycięstwa przyszedł mecz domowy z - jeszcze wtedy kandydatem do awansu - Miedzią Legnica. Na konferencji poprzedzającej spotkanie dość niespodziewanie pojawił się... sam dyrektor sportowy. Klejndinst usiadł tuż obok Nicińskiego, jakby chciał od razu pokazać, że trener jest nietykalny. Zresztą potwierdził to w słowach. Zapewnił wówczas, że klub w pełni ufa Nicińskiemu i nie ma mowy o zmianie szkoleniowca.

- Stwarzamy sytuacje, niekiedy dobrze to wszystko wygląda, ale jest seria nieskuteczności pod bramką rywali. Ale naprawdę niewiele nam brakuje, by wygrywać. Dosłownie minimalnie. Odbijemy się. To jest pewne, bo ta drużyna ma większy potencjał niż jej miejsce w tabeli - dodał chwilę później.

I wtedy zaczęły się dla Arki tłuste tygodnie. Szkoleniowcowi zabrano nóż z gardła, przez co miał większy zakres ruchów. Robił swoje.

Miedź nie miała w Gdyni nic do powiedzenia (2:0), podobnie zresztą jak następne ustawiające się w kolejce zespoły. Budowała się seria ośmiu meczów bez porażki, a do ostatniego meczu z Wisłą Płock na własnych śmieciach trafiła się tylko jedna przegrana. Bilans 8-3-1.

Najlepsze na koniec

To, co najlepsze gdynianie zostawili na koniec. Pechowa dość porażka 0:1 ze Stomilem na własnym boisku na chwilę postawiła pod wątpliwość tezę "Gramy o awans!". Zostało wtedy pięć meczów prawdy. I to w nich Arka zagrała najlepsze koncerty. Dolcan, Wisła Płock. Mecze z tymi drużynami były na miarę ekstraklasy i poziom ten w większości zapewniali żółto-niebiescy.

Dlaczego więc mimo dołka i poważnego zawahania formy Arka jest wiceliderem ze stratą tylko punktu do płocczan? Powód jest prosty. W zasadzie każdy w tym sezonie zaliczył już gorszy moment, stąd chwilami po fotel lidera nikt nie wyciągał ręki, bo mieliśmy łącznie około sześciu prowadzących.

Tak z tą I ligą jesienią było, że by obejrzeć mecz na naprawdę dobrym poziomie, trzeba było poczekać aż do późnych meczów wrześniowych, później październikowych, albo tak jak spotkania Arki z Dolcanem i Wisłą - nawet do listopadowych. Dopiero w tym okresie zaczęło się klarować, kto walczyć będzie o awans, a kto o nim może powoli zapomnieć. Już każdy z każdym nie wygrywa co kolejkę, bo są zespoły, które poniżej pewnego poziomu nie schodzą i do 34. serii spotkań zapewne nie zejdą. Wśród tych drużyn jest właśnie Arka.

A Edward Klejndinst?

Wizjonerstwo na naprawdę wysokim poziomie. O ile po bessie widać było w Arce ukryte możliwości i można było prognozować odbicie się od dna, o tyle przewidywanie jeszcze przed pierwszym meczem było już wróżeniem z fusów. Trudno jednak się dziwić, bo Klejndinst to człowiek, którego można spotkać na większości treningów piłkarzy. Zna ich doskonale i wie, czy mogą stanowić o sile tej ligi. Ciekawe tylko, jakie wizje dyrektor sportowy Arki ma na temat rundy wiosennej...

TADEUSZ SOCHA: JEŚLI AWANSUJEMY, TO ZOSTANĘ W ARCE