Sport.pl

Michał Nalepa: Plan miałem taki, żeby awansować z Arką i zagrać z nią w ekstraklasie przez rok [ROZMOWA]

Jedni mówią o nim lider Arki Gdynia, inni nadzieja polskiej piłki w niedalekiej przyszłości. Jedno jest pewne - kariera Michała Nalepy rozwija się w Gdyni w błyskawicznym tempie. O sobie mówi tylko ?kandydat na piłkarza?, a do klubu, w którym gra, przywiązany jest jak mało kto. - Cały czas dopingowałem Arce, chodziłem na mecze i kiedy nie mogę w jakimś zagrać, to trudno mi sobie wyobrazić, żebym siedział spokojnie na trybunie VIP. Jak byłem z kolei na kadrze i chłopaki grali mecz w Głogowie, to założyłem szalik i z zacięciem oglądałem, aż wszyscy dokoła mnie się śmiali. I mimo, że mecz był przeciętny, to siedziałem i emocjonowałem się, jakby to była Liga Mistrzów. No cóż, taka moja natura (śmiech) - opowiada.
Dawid Kowalski: Rozpoznają cię już na ulicy?

Michał Nalepa: Jest to odczuwalne. Ta spora liczba meczów w I lidze i fakt, że są one transmitowane w telewizji na tę rozpoznawalność na pewno się składają. Arka to też marka, stąd zainteresowanie jej piłkarzami jest większe.

Ale idąc ulicą, dostrzegasz, że jeden drugiemu mówi: "patrz, to ten z Arki!"?

- Są takie sytuacje, ostatnio może nawet więcej. Częściej dochodzi do nich w Gdyni, ale też u mnie w Redzie zdarza się coś takiego.

Co czuje 20-letni piłkarz, gdy mówią o nim lider zespołu?

- W Polsce do tego podchodzi się trochę inaczej, niż na zachodzie. U nas 20-letni zawodnik jest młodym i określenie "lider" to dla niego osiągnięcie, które wiąże się z ogromną odpowiedzialnością. Ja natomiast presji w ogóle nie czuję. W Arce od zawsze chciałem grać i po prostu się w tym spełniam, a jeśli ktoś mówi, że jestem liderem, to czuję się dumnie. Ale gdybym za bardzo wziął to do siebie, to na boisku by mnie paraliżowało.

Myślisz, że masz nieco łatwiej niż inni piłkarze Arki? Utożsamiasz się z klubem niesamowicie i ewentualny gorszy okres gry akurat tobie kibice są w stanie szybciej zapomnieć niż komuś innego. Nie jesteś tak na świeczniku krytyki.

- W większości meczów myślę, że byłem zespołowi bardziej przydatny, niż mu na boisku przeszkadzałem. Stąd pewnie też mam lekki "zapas" (śmiech). Może też idzie to w parze z faktem, że dużo ludzi znam, byłem i dalej jestem kibicem. Ale główną rolę odgrywa postawa na boisku. Jeśli wychodzisz na mecz, zostawiasz wszystko, co masz najlepsze, czyli zdrowie i zaangażowanie, to kibic to docenia. Może ci się noga potem powinąć, a on powie: "nic się nie stało, stary. I tak wiele dla nas robisz!". Dlatego staram się dawać z siebie 100, a nawet 110 procent.

W Gdyni mówią, że Arka tworzy kolejnego rozgrywającego po Rafale Murawskim i Mateuszu Szwochu. Kiedyś grał tu też Grzegorz Krychowiak. Która droga jest Twoja?

- Która jest moja, to za wcześnie, by mówić. Którą natomiast bym chciał, to jest chyba jasne. Każdy kto gra, ma ambicje wejścia na jak najwyższy level. Nawet jak mu to nie wychodzi, to myśli o światowym poziomie się pojawiają.

Ale czujesz, że masz szanse pójść tą drogą Grześka?

- Myślę, że tak.

Znasz swoja wartość.

- Widzę i oglądam mnóstwo meczów, mam też opinie starszych kolegów, którzy posiadają bagaż gry poza krajem i dzielą się ze mną swoją opinią. Jestem pewny swoich umiejętności i chcę sięgać jak najwyżej. Nie interesuje mnie poziom ekstraklasy jako ten ostateczny. Zagraniczna kariera jest dla mnie jak najbardziej osiągalna, ale to nie przyjdzie ot tak. Trzeba do wszystkiego dążyć krok po kroku. Ja też podążam według swojej drogi, swojego planu.

Jak to się stało, że w ogóle zacząłeś kopać w piłkę? Kto za tym stoi i ile miałeś lat?

- Za wszystkim stoi mój ojciec, który grał kiedyś w piłkę na teraźniejszym trzecim poziomie rozgrywkowym. Jako 3-4-latka zabierał mnie na swoje treningi i mecze. Złapałem bakcyla i potem był już klub. Zaczęło się od Jedynki Reda w wieku bodaj... siedmiu lat. Tam powstał zespół, w którym mój rocznik był pierwszym.

Nie chciałeś od razu iść do Arki? Albo Gryf Wejherowo? Bo też miałeś blisko.

- Nabory były i w Arce i w Gryfie, ale jeszcze jako mały chłopak nie chciałem rzucać się na głęboką wodę. Miałem wszystko pod nosem: szkołę, klub, kumpli. W lidze zawsze byliśmy w czubie, a z Arką i Lechią walczyliśmy na równi, więc na pewno nie żałuję, że zacząłem od klubu w Redzie. Do Arki poszedłem w połowie szkoły gimnazjalnej, choć tata ciągle powtarzał, że jeszcze z rok mogłem poczekać, chociaż skończyć szkołę i w liceum iść do Arki.

Miałeś zaciąg na atak, jak większość chłopaków w tak młodym wieku? Czy jednak od początku swojego miejsca szukałeś w środku pola?

- Jak zaczynałem, to tak naprawdę nie wiedziałem w ogóle czego się mogę spodziewać. Miałem 4-5 kolegów, z którymi znałem się bardzo dobrze i zawsze na podwórku razem kopaliśmy. Potem złożono drużynę, nas do niej ściągnięto i na treningach było ze 40 osób. Myślałem bardziej jak to będzie, a nie, żeby ustawiać się w kolejce do strzelania. Ja tak nie miałem. Byłem pomiędzy. Tak jak zresztą teraz.

A to przyjście do Arki to była już decyzja własna, czy ktoś cię wypatrzył?

- Trener Grzegorz Witt [aktualny drugi trener Arki - przyp. red] był swojego czasu opiekunem właśnie mojego rocznika. Pewnej zimy razem z nim i jego drużyną byłem na obozie, a do Arki ostatecznie trafiłem latem. Wtedy trenera Witta już w niej nie było i w wieku juniorskim się minęliśmy. Ale to właśnie on był prowodyrem całej akcji.

Cały czas dojeżdżasz z Redy na treningi czy przerzuciłeś się gdzieś do Gdyni?

- Cały czas z Redy. Jeszcze. Są plany z przenosinami do Gdyni, ale z drugiej strony, to nie jest dla mnie aż tak opłacalne. Gdynia jest pięknym miastem i nie ukrywam, że chciałbym tutaj mieszkać, ale na razie jeszcze się powstrzymam. Zobaczymy, może w przyszłym sezonie, jak będzie ekstraklasa. Jeśli pozostanę w Arce, to na pewno będę myślał, żeby coś wynająć, albo kupić.

Stać cię już na samodzielne utrzymanie się i stwierdzenie: "nie narzekam na kasę"?

- Jeśli o mnie chodzi, jak siebie znam i, wiedząc, czego potrzebuję, a czego nie, to nie mogę narzekać. Na spokojnie mógłbym mieszkać sam.

A to przedłużenie kontraktu rok temu wiązało się z wysoką dla ciebie podwyżką?

- Podwyżka była w miarę logiczna przy tym przedłużeniu umowy. Pytasz czy byłem zaskoczony jej wysokością? Raczej nie. To było coś, czego się spodziewałem. Wyobrażałem sobie pewną kwotę i brałem pod uwagę też fakt, że Arka nie jest potęgą finansową w tym momencie. Dostałem więc to, na co liczyłem.

Patrzę na twoje zdjęcia z początków i teraz, no i jest śmiesznie. Wiesz dlaczego?

- Domyślam się (śmiech).

Przypakowałeś w Arce.

- Jak przychodziłem do Arki, to na siłownie nie chodziłem praktycznie w ogóle. Nie wiedziałem, co to jest. Ale kiedy już się w tej Gdyni pojawiłem, to były możliwości, żeby te treningi siłowe robić i je robiłem. Musiałem, chcąc grać w rezerwach, gdzie to granie jest trochę inne. Tam musisz mieć siłę, bo inaczej nic na boisku nie zrobisz. Od tego czasu ćwiczę już regularnie.

Ile razy w tygodniu?

- Jeśli mam wolne to średnio 3-4 razy, żeby tę formę podtrzymać. A kiedy gramy regularnie, to na siłowni jestem dwa razy w tygodniu. Raz trenuje mocniej, raz lżej. Wszystko z głową.

Do tego dochodzi pewnie zdrowe odżywianie.

- Tak, zdecydowanie. To jest nieodłączny element całej wykonywanej pracy. Staram się zachować dietę i jeść zbilansowane posiłki, ale nie będę ukrywał, że swoich grzechów nie mam. Piłka nożna poszła w takim kierunku, że jeśli chcesz coś osiągnąć na większą skalę, to musisz dbać też o swoje ciało, sylwetkę. To coraz bardziej atletyczny sport.

Przed Łukaszem Zwolińskim z Pogoni Szczecin zamknęli siłownie. Tobie to nie grozi?

- W pewnym momencie miałem rozmowy i zapytania. Były analizy mojego ciała, czy nie za bardzo to wszystko się rozwija. Wtedy trener Witt powiedział, że mam trochę odpuścić, bo będę wyglądał jak Xherdan Shaqiri [piłkarz reprezentacji Szwajcarii - przyp. red.] (śmiech). Ciekawa jest natomiast historia z Marcinem Warcholakiem. On w ogóle na siłownie nie chodzi, a budowę ma naprawdę atletyczną. Skąd? Nie wiadomo, chociaż w drużynie mamy swoją teorię i nazywamy go białym murzynem. Podobnie, jak oni, Marcin też się urodził z wyrzeźbionym ciałem. Taka genetyka.

Ten temat wraca jak bumerang. Antek Łukasiewicz, pieszczotliwie nazywany przez nas twoim "boiskowym ojcem", faktycznie nim jest?

- Tak to z boku może wyglądać i nawet się z tym zgadzam. Jeśli natomiast chodzi o nasze relacje, to jest zupełnie inaczej. Na początku starałem się być w stosunku do niego bardziej zdystansowany, traktować go z respektem i ogromnym szacunkiem. Ale Antek szybko sprowadził mnie na ziemię i powiedział: "słuchaj, jesteśmy w jednej drużynie, jesteśmy normalnymi kolegami i nie ma znaczenia, że ja mam ponad 30 lat, a ty 20. Robimy swoje na boisku, pomagamy sobie i traktujemy się po partnersku". I to jest fajne. Od razu czuło się większą jedność w tej drużynie, że każdy jest w stanie pomóc każdemu. Nigdy nie dało się odczuć, że ktoś chciał pokazać, że więcej już w piłce siedzi i ty młody masz się ode mnie uczyć. To wszystko sprawia, że jesteśmy naprawdę zespołem.

A dla ciebie Arka nie robi się powoli za kusa?

- Nigdy o czymś takim nie pomyślałem. Może i mnie wybija już gdzieś wyżej, ale mam swój plan, który właśnie realizuję. Czy będę najlepszy, czy najsłabszy, czy będzie mnie wybijać gdzieś wyżej, czy nie, to będę robił to, co sobie zaplanowałem. Nie doszła nigdy do mnie myśl, że mogę być za dobry na Arkę. Może się tak ułożyć, że nigdzie wyżej mi nie wyjdzie i będę grał całe życie w Gdyni.

Kadra U-20 to przełom w twojej karierze?

- Moment przełomowy był znacznie szybciej. To było jeszcze za trenera Dariusza Dźwigały. Dał mi szansę, zagrałem kilka meczów w Arce. Wtedy poczułem, że faktycznie się nadaję, że mogę przede wszystkim gdzieś wyżej pograć. Dalej wszystko się rozwijało swoim tempem i kadra i te powołania pojawiały się samoistnie.

Obecne plany piłkarskie jakie masz, to pewnie awans z Arką?

- Zdecydowanie. Cel numer jeden.

Ale idąc nieco dalej, to co? Młodzieżowe mistrzostwa Europy 2017? W kadrze mogą zagrać np. Arek Milik, Dawid Kownacki, Karol Linetty, Krystian Bielik... No i turniej rozgrywany jest też przecież w Gdyni.

- Walka o miejsce na ten turniej jest wręcz obowiązkiem. Rywalizacja szykuje się dość zacięta, ale uważam, że spokojnie mogę w tej kadrze być, że stać mnie na to, by w mistrzostwach wystąpić. Nie mam żadnych kompleksów i czy to jest Milik, czy Linetty, to ja nie czuję się od nich gorszy, bo stać mnie na tę walkę. Teraz będzie czas na udowodnienie tego.

Szukałem usilnie jakiegoś twojego słabego występu. Ciężko taki znaleźć. A jak już mam, to szybko znika w głowie, bo pojawiają się kolejne wyśmienite. Jesteś kimś na kształt Mateusza Szwocha. Niektórzy mówią, że nawet lepszy. No i też zainteresowała się tobą Legia.

- Słyszę te porównania bardzo często, ale ja nie czuję się drugim Mateuszem Szwochem. Może obieramy w podobnych momentach kariery zbliżone drogi, ale jestem zupełnie inny - styl gry, osobowość. Nie utożsamiam się z nim. Chociaż przyznam, jeśli chodzi o numer - bo gramy z takim samym w Arce - to nawet mój ojciec zauważył, że wybrałem sobie taki sam, jak Szwoch. I machina porównań ruszyła (śmiech).

Ale ostatnio pojawiły się głosy o zainteresowaniu twoją osobą przez prezesa Legii.

- Żadnych rozmów nie było i nie będzie. Nawet jakby teraz Legia poważnie się mną zainteresowała, to nie odszedłbym z Arki, nieważne jakie pieniądze kładliby na stół. Jak mówiłem, mam swój plan i chcę podążać swoją drogą, a w niej nie ma teraz transferu do innego polskiego klubu.

Masz ważny kontrakt z Arką do 2017 r. Ale pewnie po zakończeniu tego sezonu będzie ta najważniejsza chwila i pytanie: czy zostajesz, czy odchodzisz. Sam jestem ciekaw, co się z tobą stanie.

- Plan miałem taki, żeby awansować z Arką i zagrać z nią w ekstraklasie przez rok. Przynajmniej rok. Ale nie mogę też zakładać, że tak na sto procent będzie, bo po sezonie mogą pojawić się oferty. Ale jeśli już, to jedynym kierunkiem, jaki mnie interesuje, jest ten zagraniczny. Wiadomo, wpłynęłaby taka propozycja, na pewno bym się zastanawiał, ale to byłby spory dylemat, bo w perspektywie gra z Arką w ekstraklasie, jest czymś, co zawsze chciałem osiągnąć.

A wyobrażasz siebie gdzieś w zespołach pokroju Lechii, Legii, Wisły? To są kluby, które choćby obiecywały ci złote góry, to ty i tak nie skorzystasz?

- Lechia to klub, który z oczywistych względów jest mi daleki i myślę, że nigdy nie będzie nam po drodze. Pieniądze nie miałby tutaj żadnego znaczenia.

Kiedyś po jednym z meczów kibice Arki zawołali piłkarzy i obrzucili ich śnieżkami. Nie obawiasz się, że mało kogo obchodzi cel top 5, a będziecie jedynie rozliczeni z tego czy awansujecie?

- Tę sytuację ze śnieżkami pamiętam doskonale.

Rzucałeś wtedy?

- Nie, siedziałem na innej trybunie (śmiech). A co do kibiców... Ci w Gdyni są bardzo wymagający i nie ma co ukrywać, że po takiej rundzie myślą tylko i wyłącznie o awansie. Jak się zachowają w przypadku, gdy tego awansu nie będzie? Myślę, że się nie dowiemy, bo ten awans będzie. Ale noga powinąć się może i wtedy będą mieli prawo okazać swoją frustrację, bo to trwa już naprawdę długo, od kiedy Arka próbuje wrócić do ekstraklasy. Przychodzą na mecze, płacą za bilety i nikt nie będzie im mówił, co mają robić. Nie będzie im się podobało, to będą gwizdać. Ale naprawdę wierzę i wiem to, że podołamy zadaniu, a razem z kibicami będziemy potem świętować awans.

Słowa Antka Łukasiewicza: "znamy swoją wartość" stały się już klasykiem. Ale naprawdę widać, że wy z tej wartości zdajecie sobie sprawę.

- To wszystko dzięki zawodnikom i całej szatni. Nie mówię o dwóch trzech, którzy są starsi, bardziej doświadczeni i jakoś to wszystko łączą, zbierają do kupy, ale o każdym. Bo każdy u nas w szatni daje coś od siebie i czuje się w drużynie dobrze. Wychodzimy na mecz z uśmiechem na twarzy i presję potrafimy przekuć w radość z tego, że znowu gramy mecz. Każdy z nas wie, że jeśli cokolwiek na boisku mu nie wyjdzie, to zaraz ma wsparcie od drugiego. I o to tutaj chodzi i do tego w piłce się dąży. Potrzebowaliśmy czasu.

I teraz chyba jako jedyni w lidze nie jesteście zadowoleni z faktu zakończenia tej rundy.

- Czujemy się tak, jakbyśmy grali w siatkówkę i ktoś wziął czas. Świetnie się czuliśmy, przeciwników ogrywaliśmy jednego za drugim i dobrze to wyglądało. Tak duża przerwa musi jakość wpłynąć na piłkarzy, ale ta drużyna, ta szatnia, które już stworzyliśmy, sprawi, że szybko sobie przypomnimy, co działo się jesienią. Czujemy, że poniżej pewnego poziomu w lidze już nie zejdziemy.

Jeszcze trochę faktów lub mitów. Podobno w zespole to ty jesteś tym, który szuka "haków" na innych. To ty znalazłeś na YouTube piosenkę o Pawle Abbocie. Potwierdzasz?

- Tak, to moja robota. Znalazłem tę przyśpiewkę jeszcze z czasów gry Pawła w Anglii i puszczałem ją nawet na głośnikach w szatni, wśród znajomych kibiców i gdzieś to szybko przeniosło się też na trybuny.

A jak nie możesz grać w meczu (np. pauza za kartki), to można cię spotkać na trybunie Górka wśród kibiców Arki.

- Możliwe, że tak. Jakbyś mnie tam szukał, to pewnie byś znalazł. Lubię to robić, lubię dopingować Arce, bo to dla mnie dodatkowa adrenalina.

Takie przypadki piłkarzy to wyjątki.

- Cały czas dopingowałem Arce, chodziłem na mecze i kiedy nie mogę w jakimś zagrać, to trudno mi sobie wyobrazić, żebym siedział spokojnie na trybunie VIP. Jak byłem z kolei na kadrze i chłopaki grali mecz w Głogowie, to założyłem szalik i z zacięciem oglądałem, aż wszyscy dokoła mnie się śmiali. I mimo, że mecz był przeciętny, to siedziałem i emocjonowałem się, jakby to była Liga Mistrzów. No cóż, taka moja natura (śmiech).

A wyjazdy? Słyszałem, że byłeś na kilku w Gdańsku. W sektorze gości, oczywiście.

- Było ich nawet trzy. Raz z Zagłębiem Lubin, dwa razy z Lechem. Wypad bardzo bliski, więc się nie zastanawiałem. Jeszcze na mecz Lecha, którego bardzo lubię jako klub. Dodatkowo ta atmosfera, bycie wśród kibiców, no i przyśpiewki.

Przyśpiewki te tylko na Lecha?

- Oczywiście (śmiech).

Bije od ciebie skromność. Myślę, że szczera. Chociażby po tym, jak cieszyłeś się, będąc na meczu Leicester - Chelsea. Widać, że dla ciebie było to spełnienie marzeń, a dla innych piłkarzy byłby to pewnie po prostu weekendowy wypad na Wyspy.

- Jestem sobą. Zostałem tak wychowany, że jeśli coś mnie cieszy, że jeśli spełniam marzenie, to chcę tak to pokazywać, a nie udawać, że dla mnie to codzienność. To była dla mnie niesamowita radość, że mogłem tam być.

Jesteś też ciągle uśmiechnięty. Nawet teraz jak rozmawiamy. Tak samo traktujesz media, a to jednak nie jest codziennością dla innych. Skąd takie podejście do życia?

- Od zawsze starałem się być uśmiechniętym człowiekiem, pozytywnie nastawionym do ludzi. Wychodzę z założenia, że jeśli ktoś jest dla mnie dobry i otwarty, to dlaczego ja nie mam być dla niego taki sam. Nie jestem z tych, co po meczu lubią wychodzić i zgrywać pajaców, czy to po wygranym, czy przegranym meczu. To jest piłka nożna - raz jest dobrze, raz źle, ale tak czy inaczej musisz wyjść, stawić czoła i powiedzieć parę słów. Najlepszy przykład Paweł Abbott. Wychodzi do was i jest szczęśliwy. Tylko po przegranym meczu nie wypada mu się śmiać.

Na boisku potrafisz być jednak zadziora. To wynik jeszcze nie uporządkowanego charakteru piłkarza? Ta ekspresja?

- Mam taki charakter i taki już chyba jestem. Wiem, że były kartki, których śmiało mogłem uniknąć, ale jeśli widzę, że na boisku iskrzy, to ruszę, żeby swoim pomóc, odsunąć kolegów i samemu wyjść przed szereg. Może to jest złe i nie raz dostałem za to kartkę, ale kompletnie tego nie żałuję.

Chcesz iść na studia? Czy piłka to jedyna droga i nic innego nie masz w głowie?

- Kiedy na 20 lat swojego życia praktycznie 15 spędziłeś z piłką przy nodze, to jedyne o czym myślisz, to kariera. Nie zastanawiasz się, co będzie, gdy ci nie wyjdzie. Ja też się nie zastanawiam. Odpukać, kontuzje mnie nie łapały i nie miałem powodów szukania innych dróg. Cały czas grałem, myślałem tylko o meczach. Od nauki jak najdalej, w szkole siedziałem zawsze w ostatniej ławce. Jasne, mogę myśleć, że po zakończeniu kariery chciałbym kontynuować przygodę z piłką, ale już jako trener. Na dzisiaj jednak to odległa galaktyka.

Więcej o:
Komentarze (1)
Michał Nalepa: Plan miałem taki, żeby awansować z Arką i zagrać z nią w ekstraklasie przez rok [ROZMOWA]
Zaloguj się
  • rg123

    Oceniono 40 razy -32

    Studia? Po co? Po zakończeniu kariery(?) masz świetlaną przyszłość w gangach kiboli, pogratulować.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX