Mateusz Szwoch: Długo na to czekałem, żeby znowu zagrać w Arce [ROZMOWA]

Świetnie zagrał w pierwszym sparingu po powrocie do Gdyni, dalej daje drużynie mnóstwo polotu w grze, a na boisku porusza się z lekkością. Co najważniejsze, Mateusz Szwoch sam długo czekał, by móc ponownie zagrać w Arce. Jak ocenia pierwsze chwile w nowym/starym klubie i kto uratował mu życie? Sprawdźcie sami.
Dawid Kowalski: Jakie to uczucie zagrać w Arce po takiej przerwie?

Mateusz Szwoch: Uczucie na pewno bardzo przyjemne, zresztą zawsze takie było, gdy mogłem grać w Gdyni. A tym bardziej po takim powrocie jest to bardzo fajna sprawa i nie ukrywam, że długo na to czekałem.

Krok w tył? Czujesz, że musisz w Arce wszystko zaczynać od nowa?

- Jest jakaś analogia, na pewno, bo wszystko, co najlepsze dla mnie zaczęło się właśnie od Arki. Tyle, że teraz jestem już zupełnie innym piłkarzem. Doświadczonym przez życie i przez piłkę na naprawdę wysokim, europejskim poziomie. Czuję się mocniejszy i teraz wiem, że Legia była mi potrzebna.

Zostałeś wypożyczony na rok dłużej niż Dariusz Formella z Lecha, bo do 30 czerwca 2017 roku. Miałeś wpływ na tę długość wypożyczenia z Legii?

- Wypożyczenia charakteryzują się tym, że klub, w którym gra dany zawodnik, daje mu możliwość pogrania gdzie indziej, ale zaznacza, że dalej cię potrzebujemy. Jeśli Legia będzie mnie potrzebowała i będę w niej grał, to na pewno do niej wrócę. A co do długości wypożyczenia, to myślę, że takie półroczne nie pomagają zawodnikowi w odbudowaniu swojej formy, złapaniu dłuższego ciągu grania - a o to tutaj chodzi.

Ale w ogóle takiej odbudowy potrzebujesz? Patrząc na sparing ze Zniczem, to widać było, że akurat ty potrzebujesz jej chyba najmniej.

- Może wielkiej odbudowy faktycznie nie, ale piłkarz nie będący w ciągu grania pierwszej drużyny na pewno gdzieś czuje, że coś mu umyka. Tutaj chodzi o możliwość regularnego grania, albo przynajmniej o większe szanse na nie. A w Arce takie możliwości właśnie są.

Słyszałem też, że miałeś inne zapytania, nawet z ekstraklasy. Dlaczego więc I liga i Arka?

- Takie zainteresowanie i zapytania z klubów ekstraklasy może i były, ale nie pamiętam, by było to coś konkretnego. Żaden prezes klubu nie powiedział: "Chcemy Szwocha!". Raczej byłem tym dalszym wyborem. Musiałem poczekać na decyzję, że jeśli innego zawodnika danemu klubowi nie uda się ściągnąć, to dopiero ja byłem następny w kolejce. Nie chciałem zwlekać - od Arki otrzymałem konkretną propozycję i stwierdziłem, że to będzie na dzisiaj najlepszy dla mnie wybór. Poza tym tutaj w Arce ludzie mnie znają, ja też znam to środowisko, wiedziałem, że przez to będzie łatwiej. To wszystko zebrało się do jednego worka z plusami, dlatego też tu jestem.

A patrząc z perspektywy czasu, to Legia była skokiem na zbyt głęboką wodę, czy jednak wiesz, że wszystko potoczyłoby się tam inaczej, gdyby nie problemy z sercem?

- Często pojawia się tego typu pytanie, a ludzie nie wiedzą też, jak ważna była dla mnie Legia. Mówią: "Poszedłeś do Legii, niewiele pograłeś, a trzeba było jeszcze zostać w Arce". Ja to natomiast widzę z zupełnie innej strony - Legia uratowała mi życie. Nie wiem, jak to wszystko potoczyłoby się, gdybym w tym klubie nie był, czy w ogóle ta wada serca zostałaby u mnie wykryta. Tam natomiast wszystko potoczyło się błyskawicznie, łącznie z zabiegiem, który miałem po paru tygodniach od diagnozy.

Wracasz do Gdyni i co widzisz w szatni? Mocniejszy zespół od tego, gdy z Arki odchodziłeś?

- Pierwsze co rzuciło mi się w oczy, to ta fajna atmosfera, która panuje w drużynie i fakt, jak łatwo wkomponować się w ten zespół, jak wszyscy są dla ciebie życzliwi. Widać, że tam każdy żyje drużyną i to, co dało Arce świetne wyniki jesienią, to przede wszystkim właśnie ta atmosfera.

Ale środek pola to na dzisiaj w ekipie trenera Nicińskiego bardzo mocny punkt. Ty przychodząc do Arki oczami wyobraźni szukasz dla siebie już innej roli?

- Ostatnie mecze, które grałem w Legii, bez przerwy rozgrywałem na pozycji numer dziesięć i nic nie stoi na przeszkodzie, żebym znowu tam występował. Oczywiście, jeśli trener będzie mnie widział na "ósemce", to podejmę rywalizację. W piłce nie ma pewniaków, szczególnie tej poziomem, o której rozmawiamy. Każdy musi walczyć o swoje i mnie też to dotyczy.

A pozycja skrzydłowego?

- Dzisiejszy futbol wymaga od zawodników sporej kreatywności i ciągle nowych rozwiązań. Grając na pozycji numer dziesięć, to nie jest tak, że operujesz tylko w środku, a musisz wykorzystywać całą przestrzeń, całą szerokość boiska w tym sektorze. Jeśli ograniczyłbym się jedynie do środka pola, to przykleiłby się do mnie defensywny pomocnik i nie miałbym miejsca na swobodne rozgrywanie piłki. Często więc schodzę do skrzydła i łatwo się też tam odnajduję.

W tym wszystkim widać niebywałą lekkość. Jeszcze większą niż wcześniej.

- Zagrałem dopiero połowę jednego sparingu i mam za sobą dwa treningi z zespołem! (śmiech) Ale nie ukrywam, że nie czułem się źle i nawet rozumiałem się z chłopakami, z którymi jeszcze nie miałem okazji grać - tak jak chociażby z Rashidem Yussuffem czy Rafałem Siemaszko. Nie ma to dla mnie problemu. Liczę, że szybko złapię ten jeszcze większy luz, co będzie pewnie z korzyścią i dla mnie i przede wszystkim dla całego zespołu.

Kibice się zastanawiają z jakim numerem zagrasz? Będzie to właśnie 7, jak w sparingu ze Zniczem Pruszków?

- Jeszcze nie zdecydowaliśmy, a ten, z którym grałem ze Zniczem to akurat faworyt Darka Formelli (śmiech).

HITY I KITY ARKI JESIENIĄ: ABBOTT, JEDNOŚĆ, ZAPACH EKSTRAKLASY I KULAWE LEWE SKRZYDŁO