Sport.pl

Przemysław Stolc: Żółta kartka dana mi na początku nie sparaliżowała mnie

- Sędzia dał mi żółtą kartkę już w 9. minucie i musiałem grać ostrożniej, by nie złapać drugiej i przedwcześnie nie skończyć tego meczu. To jednak nie sparaliżowało mnie, nie dałem okazji przeciwnikom, by mnie sprowokować i pomogłem drużynie, grając do końcowego gwizdka - mówił po wywalczonym punkcie w meczu z Olimpią Grudziądz piłkarz Arki Przemysław Stolc.
Żółto-niebiescy nie zagrali tak efektywnie, jak zdołali już wiosną przyzwyczaić i drugi raz w tej rundzie nie strzelili bramki przeciwnikowi (poprzednio z Miedzią w Legnicy). Głęboko cofnięci grudziądzanie postawili ścianę, przez którą arkowcy nie dali rady się przebić. Na awans do ekstraklasy przyjdzie zatem poczekać minimum dwa tygodnie.

- Oczywiście chcieliśmy zdobyć trzy punkty, ale ten jeden też musimy szanować, bo sytuacji w meczu nie było za wiele. Goście dobrze grali w piłkę, zawężali pole gry i nie dawali nam wiele miejsca na boisku. Chcieliśmy strzelić bramkę, dążyliśmy do tego, ale musieliśmy też grać uważnie w obronie, bo Olimpia wyprowadza groźne kontry. My jednak nie daliśmy im do tego ani jednej szansy - zauważył 21-latek.

Na ekstraklasowym poziomie była za to publika. Arkowców w sobotni wieczór przyszło oglądać aż 9415 widzów. To nowy rekord frekwencji w I lidze w tym sezonie, znów pobity przez gdynian.

- To, że tylu kibiców przychodzi nas oglądać motywuje i za to bardzo im dziękujemy, że stoją za nami murem i jest ich coraz więcej. Zapraszam wszystkich na kolejne mecze, by nasza żółto-niebieska rodzina ciągle się powiększała i byśmy byli zawsze razem - mówił z uśmiechem prawy defensor lidera I ligi.

Spotkanie nie zaczęło się najlepiej dla samego zainteresowanego, który już na początku meczu szybko obejrzał żółty kartonik i przez ponad 80 minut musiał grać na maksymalnym skupieniu. Próbę jednak wytrzymał i dograł spotkanie do końca.

- Sędzia dał mi żółtą kartkę już w 9. minucie i musiałem grać ostrożniej, by nie złapać drugiej i przedwcześnie nie skończyć tego meczu. Również trener uczulał mnie w przerwie na to, żeby uważać przy tych pojedynkach jeden na jeden i starać się nie faulować. Dobrze jednak z tego wyszedłem. Kartka nie sparaliżowała mnie, bo nie dałem okazji przeciwnikom, by mnie sprowokować i pomogłem drużynie, grając do końcowego gwizdka arbitra - stwierdził zawodnik z Gdyni.

Jednym z najbardziej "widocznych" piłkarzy na murawie w ekipie gości był Marcin Kaczmarek. Eks-lechista co chwilę uczestniczył w sprzeczkach boiskowych i starał się wyprowadzić z równowagi podopiecznych trenera Grzegorza Nicińskiego. Reakcji gdyńskiej publiczności na zachowanie zawodnika z Grudziądza można się łatwo domyślić.

- Marcin już taki jest, że lubi naszych kibiców podkręcić i będzie starał się nas prowokować na każdym kroku. Mieliśmy nie wdawać się w żadne pyskówki z nim, ale ja już od pierwszej minuty miałem z nim taki zgryz. Sędzia nas utemperował i obyło się bez awantur - zakończył Stolc.



Więcej o: